Lepiej zapłacić kilkanaście milionów kar za niewdrożenie unijnej dyrektywy dotyczącej sektora finansowego w terminie, niż pospiesznie przyjąć regulację, która za kilka lat będzie nas kosztowała wielokrotnie więcej. Takie wnioski płyną z posiedzenia sejmowej podkomisji opracowującej projekt ustawy o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym, systemie gwarantowania depozytów oraz przymusowej restrukturyzacji.
Reklama
Wybuchowa ustawa
– To bomba atomowa – tak o projekcie mówi Paweł Pelc z Kasy Krajowej SKOK.
Podobną opinię, choć z innych powodów, ma prezes Związku Banków Polskich Krzysztof Pietraszkiewicz. Jego zdaniem przyjęcie ustawy w brzmieniu przedstawionym przez Ministerstwo Finansów mogłoby zagrozić stabilności finansowej sektora bankowego.

Reklama
I, co interesujące, również politycy PiS wskazują, że przygotowane przepisy są bardzo dalekie od ideału. Broni ich jedynie resort finansów. Używa przy tym obiektywnie istotnego argumentu: projekt ma służyć wdrożeniu unijnej dyrektywy BRR (ustanawiającej ramy dla działań naprawczych oraz restrukturyzacji i uporządkowanej likwidacji instytucji kredytowych i firm inwestycyjnych). Czas na to mieliśmy do końca zeszłego roku. Komisja Europejska w związku z opóźnieniem pozwała nas już do Trybunału Sprawiedliwości UE. I zapewne począwszy od kwietnia – jeśli ustawa wciąż nie wejdzie w życie – na Polskę będą nakładane kary za każdy dzień zwłoki.
Przypomnijmy: przygotowywana ustawa ma drastycznie wzmocnić znaczenie BFG, który będzie już nie tylko gwarantem depozytów, lecz także zajmie się przymusową restrukturyzacją banków. Szef BFG stanie się zaś niemal tak samo istotną personą na rynku usług finansowych, jak przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. Projekt w wielu miejscach wychodzi jednak poza minimum narzucone nam przez Unię Europejską.
Duże ryzyko
Intencją ustawodawcy jest stworzyć możliwie najbezpieczniejszy dla konsumentów rynek, tak by w razie niewypłacalności któregokolwiek z banków otrzymali oni pieniądze. „Trzeba jednak pamiętać, że bezpieczeństwo zawsze kosztuje i dobrze jest prawidłowo określić relację między akceptowalnym poziomem bezpieczeństwa a kosztem jego utrzymania” – zwraca uwagę Związek Banków Polskich w swojej opinii do projektu.
Paradoksalnie bowiem – w ocenie przedsiębiorców – skutek przyjęcia przedłożonej Sejmowi regulacji może być wprost przeciwny do zamierzonego. Czym mocniej ustawodawca dociśnie banki poprzez wysokie opłaty na fundusz, tym większe ryzyko, że część z nich wpadnie w tarapaty finansowe. To zaś może grozić ich niewypłacalnością. A im więcej podmiotów stanie nad progiem bankructwa, tym większe staną się obciążenia dla pozostałych.
O swoje walczy też Kasa Krajowa SKOK. Zgodnie z projektem poszczególne kasy będą składać się na fundusz restrukturyzacyjny w ramach BFG. Tego jednak UE wcale od nas nie wymaga. A zdaniem Kasy Krajowej rozwiązanie to może drastycznie pogorszyć sytuację ekonomiczną mniejszych podmiotów.
Paweł Pelc przekonywał w Sejmie, że tym samym ustawa może być niezgodna z konstytucją. Wskazywał przy tym na niedawne orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, który stwierdził, że niezgodny z ustawą zasadniczą jest brak rozróżniania kas na podmioty większe i małe (wyrok TK z 31 lipca 2015 roku, sygn. akt K 41/12).
Posłowie PiS byli zgodni z przedstawicielami biznesu, że ustawę trzeba dopracować. I nie może tego zmienić fakt, że wisi nad Polską widmo kar, gdyż dobra regulacja jest warta wielokrotnie więcej niż wartość ewentualnie nałożonych na nas sankcji.
– Co nagle, to po diable – spuentował przewodniczący sejmowej podkomisji Jan Szewczak.
Bezpieczeństwo depozytów bankowych na raty
Podmioty zobowiązane do wnoszenia opłat do Bankowego Funduszu Gwarancyjnego będą to robiły w okresach kwartalnych, a nie raz w roku. Przewiduje tak projekt nowelizacji ustawy o BFG autorstwa posłów PiS.
Działanie parlamentarzystów to reakcja na interpretację Europejskiego Urzędu Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych (ESMA). Stwierdził on, że opłaty wnoszone przez duże banki na BFG powinny być jednorazowo zaliczane w koszty i niemożliwe jest rozliczanie ich w czasie.
Co to oznacza w praktyce? Ano tyle, że dokonana na początku roku wpłata wpłynęłaby drastycznie na wynik finansowy przedsiębiorcy za pierwszy kwartał. W efekcie w stosunku do słabiej radzących sobie na rynku podmiotów Komisja Nadzoru Finansowego mogłaby być zobligowana do wdrożenia programu naprawczego – mimo że faktycznie nie byłoby takiej potrzeby.
Nie jest jednak tajemnicą, że projektodawcy chcą upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Jak sami zaznaczają w uzasadnieniu, wejście banku w procedurę programu naprawczego jest przesłanką do wyłączenia go z opodatkowania tzw. podatkiem bankowym. Jeśli więc opłaty nadal byłyby wnoszone wraz z początkiem roku, mogłoby się okazać, że wiele podmiotów zdolnych do poniesienia obciążeń fiskalnych by ich uniknęło.
Ustawa ma charakter tymczasowy. Założeniem jest, że rozwiązanie na stałe zostanie wypracowane w ramach prac nad projektem ustawy o BFG.
Etap legislacyjny
I czytanie
Etap legislacyjny
Prace w podkomisji