Rząd przedstawił plan gospodarczy na najbliższe lata. Choć zawarte są tam trafne diagnozy dotyczące problemów, przed którymi stoi polska gospodarka, to obecne działania nie zmierzają w kierunku ich rozwiązania, a wręcz są z nim sprzeczne.
Zdaniem rządu zasadniczym problemem polskiej gospodarki jest pułapka średniego dochodu, czyli wyhamowanie wzrostu gospodarczego po osiągnięciu pewnego poziomu rozwoju. Dzięki niższym kosztom pracy kraj na dorobku może zyskiwać na konkurencyjności i rozwijać się szybciej, ale ta przewaga szybko się wyczerpuje wraz ze wzrostem dochodów. Jeśli nie znajdzie się nowych i bardziej trwałych przewag konkurencyjnych, dalszy rozwój nie będzie możliwy.
Reklama
Sposobem na wyjście z pułapki średniego dochodu ma być między innymi zwiększenie krajowych inwestycji w gospodarce do poziomu 25 proc. PKB w 2020 r. Jest to słuszna koncepcja, jako że to właśnie poziom inwestycji jest podstawą długoterminowego wzrostu gospodarczego. Inwestycje te jednak trzeba z czegoś sfinansować. W gospodarce otwartej inwestycje finansowane są albo z krajowych oszczędności, albo z napływu zagranicznego kapitału.

Reklama
I tu pojawia się pierwsza sprzeczność w działaniach rządu – ani jedno, ani drugie źródło nie zapewni odpowiednich funduszy dla tych inwestycji. Plan wskazuje bowiem na to, że polska gospodarka jest nadmiernie zależna od kapitału zagranicznego, co jest określone jako pułapka braku równowagi. Jeśli rząd zamierza zmniejszyć udział kapitału zagranicznego w gospodarce, to do sfinansowania wzrostu inwestycji potrzeba będzie wzrostu oszczędności krajowych.
Ten wzrost może wynikać ze zwiększenia się oszczędności gospodarstw domowych, przedsiębiorstw bądź sektora rządowego. Niestety, w dzisiejszych realiach trudno wyobrazić sobie sytuację, że polskie rodziny zaczną nagle więcej oszczędzać. Dane Eurostatu pokazują, że stopa oszczędności gospodarstw domowych w Polsce jest od dekady jedną z najniższych w Unii Europejskiej i do tego wykazuje tendencję spadkową. W 2014 r. wyniosła ona jedynie 1,93 proc., podczas gdy w momencie wejścia do UE wynosiła 6,61 proc. Nie można zapominać, że zachęcanie ludzi do oszczędzania to długotrwały proces, wymagający zmiany myślenia, odpowiedniej edukacji i wskazywania właściwych możliwości inwestowania. Z kolei rządowe wsparcie socjalne, np. w postaci programu 500+, zachęca raczej do wydawania niż oszczędzania pieniędzy – minister finansów wskazywał, że program ten ma się przełożyć właśnie na wzrost popytu konsumpcyjnego.
Trzeba też pamiętać, iż płace w Polsce są na tyle niskie (jak zresztą wskazano w rządowym planie), że pole do zwiększenia oszczędności po stronie większości populacji jest niewielkie – najczęściej wypłacane wynagrodzenie w październiku 2014 r. (najświeższe dostępne dane) wyniosło 2469,47 zł brutto, co stanowi jedynie 60 proc. średniej krajowej. Aby zmienić ten stan rzeczy, rząd chce, by firmy płaciły więcej swoim pracownikom poprzez tworzenie wysokopłatnych miejsc pracy. Jeśli ten postulat będzie realizowany, a wzrost płac nie będzie wynikał ze wzrostu produktywności, również firmom zostanie do dyspozycji mniej pieniędzy na inwestycje. Biorąc pod uwagę realizację obietnic wyborczych, rząd również nie będzie generował nadwyżki wpływów nad wydatkami.
Krajowe inwestycje można również sfinansować przez dalsze zadłużanie się państwa. Ten sposób zapewne nie zostanie jednak wykorzystany, jako że w rządowym planie trafnie zauważono, iż jednym z problemów polskiej gospodarki jest nadmierny dług publiczny, przez co należy dążyć do redukcji zadłużenia. Z drugiej strony polityka rządu związana z dużymi wydatkami socjalnymi (program 500+), planowanym obniżeniem wieku emerytalnego i zwiększeniem kwoty wolnej od podatku, przekłada się na większe wydatki i mniejsze dochody budżetu państwa, co oznacza konieczność zwiększenia deficytu budżetowego i długu publicznego.
W planie zwrócono uwagę również na to, iż Polska znalazła się w pułapce demograficznej, wynikającej ze starzenia się społeczeństwa, co z kolei istotnie przekłada się na spadek osób aktywnych zawodowo. Są to realne problemy, przed którymi obecnie staje nowy rząd. Jednak zwiększanie liczby aktywnych zawodowo nie idzie w parze z wprowadzonymi niedawno zmianami i planami. Po pierwsze, powrót do wieku emerytalnego sprzed reformy z 2013 r. nie jest zachętą dla ludzi starszych do pozostania na rynku pracy dłużej. Tego typu działania na pewno nie przekładają się na wzrost liczby osób aktywnych zawodowo. Odpowiedzią na problemy demograficzne ma być zwiększona dzietność związana ze wsparciem w ramach programu 500+. Również ten program zniechęci wiele kobiet, szczególnie tych gorzej wykształconych, o niższych zarobkach, do pozostania na rynku pracy i aktywnego uczestniczenia w rozwijaniu swoich umiejętności.
W polityce rządu widać też dwa inne sprzeczne cele. Z jednej strony zakłada się wprowadzenie wielu ułatwień dla przedsiębiorców poprzez mniej dokuczliwe regulacje, zmniejszenie uciążliwości kontroli czy mniej obowiązków sprawozdawczych. Z drugiej strony celem rządu jest również uszczelnienie systemu podatkowego i zwiększenie ściągalności danin publicznych. Są to niejako wykluczające się postulaty – drugi cel oznacza bowiem więcej kontroli, a także zapewne ograniczenie liczby ulg podatkowych (im jest ich więcej, tym większe pole do nadużyć), co raczej utrudni niż ułatwi życie przedsiębiorcom.
Choć rządowy plan bardzo dobrze definiuje problemy, z jakimi boryka się polska gospodarka, to obecna polityka rządu jest z nimi sprzeczna. Nie sprzyja ona wzrostowi oszczędności, przyczynia się do wzrostu zadłużenia państwa i nie rozwiązuje problemów demograficznych. Rząd musi się zdecydować, którą ścieżką chce podążać – czy tą, która odpowiada na stojące przed Polską wyzwania, czy ścieżką realizacji nieodpowiedzialnych obietnic wyborczych.
Choć rządowy plan dobrze definiuje problemy, z jakimi boryka się polska gospodarka, to obecna polityka rządu jest z nimi sprzeczna