Czy zdajecie sobie sprawę z tego, że święta trójca współczesnej ekonomii – papierowy pieniądz, bankowość centralna i rząd – może być pierwszą przyczyną gospodarczego krachu.
George Selgin dyrektor Centrum dla Alternatyw Pieniężnych i Finansowych przy Cato Institute i profesor emerytowany na Uniwersytecie Georgii. „Teoria wolnej bankowości”, „Deregulacja bankowa i porządek pieniężny”, „Mniej niż zero” czy „Dobry pieniądz” – to tylko kilka z jego wielu głośnych publikacji / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Zadam to pytanie wyłącznie pro forma: chciałby pan zostać szefem Fed?

Reklama
Nie.
Wiedziałem.
(Śmiech) Wystarczy zajrzeć na dowolną stronę dowolnej mojej publikacji, by domyślić się, że Rezerwa Federalna to nie jest miejsce dla mnie.
Ale to na pewno ciekawa praca.
Z całą pewnością. Ma tylko jeden mankament. Choćbyś bardzo tego chciał i bardzo się starał, nigdy nie wykonasz jej dobrze. Po prostu nie można być dobrym szefem Fed ani dobrym szefem żadnego banku centralnego. Możesz być wspaniałym ekonomistą, wręcz Einsteinem ekonomii, ale szansa, że będziesz dobrze zarządzał polityką pieniężną, ustalając stopy procentowe na właściwym poziomie, po prostu nie istnieje.
Przecież bank centralny to ostoja ekonomicznej stabilności. Dba o to, by kryzysy występowały rzadziej, a jeśli już występują, to dba o to, by je łagodzić.
I pan w to wierzy?
Tak piszą w podręcznikach do ekonomii.
Bank centralny to agencja centralnego planowania, która chce określać właściwą podaż i cenę pieniądza, czyli podejmuje się zadania, którego nikt nie jest w stanie wykonać ze względu na jego naturę. Nie ma takich modeli, które pozwolą odgadnąć, ile gospodarce trzeba pieniądza i w jakiej cenie ma być kredyt. I nie może być: gospodarka jest zbyt złożona.
Poproszę o dowody.
Jeśli ktoś poświęci trochę czasu na analizę historii i roli bankowości centralnej w gospodarce, odkryje, że dowody są nie do obalenia. Banki centralne są instytucjami destabilizującymi gospodarkę. Przeanalizowałem bardzo dokładnie wszystkie dostępne dane i badania w tym zakresie, oddzielając gospodarki, w których ustanowiono bankowość centralną relatywnie wcześnie, i takie, gdzie zrobiono to relatywnie późno i utrzymywał się tam dłużej zdecentralizowany system pieniężny. W pierwszej grupie kryzysy występowały często – zaliczają się do niej m.in. Anglia i Stany Zjednoczone. W drugiej, do której zaliczają się m.in. Szkocja i Kanada, znacznie rzadziej. Zestawienie Anglii i Szkocji jest niezwykle wymowne – w Anglii bank centralny utworzono w 1694 r., i od tamtej pory mieliśmy do czynienia z centralizacją systemu bankowego, a w Szkocji bankowość nie była regulowana i centralizowana aż do 1844 r. Różnica w częstotliwości kryzysów na korzyść Szkocji jest zatrważająca. Podobne efekty daje porównanie USA i Kanady. W USA bank centralny istnieje od 1913 r., wcześniej zaś istniały już bardzo mocne centralne regulacje bankowe. W Kanadzie dopiero od 1935 r., a mimo to udało się jej uniknąć sporych kryzysów, które dotykały USA w latach 1873, 1884, 1893 i 1907.
I nie da się tego wytłumaczyć niczym innym, tylko właśnie brakiem banku centralnego?
Tak, bo za empirią stoi teoria. Gdy popatrzymy, jakie regulacje nakładano na sektor bankowy wraz z jego centralizowaniem, teoria ekonomii wyjaśnia perfekcyjnie, dlaczego system pieniężny nimi obłożony stał się niewydolny i niestabilny. Weźmy standard złota i Stany Zjednoczone pierwszej połowy XIX w. – różne banki emitowały wówczas pieniądz, ale żaden nie tworzył rezerw dla całego systemu. Rezerwą był przechowywany w skarbcach kruszec. Nie było więc takiego banku, który mógłby poprzez indywidualną nieodpowiedzialność nadmiernie rozgrzać gospodarkę bądź nadmiernie ją ostudzić. Banki, które wymieniały między sobą banknoty, musiały kontrolować się wzajemnie i dobrowolnie nakładać na siebie dyscyplinę. Jeśli któryś bank się wyłamywał, miał problemy z prowadzeniem biznesu, bo nie chciano z nim współpracować. W momencie, gdy jeden konkretny bank zaczął przejmować monopol na druk pieniędzy, złoto przestaje być traktowane jako rezerwa przez inne banki. To te drukowane pieniądze zaczynają pełnić funkcję rezerw. Taki bank monopolista w końcu zaczyna drukować pieniądze w oderwaniu od rezerw złota w systemie, doprowadzając do złej alokacji inwestycji. Złoto w takim systemie traci na wartości i wędruje do gospodarek, które cenią je bardziej. Rezerwy są wydrenowane. Pieniądze nie mają żadnego pokrycia. Oto recepta na kryzys. W Anglii XIX w. kryzysy były powodowane właśnie ekspansją pieniężną Banku Anglii...
Przecież XIX-wieczni ekonomiści angielscy pisali, że Bank Anglii jest konieczny w trakcie kryzysu, a nie że go wywołuje. Robił to chociażby Walter Bagehot w słynnej książce „Lombard Street: A Description of the Money Market”.
Biedny Bagehot. Zrobiono z niego obrońcę bankowości centralnej i całkowicie przeinaczono jego poglądy. To prawda, że Bagehot tłumaczył, że aby uniknąć kryzysu, Bank Anglii musi pełnić funkcję pożyczkodawcy ostatniej szansy i wzmacniać akcję kredytową w newralgicznych momentach. Jednak gdy wczytać się w jego książkę, okaże się, że był on sceptyczny wobec idei bankowości centralnej, uważał ją za destabilizującą i niekorzystną. To, że doradzał Bankowi Anglii, wynikało zaś z tego, że – jak wprost stwierdził to Bagehot – stał się on świętą krową w opinii zbyt wielu prominentnych osób i niczym monarchia brytyjska jest nieusuwalny. Bagehot traktował więc bankowość centralną jako zło politycznie konieczne.
Istnienie bankowości centralnej to wynik bardziej intelektualnego błędu czy – jak przekonują niektórzy – lobbingu wielkiej finansjery?
Obydwa powody mają znaczenie. Po pierwsze bank centralny znajduje poparcie wśród wielu ekonomistów niemających niemal żadnej wiedzy na temat historii gospodarczej i zrozumienia tej historii. Ci ekonomiści nie biorą pod uwagę, że może istnieć równie bądź bardziej wydajny system alternatywny. Po drugie działalność banku centralnego wiąże się z dużymi korzyściami, których odbiorcą są konkretne grupy interesu. Bank Anglii stworzono, aby sfinansować wojnę z Francją, a Fed po to, by obronić pozycję nowojorskich bankierów.
Brzmi jak teoria spiskowa. Rothschildowie rządzą światem?
Żadna teoria spiskowa, tylko fakty. Zanim powstał Fed, rezerwy pieniężne całych Stanów Zjednoczonych koncentrowały się w nowojorskich bankach i były przez bankierów wykorzystywane do agresywnej giełdowej spekulacji, która zagrażała stabilności giełdy. Na przełomie XIX i XX w. dla dominujących banków z Nowego Jorku zaczęła rosnąć poważna konkurencja: pojawiły się propozycje, by pozwolić na zakazane wcześniej tworzenie bankowości filialnej, które mogłoby wprowadzić trochę równowagi w systemie, niejako rozkładając rezerwy złota po kraju. Sprawiłoby to jednak jednocześnie, że instytucje bankowe z innych stanów zaczęłyby zagrażać nowojorczykom. Wówczas właśnie pojawiła się idea, by utworzyć bank centralny, który zapobiegnie kryzysowi i jednocześnie sprawi, że bankowość filialna będzie niepotrzebna. Stali za nią właśnie nowojorczycy. Fed powstał, bankowości filialnej nie wprowadzono. Ale kryzysów nie uniknęliśmy – pierwszy poważny wybuchł w 1921 r., drugi w 1929 r.
Rozumiem, że zarządzanie bankiem centralnym to z konieczności próba wyboru „mniej złych decyzji”?
Czasami uda się podjąć dobrą decyzję. Tyle że dzieje się to zazwyczaj przypadkiem.
Nie jest pan zbyt sceptyczny? Proszę spojrzeć na kryzys 2008 r. Był i go nie ma. USA znów rośnie, a najważniejsze problemy Europy wynikają z innych źródeł niż decyzje Europejskiego Banku Centralnego.
Jest pan pewien? Czy jest pan świadomy tego, że globalny kryzys 2008 r. został wzmocniony właśnie złą polityką Fed?
Za dużo ilościowo luzowano?
Przeciwnie: za mało i nie w dobrym momencie.
Jak to?
Polityka Fed w 2008 r. była zbyt konserwatywna, w efekcie mamy obecnie jedno z najpowolniejszych wyjść z kryzysu w historii gospodarki. Niby PKB rośnie, bezrobocie spadło, ale współczynnik aktywności zawodowej jest wciąż bardzo niski.
Na czym polegał błąd Fed?
Na tym, że nie zareagował i nie zwiększył ekspansji pieniężnej natychmiast w momencie wybuchu kryzysu. Zamiast tego Ben Bernanke skoncentrował się na tym, by pomagać zagrożonym instytucjom i likwidować toksyczne aktywa, jednocześnie efektywnie ograniczając dostęp do nowego kredytu. Zaczął także wypłacać procent od rezerw, które banki komercyjne u niego trzymały. Wszystko to robił w imię utrzymania stabilnej polityki stóp procentowych, a z retrospekcji wiemy, że były one ustalone ponad stanem równowagi. Słowem, Bernanke nie zrobił tego, co radził Bagehot: nie był szczodry, gdy wymagała tego potrzeba chwili. Nawiasem mówiąc, to w pewnym sensie podobny błąd do tego, jaki w polityce pieniężnej popełniono w USA w latach 30. XX w. Zachowanie Bernankego przesądziło o tym, że kryzys rozlał się na cały świat. Późniejsze luzowanie ilościowe nie mogło już wiele zdziałać. Moim zdaniem należy w ogóle zapytać, czy to luzowanie miało jakikolwiek pozytywny wpływ na zdrowienie amerykańskiej gospodarki, skoro wpływ polityki pieniężnej na gospodarkę w długim okresie jest neutralny.
Na marginesie: rozumiem, że ci ekonomiści, którzy straszyli nas pokryzysową hiperinflacją, a było takich na pęczki, nie mieli ku temu powodów i straszyli daremno?
Tak, wykazali się bardzo dużym niezrozumieniem sytuacji i nie analizowali szczegółowo kroków, które przedsiębrał Fed. Dla tych, którzy zwracali na to uwagę, późniejszy brak inflacji nie był zaskoczeniem.
Niektórzy zwolennicy tezy o groźbie hiperinflacji przekonują, że wzrost cen miał miejsce, tyle że jest ukryty – w cenach surowców lub żywności. I wyeksportowany, tj. objawiający się w krajach Trzeciego Świata, do których inwestorzy skierowali strumień pieniędzy.
To jasne, że ci, którzy co do inflacji spektakularnie się pomylili, próbują znaleźć uzasadnienie dla swoich błędów. Swoją drogą, odnosi się pan do ekonomistów z telewizji, czyli nie ekonomistów, a publicystów i inwestorów ze znanymi nazwiskami. Nie znam żadnego poważnego ekonomisty, który twierdzi, że w ostatnich latach mieliśmy wysoką inflację albo że statystyka ją jakoś zaniżyła. Wiadomo, że w niektórych niszach gospodarki ceny mogły wzrosnąć, ale przyczyn tego może być wiele i nie rzutuje to na ogólny poziom cen. Prawdę mówiąc, jedną z przyczyn, dla których Bernanke był tak zachowawczy na początku kryzysu, były obawy inflacyjne części Rady Gubernatorów Fed, którzy przestraszyli się, że faktycznie ceny skoczyły w pewnym momencie. Tym wzrostom towarzyszył jednak, na co nie zwrócono niestety uwagi, radykalny spadek wydatków w gospodarce. Realnego niebezpieczeństwa inflacji zatem nie było. I nie ma.
I dlatego ceny złota są teraz o kilkaset dolarów poniżej kryzysowego szczytu?
Ceny złota odzwierciedlają obawy inflacyjne. A inflacji nikt się nie spodziewa.
Skoro mowa o złocie, to czy jest pan zwolennikiem powrotu do standardu złota? W niedawno wydanej książce „Pieniądz” Steve Forbes argumentuje, że to nie tylko możliwe, ale i konieczne. I twierdzi, że złota mamy wystarczającą ilość i że obawy, iż jest go za mało, by zapewnić pokrycie pieniądza, są bezzasadne. Forbes uważa, że złoto to miernik wartości. Zgadza się pan z tym?
Standard złota jest możliwy i to nie jest kwestia tego, jaka jest podaż tego kruszcu. Nie może być go za mało, jeśli ustali się właściwą wartość złota na jednostkę waluty. Standard złota można zatem wpisać w aktualną równowagę rynku. Forbes jednak myli się w innym miejscu: gdy pisze, że złoto to miernik wartości. To fundamentalny błąd popełniany przez nieekonomistów – złoto nie jest żadną miarą, jest środkiem wymiany. Co to za miara, która zawsze pokazuje za mało i za dużo jednocześnie? Przecież kupując od pana towar A i dając panu w zamian złoto, daję coś, co jest dla mnie mniej warte niż ów towar – i odwrotnie, pan przyjmuje coś, co jest więcej warte niż ten towar. O ile jednak uważam, że złoty standard to jest coś realnego, o tyle wybijmy sobie z głowy, że mógłby funkcjonować w świecie, w którym rządzą banki centralne. Przecież nikt nie zaufa bankom, że będą w stanie utrzymać stały kurs wymiany złota, a tego standard złota by wymagał. Stałe kursy są niestabilne i systemy oparte na nich upadają, dlatego że banki centralne przestają w praktyce uzależniać realną liczbę banknotów od rezerw w złocie. Ale o tym już mówiłem. W skrócie: chcesz mieć standard złota, pozbądź się banku centralnego.
Domyślam się, że nie popiera pan idei wprowadzenia pieniądza suwerennego. Pieniądza mającego pokrycie w 100 proc., który byłby osadzony w systemie, w którym to parlament kontroluje wzrost kredytu. Ta idea zdobywa popularność w Islandii od kilku lat.
Boże, to nonsens! Na nieszczęście, faktycznie ma wielu zwolenników. Ktoś, kto to głosi, powinien nadrobić lektury, i tyle. W Islandii zawiodła polityka gospodarcza. Mieli tam zamknięty kartel lokalnych banków, co musiało doprowadzić do kryzysu. Po co takiej małej populacji całkowicie własna rozbuchana bankowość? Takie kryzysy są wykorzystywane przez ludzi nierozumiejących pieniądza do forsowania kompromitujących rozwiązań.
Nie podoba się panu idea, by banki utrzymywały 100-proc. rezerwę dla depozytów?
Przecież rezerwa 100 proc. oznacza koniec kredytu, a więc koniec wzrostu gospodarczego. I koniec bankowości, bo banki staną się wyłącznie przechowalniami na pieniądze. Ja jestem zwolennikiem reform, ale muszą mieć one ręce i nogi, a to byłoby wylanie dziecka z kąpielą. Gospodarka bez kredytu nie będzie się rozwijać.
Dlatego proponuje pan free banking, czyli wolną bankowość? To oznacza – totalną niemal deregulację sektora bankowego. Zdaniem niektórych to szaleństwo.
Już pokazałem, że wolna bankowość przed wprowadzeniem banków centralnych i regulacji się sprawdzała. Obecnie można by ją wprowadzić nawet przy zachowaniu instytucji banku centralnego i papierowego dolara. To byłby pierwszy krok: wolne banki operujące emitowanym przez Fed pieniądzem. Tyle że rola banku centralnego byłaby ograniczona tylko do roli operującego na podstawie jasnych zasad emitenta. Nie byłoby czegoś takiego jak polityka pieniężna, bo ta wykuwałaby się w praktyce działań wolnych banków.
W systemie wolnej bankowości banki mogłyby emitować własny pieniądz?
Nie. To błędne rozumienie tego systemu. Banki nie są od tego, żeby tworzyć nowe pieniądze. Takie rozumienie wprowadził Hayek, pisząc o denacjonalizacji pieniądza, ale tak naprawdę nie miał na myśli banków komercyjnych, a małe banki centralne, które wypuszczają na rynek konkurujące ze sobą rodzaje pieniądza, np. pusty, oparty na złocie, oparty na koszyku towarów. Ale wolna bankowość to zupełnie co innego. To po prostu system banków korzystający ze wspólnej waluty o określonych cechach. To dlatego wolna bankowość nie musi zakładać standardu złota. Owszem, mogę sobie już dzisiaj otworzyć bank, który będzie operował na złocie, ale tam nie będzie biznesu, bo przecież ludzie posługują się papierowymi dolarami. Taki bank będę musiał prędko zamknąć.
Wolna bankowość rozwiązałaby problem z kryzysami?
To zależy, jak daleko poszlibyśmy z reformą banku centralnego. Jeśli ograniczenie jego roli poszłoby tak daleko, że stałby się neutralny dla gospodarki, to tak. Tylko jak to zrobić, mając do dyspozycji papierowego dolara? Zamrozić obecną podaż dolarów? Niemożliwe.
O likwidacji Fed bądź radykalnym ograniczeniu jego roli nie mówi głośno zbyt wielu ekonomistów. Takie poglądy uchodzą za ekscentryczne. Jest pan w mniejszości.
To naturalne, że nie wszyscy zajmują się radykalną alternatywą dla obecnego systemu. Gdyby wszyscy to robili, obecne instytucje byłyby po prostu jeszcze gorsze, bo nikt by ich nie ulepszał. Przyznaję jednak, że proporcje w tym względzie są dla mnie niekorzystne (śmiech).
Może nie czas na rozważanie radykalnych zmian?
Na to zawsze jest czas. Jeśli ktoś patrzy na to, jak działa obecnie system pieniężny na świecie, i mówi: wystarczy odrobinkę przykręcić tu, odrobinkę odkręcić tam i wszyscy będziemy zadowoleni, to znaczy, że jest naiwny. Albo ma ograniczoną wyobraźnię i niewielką ciekawość świata. Te cechy dyskwalifikują go jako dobrego naukowca.