Niczego nie należy tak się wystrzegać, jak Amerykanów niosących w darze wyjątkowo korzystny traktat ekonomiczny.
Już czas, żeby utworzyć strefę wolnego handlu, a Stany Zjednoczone są gotowe na każdy wysiłek, aby jeszcze w tym roku osiągnąć ambitne, pełne i dające wysokie standardy porozumienie” – ogłosił Barack Obama, gdy wraz z Angelą Merkel otwierał Międzynarodowe Targi Przemysłowe w Hanowerze. Zapowiedź prezydenta USA, z entuzjazmem wsparta przez kanclerz Niemiec, wywołała spore poruszenie w zachodniej Europie. Negocjowany przez Stany Zjednoczone i Unię Europejską traktat o wolnym handlu TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership) budzi wątpliwości. Już sam fakt, że rozmowy prowadzone są w ścisłej tajemnicy i prawie nikt, poza negocjatorami, nie ma wglądu do treści umowy, daje do myślenia. Organizacje konsumenckie i broniące praw obywatelskich mówią wprost, że urzędnicy z Brukseli w kluczowych kwestiach idą całkowicie na rękę lobbystom wynajętym przez amerykańskie koncerny. Ponieważ to one mają się stać głównymi beneficjentami TTIP. Wymuszając na europejskich rządach zgodę, by obniżyły prawne standardy określające jakość produktów. Niepokój budzi też podważanie prawa pracowników, a także przyzwolenie na rozstrzyganie wszelkich kwestii spornych z koncernami poza sądami krajowymi, w prywatnych sądach arbitrażowych. Co jeszcze mocniej redukuje prerogatywy państw narodowych. W dłuższym okresie ustalenia TTIP mogą mieć znaczący wpływ na codzienne życie każdego mieszkańca Starego Kontynentu. Przedsmak możliwych zmian dało 248 stron umowy zdobyte przez holenderskich działaczy Greenpeace i opublikowane w internecie na początku maja. Ekspert ekologicznej organizacji zajmujący się sprawami międzynarodowego handlu Juergen Knirsch dopatrzył się w dokumencie m.in. dążenia do rezygnacji z obowiązującej w UE „zasady ostrożności”. Nie pozwala ona wprowadzać do sprzedaży nowych produktów mogących przynosić szkodliwe skutki. Za jej sprawą Unia zamknęła swój rynek na żywność genetycznie zmodyfikowaną (GMO). Wnioskom tym natychmiast zaprzeczyli przedstawiciele strony amerykańskiej. Mimo to rząd Francji otwarcie zaczął rozważać zablokowanie negocjacji, jeśli nie zostaną uwzględnione interesy francuskich rolników. Ma jednak przeciwko sobie Komisję Europejską i kanclerz Merkel. Jako kluczowy argument Bruksela przytacza 119 mld euro dochodu rocznie, które ma przynieść uwolnienie od krępujących reguł wymiany handlowej między Unią a Stanami Zjednoczonymi. Liczba imponująca, ale w ostatnich stu latach niejedno państwo zawierało traktaty z Waszyngtonem skuszone bajecznym zyskiem. Żeby potem boleśnie się przekonać, jak skutecznie Amerykanie potrafią dbać o własny interes ekonomiczny. Zazwyczaj kosztem drugiej strony.
Reklama
Korzyści z zarazy

Reklama
„Polityka naszego kraju polega na posiadaniu kanału pod kontrolą rządu amerykańskiego. Stany Zjednoczone nie mogą sobie pozwolić na scedowanie tej wyłączności jakiemukolwiek mocarstwu europejskiemu” – ogłosił w orędziu 8 marca 1880 r. prezydent USA Rutherford Hayes. Słuchający go senatorowie jednomyślnie poparli głowę państwa. W tym czasie rząd Kolumbii zgodził się sprzedać koncesję na przekopanie drogi wodnej łączącej Atlantyk z Oceanem Spokojnym francuskiemu Towarzystwu Kanału Międzyoceanicznego. Na początku 1881 r. do kolumbijskiej prowincji Panama przybyli inżynierowie oraz robotnicy, by rozpocząć inwestycję pod kierunkiem genialnego wizjonera Ferdynanda de Lessepsa. Jednakże ojciec Kanału Sueskiego nie przewidział jednej przeszkody. Były nią komary roznoszące żółtą febrę. Wkrótce zaczęła się epidemia i średnio co miesiąc umierało 200 robotników. Ich akurat udawało się zastąpić. Gorzej rzecz się miała z ginącymi równie szybko francuskimi inżynierami. Z powodu plagi komarów budowa posuwała się bardzo powoli. Po ośmiu latach we Francji zaczął się giełdowy krach i Towarzystwo Kanału Międzyoceanicznego straciło swój kapitał. Oskarżanego o malwersacje Lessepsa sąd skazał na pięć lat więzienia. Waszyngton bardzo uważnie śledził postępy inwestycji, z satysfakcją odnotowując klęski Francuzów. Nikt nie miał jednak pomysłu, jak sobie poradzić z żółtą febrą, dlatego Amerykanie długo nie odważyli się na przejęcie panamskiej koncesji. Sytuacja zmieniła się w roku 1898, podczas wojny z Hiszpanią o Kubę. Wezwany w rejon walk krążownik „Oregon” potrzebował aż 67 dni, by dopłynąć z San Francisco w okolice Florydy. Uczestnik kampanii Teodor Roosevelt zrozumiał wówczas, że mocarstwowa pozycja USA może zależeć od czasu, w jakim flota Pacyfiku dotrze na Atlantyk. Kiedy wygrał wybory prezydenckie, postanowił natychmiast zadbać o przekopanie Panamy. Zaczął od komarów. Opierając się na ustaleniach Komisji do Walki z Żółtą Febrą kierowanej przez Waltera Reeda, uznał, iż kluczem do sukcesu jest wytępienie insektów. Na polecenie prezydenta główny inspektor sanitarny Hawany generał William Gorgas osuszył zbiorniki wodne w okolicach miasta i używając środków owadobójczych, wytępił komary. W roku 1902 po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie odnotowano w Hawanie ani jednego przypadku żółtej febry. Po tym sukcesie Roosevelt zajął się... Kolumbią. Wprawdzie powołana wcześniej komisja ekspertów rekomendowała budowę kanału w Nikaragui, jednak to należąca do Kolumbii Panama stanowiła bardziej perspektywiczne miejsce. Buntowali się tam zwolennicy secesji, po cichu wspierani przez amerykańską dyrekcję kolei Panama Railroad. Nie bez znaczenia pozostawało to, iż posiadająca prawo do koncesji francuska kompania godziła się odsprzedać ją za skromne 40 mln dol. Przystępując do działania, Roosevelt zaczął od rozmów z Wielką Brytanią. Proponując wytyczenie korzystniejszej granicy między Kanadą a Alaską w zamian za niesprzeciwianie się przekopaniu drogi wodnej przez Amerykę Środkową. Londyn wyraził zgodę na transakcję wiązaną. Wtedy zaproszenie na rozmowy o wspólnym i świetnym interesie otrzymał kolumbijski ambasador w Waszyngtonie.
Państwo do kanału
„Musiałem wybrać jedną z dwóch możliwości: zaakceptować traktat, który mnie nie satysfakcjonował, albo stracić całą nadzieję, że na terytorium Kolumbii zostanie wybudowany kanał międzyoceaniczny” – depeszował pod koniec stycznia 1903 r. ambasador Tomas Herran do prezydenta Kolumbii Jose Manuela Marroquina. W Bogocie zawrzało. Negocjujący układ w imieniu USA sekretarz stanu John Milton Hay okazał się bezlitosnym graczem. Podpisany przez kolumbijskiego ambasadora traktat zakładał, że Stany Zjednoczone otrzymają „na wieczność” przecinający Panamę pas ziemi o szerokości 10 mil, podobnie jak kanał, który nim poprowadzą. Rząd USA zagwarantował sobie również kontrolę nad dwoma portami oceanicznymi, planowanymi na obu końcach śródlądowego szlaku wodnego, oraz prawo do wszelkich opłat wnoszonych przez użytkowników szlaku komunikacyjnego. Jednak kolumbijskich senatorów najbardziej zabolała wynegocjowana kwota. Wynosiła ona marne 10 mln dol. za przekazanie ziemi oraz 250 tys. dol. rocznego czynszu. Co więcej, inwestor zamierzał go zacząć uiszczać dopiero wtedy, gdy minie 9 lat od podpisania umowy. Francuzi wzięli cztery razy więcej jedynie za odsprzedanie koncesji. Nie bacząc, iż senat USA w pośpiechu ratyfikował układ Herran–Hay, politycy w Bogocie niemal jednomyślnie odrzucili traktat. Przeciw w senacie zagłosowali przedstawiciele prowincji Panama. Jej elity w budowie kanału upatrywały wielką szansę na wyrwanie z biedy kraju zamieszkiwanego przez ok. 300 tys. ludzi. W większości Indian i czarnoskórych wyzwoleńców zajmujących się uprawą ziemi. Ten fakt zręcznie wykorzystali amerykańscy dyplomaci. Rezydujący w Panamie konsul USA Hezekiah Gudgera i przedstawiciel Panama Railroad James Beers dyskretnie zorganizowali spisek miejscowych notabli, którzy utworzyli Rewolucyjną Juntę Patriotyczną. Po odrzuceniu traktatu Herran–Hay na początku września 1903 r. udał się do USA delegat junty Manuel Amador. By oficjalnie poprosić prezydenta Roosevelta o wsparcie utworzenia niepodległej Panamy. Nieco kłopotu sprawił wówczas ambasador Herran, który dowiedział się o knowaniach secesjonistów i zorganizował przeciek informacji do ,,New York Herald”. Artykuł o niecnym planie oderwania części Kolumbii sprawił, że prezydent USA nie mógł otwarcie poprzeć próśb Amadora. Co nie przeszkodziło w przekazaniu rebeliantom 100 tys. dol. za pośrednictwem Panama Railroad. Gdy wybuchło powstanie, koleje te odmówiły przewiezienia wojsk kolumbijskich do zbuntowanej prowincji. Następnie u wybrzeży Panamy pojawiły się amerykańskie kanonierki „Dixie” i „Nashville”, przepędzając okręt „Cartagena” wiozący oddział desantowy. Słaba Kolumbia próbowała jeszcze odbić Panamę uderzeniem od strony lądu, ale z łatwością poradzili sobie z tym amerykańscy marines. „Świat jest zaskoczony naszym bohaterstwem. Wczoraj byliśmy niewolnikami Kolumbii, dzisiaj jesteśmy wolni” – oznajmił w przemówieniu wygłoszonym po tym sukcesie Manuel Amador. „Prezydent Roosevelt spełnił swoją obietnicę. Niech żyje prezydent Roosevelt! Niech żyje rząd Stanów Zjednoczonych!” – skandował do Panamczyków 4 listopada 1903 r., gdy nowe państwo ogłaszało niepodległość. W proklamowanym wówczas manifeście podkreślono, iż: „Przesmyk Panamski był rządzony przez Kolumbię przy zachowaniu skrajnego kryterium, jakie stosowały w odległej epoce kraje europejskie wobec kolonii: lud i terytorium Przesmyku były źródłem korzyści finansowych i niczego więcej”. Teraz miała się zacząć nowa epoka. „Lud Przesmyku, wybierając swoją drogę, czyni to z bólem, ale w spełnieniu najważniejszych z koniecznych obowiązków: utrzymania bytu i pracy dla własnego dobrobytu” – zapewniano obywateli.
Cena zdziwienia
„Kto mógł przewidzieć, że Stany Zjednoczone ominą bez skrupułów uroczysty traktat z 1846 r., zdradzając zasadę dobrej wiary zawartą w tym pakcie, sprowokują i otwarcie poprą separację Przesmyku” – zapisano w raporcie komisji śledczej powołanej przez parlament Kolumbii. Opublikowany w 1909 r. dokument zawierał mnóstwo takich wyrazów zdziwienia. Parlamentarzyści dziwili się więc własnej naiwności, choć przecież: „Kongres kolumbijski z 1903 r. złożony był z najbardziej wybitnych osobistości republiki”. Dziwili się też bezwzględności USA. „Stany Zjednoczone były pierwszą gwarancją naszej suwerenności nad Przesmykiem. W to się wierzyło i w to należało wierzyć” – podkreślano w dokumencie. Kiedy Kolumbijczycy nie mogli wyjść z szoku, jak potraktowało ich mocarstwo promujące na co dzień wolność i demokrację, przywódca Nikaragui marzył o własnym kanale. Prezydent Jose Fernandez Zelaya wyróżniał się ogromnymi ambicjami, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę rozmiary kraju, jakim władał. Mimo to podjął próbę podboju Hondurasu i Salwadoru, co o mały włos się nie udało, gdyby nie interwencja w 1907 r. Stanów Zjednoczonych. Wówczas Zelaya nawiązał kontakty z rządem Niemiec, proponując wspólną budowę drogi wodnej, alternatywnej do Kanału Panamskiego. Przedsięwzięcie miało spore szanse powodzenia, bo amerykańska inwestycja coraz bardziej się opóźniała z powodu konieczności osuszenia bagien i wybicia komarów. Ale Waszyngton nie zamierzał pozwolić, by pod jego nosem zaczęło tworzyć swoją strefę wpływów konkurencyjne mocarstwo. Co więcej, Niemcy zamierzali wykroić dla siebie część z ogromnego dochodu, jaki miała generować trasa komunikacyjna skracająca czas przepłynięcia z Pacyfiku na Atlantyk. Zorganizowanie kolejnego zamachu stanu okazało się sprawą nie taką prostą, ponieważ Zelaya dobrze się pilnował. Spisek miejscowych polityków nie wypalił, a najemników z USA, mających dowodzić oddziałem buntowników, rozstrzelano. Wówczas nowy prezydent William Taft zdecydował, iż pora na działania bezpośrednie. Pod patronatem Stanów Zjednoczonych utworzono koalicję krajów Ameryki Środkowej, zaś na początku grudnia 1909 r. w nikaraguańskim porcie Bluefields wylądował oddział piechoty morskiej. Zelaya w ostatniej chwili zdołał uciec z kraju, prosząc o azyl Hiszpanię. Po przykrej aferze panamskiej świat znów uznał, iż Amerykanie niosą uciskanym ludom wolność i demokrację. Jakież było zdziwienie mieszkańców nie tylko Nikaragui, gdy nowy prezydent José Madriz podjął z Waszyngtonem rozmowy na temat spłaty horrendalnych długów kraju. Jak się okazało, jego poprzednik zaciągnął w Europie ogromne kredyty na budowę kanału. Chcąc obalić Zelayę, prezydent Taft nakłonił amerykańskie banki do wykupienia wierzytelności Nikaragui. W zamian obiecał ich szybką i skuteczną egzekucję. Po usunięciu dyktatora długu nie anulowano, lecz zamierzano wyegzekwować co do centa. José Madriz godził się na takie rozwiązanie, ale doszło do puczu i jego miejsce zajął gen. Juan Morales. Amerykanie szybko obalili Moralesa, na prezydenta nominując konserwatywnego polityka Adolfo Diaza. William Taft nie zamierzał jednak przeciągać realizacji deklaracji, jaką złożył konsorcjum banków. Posłał więc do bankrutującej Nikaragui brygadę marines, by przejęła kontrolę nad wszystkimi komorami celnymi kraju. Od sierpnia 1912 r. cały dochód z nikaraguańskich ceł konfiskowali Amerykanie na poczet długów dyktatora, którego sami obalili. Przez następne 13 lat trzyosobowa komisja złożona z dwóch waszyngtońskich urzędników i jednego nikaraguańskiego figuranta wdrażała pomysły nowych taryf, aby szybko odzyskać amerykański kapitał. „Nasza polityka zamierza zastąpić pociski dolarami” – tłumaczył w orędziu wygłoszonym na forum Kongresu latem 1912 r. William Taft.
Doświadczenia procentują
Nauki wyniesione z robienia interesów w Ameryce Środkowej plus doktryna Tafta przyniosły wspaniałe efekty po II wojnie światowej. Nie tylko zrujnowana Europa potrzebowała wówczas opieki Stanów Zjednoczonych. Amerykanie stanęli na wysokości zadania. Latem 1944 r., podczas konferencji w Bretton Woods, skłonili 44 państwa do zaakceptowania utworzenia Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz Banku Światowego. Obie te instytucje miały stać na straży stabilności pieniądza krajów członkowskich oraz chronić je przed bankructwem. Podstawową walutą w międzynarodowym obrocie stał się dolar. Ustalenia z Bretton Woods wsparto potem Planem Marshalla, który wydatnie przyczynił się do szybkiego podniesienia ze zgliszczy Europy Zachodniej. Jednakże jak zwykle diabeł tkwił w szczegółach. Przez następne pół wieku, powołane w Bretton Woods międzynarodowe instytucje wprawdzie broniły stabilności światowej gospodarki, ale tak, by głównym beneficjentem ich poczynań pozostawały zawsze Stany Zjednoczone oraz amerykańskie koncerny. „Minęły już jednak czasy, gdy inwestorzy (amerykańscy – przyp. aut.) mieli prawo sądzić, że ich władze wyślą do boju kanonierki, jeśli tylko któryś z obcych rządów zachowa się niewłaściwie. Teraz w rolę policji finansowej musieli się wcielić nieuzbrojeni bankierzy z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego” – zauważa w książce „Potęga pieniądza” Niall Ferguson. „Ich nową dewizą stała się »warunkowość«: bez reformy nie ma pieniądza, a ich ulubionym narzędziem – program reform strukturalnych” – dodaje. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie narzucany zadłużonym krajom schemat działań, „który bez wątpienia uradowałby serca przedstawicieli dziewiętnastowiecznej administracji imperium brytyjskiego” – sarkastycznie konstatuje Ferguson. Warunki zawsze pozostawały takie same: prywatyzacja przedsiębiorstw państwowych, utrzymanie kursu waluty na poziomie gwarantującym konkurencyjność towarów z innych krajów (słaby pieniądz czynił towary państw objętych nadzorem MFW zbyt tanimi), zniesienie barier handlowych oraz likwidacja barier prawnych dla inwestycji zagranicznych. Jednym słowem potrzebujące wsparcia państwo musiało, bez żadnym ograniczeń, dać przyzwolenie na ekspansję na swym terytorium obcego kapitału. Zazwyczaj napływał on z USA. Przy czym, jak niegdyś w przypadku Nikaragui, inwestorzy z USA dostawali od Waszyngtonu ciche gwarancje bezpieczeństwa oraz zysku. John Perkins w książce „Ekonomista od brudnej roboty” opisał swoje zadanie, gdy był głównym ekonomistą firmy konsultingowej Chas T. Main, realizującej zlecenia od MFW oraz Banku Światowego. „Moja prawdziwa praca polegała na udzielaniu innym krajom olbrzymich pożyczek, zbyt dużych, by mogły je kiedykolwiek spłacić” – zanotował. Zaś kolejny obowiązek stanowiło dbanie, żeby kredyty trafiały znów do USA i amerykańskich firm w postaci zamówień i zleceń. „Więc udzielamy tych wielkich pożyczek, a większość pożyczonych pieniędzy wraca z powrotem do Stanów Zjednoczonych. Oni zostają z długiem i wysokimi odsetkami i stają się naszymi służącymi, naszymi niewolnikami. To imperium. Bez dwóch zdań. To potężne imperium” – twierdził Perkins. Jego spostrzeżenia potwierdził w swych opracowaniach laureat Nagrody Nobla Joseph E. Stiglitz. Amerykański ekonomista, analizując efekty pomocy udzielanej przez MFW, skonstatował, iż: „nawet te kraje, które odnotowały pewien wzrost gospodarczy, zorientowały się wkrótce, że największe korzyści przypadają bogatym, a zwłaszcza bardzo bogatym”.
Zysk na nowe czasy
Rosnąca wrogość wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego w kolejnych krajach sprawiała, iż pod koniec lat 90. „MFW w końcu uznał, że otwieranie rynków na destabilizujący napływ kapitału spekulacyjnego (liberalizacja rynku kapitałowego) na ogół nie przyczynia się do wzrostu gospodarczego, lecz prowadzi do większej niestabilności oraz ubóstwa” – opisuje Joseph E. Stiglitz w książce „Szalone lata dziewięćdziesiąte”. Proponowano więc narzucanie dłużnikom mniej drakońskich warunków współpracy. Nie oznaczało to jednak zaniechania dbałości o ekonomiczny interes Ameryki. „Stany Zjednoczone zaczęły się skupiać na bilateralnych umowach handlowych z małymi, słabymi krajami, w których są w stanie używać swej ekonomicznej siły do uzyskania nawet więcej niż w umowach wielonarodowych” – zauważa Stiglitz.
Pierwszą ofiarą nowej strategii padło Maroko. W umowie o wolnym handlu z tym krajem zawarto klauzulę zabraniającą afrykańskiemu państwu sprzedaży na swym terytorium leków generycznych. „Producenci leków generycznych dostarczają leki ratujące życie po cenach stanowiących ułamek kosztów” – podkreśla Stiglitz. Co w warunkach afrykańskich jest kwestią być albo nie być dla dziesiątek tysięcy ludzi. Taka sytuacja jednak uderzała w interesy farmaceutycznego koncernu Big Pharma, którego lobbyści uczestniczyli w tworzeniu treści traktatu. Odnosząc zresztą pełen sukces. Niedługo potem, w 1994 r., sfinalizowano North American Free Trade Agreement (Północnoamerykański Układ Wolnego Handlu – NAFTA). Również to porozumienie z Kanadą i Meksykiem tak skonstruowano, by najwięcej zysków spłynęło do USA. „Układ NAFTA nie doprowadził nawet do wolnego handlu, gdyż Ameryka raz po raz stara się zastosować inne formy ograniczeń po to, by nie dopuścić na swój rynek niektórych dóbr, na przykład mioteł, pomidorów czy awokado” – wylicza Joseph E. Stiglitz. „Wzrost gospodarczy w Meksyku był wolniejszy niż w dekadach poprzedzających lata osiemdziesiąte XX wieku, a płace realne faktycznie się zmniejszyły. Pogorszyła się też sytuacja ubogich rolników uprawiających kukurydzę, zmuszonych konkurować z subsydiowaną kukurydzą amerykańską” – dodaje noblista.
Prawdziwym majstersztykiem był rozdział 11 traktatu dający różnego rodzaju gwarancje jedynie koncernom amerykańskim. W jednym z punktów zapisano nawet, że rządy Kanady i Meksyku muszą finansowo rekompensować przedsiębiorstwom z USA koszty nałożenia na nie zakazu „wyrzucania trujących odpadów”. Obowiązkiem takiego świadczenia na rzecz firm kanadyjskich i meksykańskich nie objęto natomiast rządu Stanów Zjednoczonych. „Podczas naszych dyskusji w Białym Domu na temat układu NAFTA ani razu nie wspomniano, że taki przepis został ukradkiem do niego wprowadzony” – ujawnia Stiglitz, który doradzał prezydentowi Billowi Clintonowi, gdy powstawał traktat. Liczne lokalne porozumienia ze słabszymi partnerami zaczęły wyczerpywać swój ekonomiczny potencjał w czasach rządów George’a W. Busha juniora. Krach ekonomiczny w 2008 r. wskazywał, że Stany Zjednoczone muszą zadbać o stymulowanie wzrostu swej gospodarki z większym rozmachem. Lekceważony w Polsce prezydent Barack Obama wrócił do doktryny Tafta, zastępując kule dolarami w skali globalnej. Równolegle do siebie powstały dwa wielkie traktaty regulujące zasady wolnego handlu. Podpisany już i obejmujący wschodnią Azję oraz Oceanię Trans-Pacific Partnership (TPP), a także TTIP. Do którego podpisania Obama zamierza doprowadzić za wszelką cenę, nim zakończy swoje urzędowanie. Być może te dwa międzynarodowe traktaty sprawią, iż historycy piszący w przyszłości szkolne podręczniki umieszczą pierwszego czarnego prezydenta USA w gronie najwybitniejszych przywódców w dziejach Stanów Zjednoczonych. Co niekoniecznie powinno cieszyć Europejczyków, ponieważ w życiu tak już bywa, że aby ktoś dużo zyskał, ktoś inny musi sporo stracić. Zaś Amerykanie, gdy rzecz idzie o zysk ekonomiczny, potrafią być morderczo skuteczni.
Układ NAFTA nie doprowadził do wolnego handlu, gdyż Ameryka raz po raz stara się zastosować inne formy ograniczeń po to, by nie dopuścić na swój rynek niektórych dóbr – wylicza Joseph E. Stiglitz.