Co mają ze sobą wspólnego amerykańska wytwórnia filmów Participant Media, producent m.in. „Lincolna” Stevena Spielberga, ze spółką BASF Grameen, producentem moskitier chroniących przed malarią, a sprzedawanych w Bangladeszu po przystępnych cenach?
Albo z brytyjską firmą remontową Bounce Back, która szkoli i zatrudnia byłych więźniów? Wszystkie te podmioty to samowystarczalne finansowo firmy, niedziałające w celu pomnażania pieniędzy właścicieli, ale wywołania pozytywnej zmiany społecznej.
Reklama
Ich udziałowcy nie pobierają dywidend, a jedynie odzyskują zainwestowane w uruchomienie działalności środki. Idea biznesu społecznego, czyli swoistego dwa w jednym, gdzie wypracowany w oparciu o mechanizmy biznesowe zysk służy rozwiązywaniu różnych problemów, na przykład walce z ubóstwem, zapewnieniu dostępu do opieki medycznej i edukacji, ochronie środowiska czy też wspieraniu aktywności zawodowej osób pozostających na marginesie społeczeństwa, zdobywa na świecie coraz większą popularność.

Reklama
Pomysł z całego serca popularyzuje Muhammad Yunus, bangladeski ekonomista i laureat Pokojowej Nagrody Nobla w 2006 r. Jego zdaniem tylko taka formuła – a nie działalność charytatywna, dotacje czy inne mechanizmy funkcjonujące w państwie opiekuńczym – może doprowadzić do likwidacji biedy i bezrobocia, pobudzając ludzką kreatywność i inicjatywność. Założony przez niego 40 lat temu Grameen Bank (Bank Wiejski) początkowo działał jako projekt eksperymentalny, ale w 1983 r. formalnie stał się instytucją bankową. Nietypową – bo w formule biznesu społecznego, którego współwłaścicielami byli jego klienci.
Bank udzielał najuboższym drobnych, zazwyczaj kilkunastodolarowych pożyczek na uruchomienie działalności zarobkowej. Jednocześnie starał się namawiać największe światowe koncerny, aby zakładały biznesy społeczne. Po 30 latach od uruchomienia mikrokredytów profesor Yunus i jego bank otrzymali Nobla za nowatorskie i skuteczne eliminowanie ubóstwa, a idea „social business” zaczęła budzić coraz większe zainteresowanie na wszystkich kontynentach, zwłaszcza po kryzysie finansowym, który doprowadził do zubożenia milionów ludzi na świecie.
Działające zgodnie z taką koncepcją firmy są tworzone nie tylko w krajach rozwijających się, ale także tych dostatnich i rozwiniętych, które borykają się z właściwymi dla siebie problemami, na przykład starzejącym się społeczeństwem, jak w krajach Europy Zachodniej, wysokim wskaźnikiem samobójstw, jak w Japonii, depresji, jak w Skandynawii, zatruciem środowiska czy też brakiem pomysłów na włączanie w główny nurt społeczeństwa osób chorych psychicznie. Biznesy społeczne są często tworzone przez międzynarodowe korporacje, na przykład wielkie koncerny spożywcze czy samochodowe, ale także przez małe i średnie firmy oraz pojedyncze osoby pragnące podjąć pracę oprócz środków na życie przynoszącą także poczucie robienia czegoś pożytecznego dla społeczności.
Ideę „sensownego biznesu” od lat propaguje międzynarodowe stowarzyszenie Ashoka. Powstają nowe inicjatywy, takie jak MakeSense, czyli globalna społeczność skupiająca przedsiębiorców rozwiązujących problemy społeczne. Rozwój przedsiębiorczości społecznej wspierają instytucje państwowe i organizacje pozarządowe. Jest ona popularna zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, gdzie działa prawie 70 tys. takich firm. Na tworzenie warunków do biznesu społecznego zaczynają się otwierać europejskie miasta – we włoskiej Pistoi i hiszpańskiej Barcelonie jest realizowany pilotażowy program Social Business City, wspierany intensywnie przez prof. Yunusa, a w Polsce popularyzowany przez ośrodek ThinkTank. Przedmiot „social business” jest wykładany na niektórych uniwersytetach (także tych ekonomicznych) w Stanach Zjednoczonych, Australii, Japonii, Europie Zachodniej i kontynentalnej części Azji.
Choć model biznesu społecznego wzbudza ogromne zainteresowanie Unii Europejskiej, nie cieszy się jeszcze większą popularnością i pozostaje mało znany. Powodem jest przede wszystkim brak zrozumienia dla samej koncepcji przedsięwzięcia. Myśląc o biznesie społecznym, kładzie się przede wszystkim nacisk na „social”, a nie na „business”. Dominuje przeświadczenie, że chodzi o budowanie społecznie użytecznych projektów dzięki dotacjom otrzymywanym z biznesu albo z funduszy publicznych, przede wszystkim Europejskiego Funduszu Społecznego.
Brakuje myślenia, jak zapewnić samowystarczalność i ciągłość projektu, kiedy podarowane pieniądze się skończą. Jest to jedna z największych bolączek podmiotów ekonomii społecznej, co widać wyraźnie, na przykład kiedy prześledzi się średni czas funkcjonowania spółdzielni socjalnych (działalności gospodarczej wykluczonych społecznie). Wynosi on około dwóch lat, czyli tyle, ile trwa refundacja składek na ubezpieczenie społeczne. Osoby bez kwalifikacji i zacięcia biznesowego najczęściej nie są w stanie konkurować na wolnym rynku. Z drugiej strony tradycyjny biznes dąży przede wszystkim do maksymalizacji zysku, a w ramach „social” jest najwyżej skłonny przeznaczyć pewne środki na cele charytatywne czy też podjąć działania prospołeczne lub proekologiczne w ramach społecznej odpowiedzialności biznesu.
Myśl, że to zysk społeczny, a nie finansowy, miałby być motorem napędowym firmy, większości polskich przedsiębiorców wydaje się abstrakcyjna lub utopijna. Dodatkowo w krajach Europy Środkowej i Wschodniej słowo „social” ma nie najlepsze konotacje i kojarzy się z PRL. Podobnie zresztą (i równie niesłusznie), jak rozwijający się w Polsce od drugiej połowy XIX wieku ruch spółdzielczy, potencjalnie cenne, a niewykorzystane współcześnie źródło inspiracji co do dobrych praktyk i etosu przedsiębiorczości społecznej.
Największym wyzwaniem na dziś wydaje się przekonanie do idei społecznego biznesu przedsiębiorców. Uświadomienie im, że zamiast alternatywy „zarabiam pieniądze albo pomagam innym”, można osiągnąć oba te cele, stosując na użytek społeczny innowacyjne modele biznesowe i narzędzia dostępne w sektorze komercyjnym. Nie jest to oczywiście oferta dla wszystkich, ale aktywność polskich firm, także tych mikro, małych i średnich, chociażby w dziedzinie społecznej odpowiedzialności biznesu, wskazuje na duży potencjał do podejmowania działań przydatnych dla otoczenia i lokalnych społeczności.
Taką potrzebę mają często ludzie młodzi, czego doskonałym przykładem jest założyciel polskiej firmy Asante Bikes, produkującej robiące furorę na świecie rowery z bambusa. Dochód z ich sprzedaży jest przeznaczany na stypendia edukacyjne dla młodzieży w Ghanie. Przedmiot „przedsiębiorczość społeczna” zaczyna się nieśmiało pojawiać w programach studiów polskich uczelni. Aktywizacja do działania, zamiast rozdawnictwa, staje się też coraz częściej jednym z nurtów polityki społecznej. Czas pokaże, czy biznes społeczny upowszechni się w naszym kraju na większą skalę, ale z pewnością powinniśmy sobie tego życzyć, wierząc (za profesorem Yunusem), że to właśnie dzięki niemu nastąpi odrodzenie europejskiej gospodarki.
Największym wyzwaniem na dziś wydaje się przekonanie do idei społecznego biznesu przedsiębiorców. Choć nie jest to oferta dla wszystkich