Historyczny strajk w przemyśle motoryzacyjnym za oceanem zwiastuje nowe napięcia związane z zieloną transformacją.

W fabrykach motoryzacyjnej wielkiej trójki – General Motors (GM), Forda i Stellantisa (należą do niego m.in. Chrysler i Jeep) – strajkuje na razie 13 tys. pracowników. To wydarzenie bez precedensu, bo nigdy wcześniej nie stanęły jednocześnie fabryki wszystkich trzech amerykańskich koncernów. Jeżeli w negocjacjach nie dojdzie do przełomu – a na ten moment nic go nie zapowiada – jeszcze w tym tygodniu mogą dołączyć kolejne zakłady.

– Przez ostatnie cztery lata warte wiele milionów dolarów wynagrodzenia prezesów wielkiej trójki podwyższono średnio o 40 proc. W tym samym czasie pracownicy sektora motoryzacyjnego musieli zadowolić się wzrostem wynagrodzeń rzędu 6 proc., a więc poniżej stopy inflacji – mówił Shawn Fain, główny organizator protestu, lider związku zawodowego United Auto Workers (UAW). Jak dodaje, przeciętne ceny samochodów w tym samym czasie wzrosły o ok. 30 proc. – Domagamy się sprawiedliwego udziału w dochodach, w owocach naszej pracy – podkreślał Fain w niedzielnej rozmowie z telewizją CBS. Protestujący zrzeszeni w liczącym 150 tys. członków UAW domagają się skrócenia czasu pracy do 32 godzin tygodniowo i podwyżek płac – początkowo była mowa o 46 proc. do 2027 r., później postulat złagodzono do 36 proc. Spółki zaoferowały dotąd około połowy tej wartości przy utrzymaniu 40-godzinnego tygodnia pracy. Związki domagają się także gwarancji jakości miejsc pracy tworzonych w przemyśle bateryjnym i innych nowych gałęziach produkcji oraz objęcia ich układami zbiorowymi.

Władze spółek odpowiadają, że muszą dbać nie tylko o warunki pracy, lecz także o swoją konkurencyjność, a to, co położyły na stole, i tak jest już rekordowo hojną ofertą. Ford ogłosił ponadto zwolnienie bez odpraw 600 osób w związku ze skutkami strajków, a GM zapowiedział, że podobny los może spotkać 2000 pracowników tego koncernu. Zaopiekowanie się pozbawionymi pracy obiecał UAW. W ocenie większości mediów na horyzoncie nie widać na razie rozwiązania konfliktu, a to oznacza, że w najbliższych dniach można się spodziewać rozszerzenia strajków, które przez pierwsze dni obejmowały tylko trzy fabryki, po jednej u każdego koncernu. Analitycy rynku szacują, że jeśli strajk rozszerzy się lub wydłuży, przełoży się w wymierny sposób na pozycję konkurencyjną wielkiej trójki. Odstąpienie od pracy przez wszystkich członków UAW już w 10 dni spowodowałoby straty koncernów przekraczające 5,5 mld dol. – szacuje AEG.

Według agencji Moody’s sześć tygodni strajku będzie kosztować wielką trójkę ok. 0,2 pkt proc. wzrostu gospodarczego do końca roku, co stanowiłoby stratę „niewielką, ale znaczącą”. Taki scenariusz oznaczałby relatywne korzyści dla rynkowych rywali GM, Forda i Stellantisa, na czele z Teslą, która jak dotąd skutecznie broniła się przed uzwiązkowieniem, co przekłada się na koszty pracy niższe średnio o 22–33 proc. i kilkukrotnie większe zyski z każdego sprzedanego auta. A także koncernami chińskimi, dla których koszty pracy, obok taniej energii i surowców krytycznych, to jedna z kluczowych przewag. Koszty długotrwałego odstąpienia od pracy będą ponosić także strajkujący. UAW ma im wypłacać w okresie strajku 500 dol. tygodniowo, co dla wielu będzie oznaczało obniżenie uposażenia o ponad połowę. Jednocześnie bank inwestycyjny Morgan Stanley ocenił, że – choć byłoby to wyzwaniem – koncerny są w stanie wygospodarować środki na postulowane przez związkowców podwyżki.

W piątek z retoryczną odsieczą strajkującym przyszedł prezydent Joe Biden, przyznając, że rozumie ich frustrację, i wzywając producentów aut, żeby postarali się, by ich rekordowe zyski przełożyły się na rekordowo korzystne warunki dla pracowników, dzięki którym przetrwali okres pandemii. – Mam nadzieję, że strony wrócą do negocjacyjnego stołu i uda im się dojść do porozumienia korzystnego dla wszystkich – oświadczył. Prezydent wysłał też do Detroit – stolicy amerykańskiego przemysłu samochodowego – swojego doradcę Gene’a Sperlinga oraz Julie Su, która pełni obowiązki szefowej Departamentu Pracy w jego administracji, żeby jeszcze w tym tygodniu włączyli się w negocjacje i pomogli w wypracowaniu kompromisu.

Dla Bidena rozwiązanie sporu jest sprawą o symbolicznym znaczeniu, bo tworzenie wysokiej jakości miejsc pracy w przemyśle jest jedną z jego flagowych obietnic.

Obficie subsydiowany rozwój elektromobilności – do 2031 r. szacuje się, że wartość publicznych dopłat dla sektora sięgnie 220 mld dol. – miał, według niego, przyczynić się do stworzenia 1 mln nowych etatów. Strajki w fabrykach trójki z Detroit są tymczasem sygnałem kłopotów i sprzeczności, jakie pojawiają się na drodze do realizacji tych planów. W tle niepokojów w branży motoryzacyjnej są bowiem zmiany związane z zieloną transformacją. Produkcja napędu elektrycznego, który docelowo miałby zastąpić silnik spalinowy w większości zastosowań w tym sektorze, jest uznawana za mniej skomplikowaną i, co za tym idzie, według części prognoz w grę może wchodzić obniżka zatrudnienia w sektorze. Problem ten nie dotyczy tylko USA. Według Boston Consulting Group, która przeanalizowała pod tym względem rynek europejski, inwestycje w e-mobility stworzą tu niemal 900 tys. miejsc pracy do końca dekady, podczas gdy 930 tys. etatów będzie zagrożonych likwidacją.

Do tego dochodzi presja biznesu na osłabienie osłon pracowniczych i obniżanie kosztów, które będą dla amerykańskich i europejskich gigantów balastem w globalnej rywalizacji. Spełnienie choćby części tych przewidywań byłoby ogromnym ciosem politycznym dla Bidena w kluczowych dla jego reelekcji okręgach przemysłowych. Tym bardziej że jego potencjalny rywal Donald Trump od dawna ostrzega, że ekspansja e-samochodów grozi utratą miejsc pracy w przemyśle. Strajk w zakładach wielkiej trójki jest też elementem innego trendu: fali sporów pracowniczych w amerykańskiej gospodarce. Według magazynu „Industry Leaders” w sierpniu odnotowano największą skalę strajków od 2000 r., a liczba roboczogodzin, którą pochłonęły, przekroczyła 4 mln. Jednocześnie strajki cieszą się największym od lat poparciem amerykańskiej opinii publicznej. W sierpniowym sondażu ośrodka Gallup przychylnie odniosło się do nich dwie trzecie badanych, o 13 pkt proc. więcej niż przed dekadą. ©℗