Spora część polskiej opinii publicznej uważa, że nie mamy problemu z nierównościami. Owszem, mamy. Zwłaszcza z nierównością szacunku. Często piszę w tym miejscu o nierównościach. Zwykle chodzi jednak o nierówności ekonomiczne.
Na przykład dochodowe (kto ile zarabia w porównaniu do średniej, mediany albo w którym dochodowym decylu się znajduje) albo majątkowe (aktywa minus kredyt). Zdarza się również wspomnieć o wynikających z nich nierównościach startu, a więc szans na prowadzenie godnego życia. Bardzo rzadko w takich dyskusjach pojawia się jednak temat nierówności szacunku. A szkoda, bo jest o czym mówić.
To, że świat szerzej uśmiecha się do zamożnych, trąci banałem. Wiadomo, bogaty ma więcej pieniędzy i może sobie kupić więcej zdrowia, komfortu, a czasem nawet więcej miłości. Często jednak zapominamy, że sami wzmacniamy jeszcze to przekonanie. Na przykład wierząc w to, że bieda i niedostatek są wynikiem moralnej albo intelektualnej słabości. Do pewnego stopnia kryje się za tym klasyczny mechanizm psychologii społecznej, czyli iluzja sprawiedliwego świata. Najlepiej wyrażonym w kultowym zdaniu z komedii „Rozmowy kontrolowane”: „Czy do tego wszystkiego musiało dojść? No, cóż. Widocznie musiało, skoro doszło”.