Nasz system popadł w tarapaty nie z powodu przerośniętego państwa, lecz dlatego że zatriumfował neoliberalizm. Zderegulował gospodarkę i pozwolił kapitałowi hulać po świecie bez oglądania się na konsekwencje dla społeczeństw - uważa Wolfgang Merkel, niemiecki politolog.
Czy demokracja i kapitalizm są do pogodzenia?
Reklama
Takiej pewności nie ma. I nigdy nie było.

Reklama
Jak to? Moje pokolenie wychowywano w przekonaniu, że wolnorynkowa demokracja dominująca w zachodnim świecie to rozwiązanie idealne. I tylko patrzeć, aż ten model zwycięży w skali całego globu.
Temat kompatybilności demokracji i gospodarki rynkowej wałkujemy od 200 lat. Już jeden z pierwszych analityków kapitalizmu Karol Marks miał co do tego dopasowania wielkie wątpliwości. W czasie Wielkiego Kryzysu wiele demokracji nie potrafiło wytrzymać różnorakich presji generowanych przez kapitalizm i w końcu pękły, torując drogę ustrojom antydemokratycznym, choćby takim jak nazizm. Dopiero po 1945 r. nastąpił okres udanej koegzystencji obu systemów, przynajmniej w ramach rozwiniętego Zachodu. Ale to był okres krótki. Krótszy, niż się niektórym wydaje.
Kiedy się skończył?
Mówiąc, że pana pokolenie wychowywano w przeświadczeniu o pełnej zgodności kapitalizmu i demokracji, odnosi się pan zapewne do okresu, gdy tej zgodności już dawno nie było.
Mówię o latach 90.
Dominująca wtedy opowieść o braku alternatywy dla wolnorynkowej liberalnej demokracji była tak naprawdę przejawem braku równowagi. Faktycznie był to okres, w którym, i owszem, triumfował kapitalizm, ale demokracja coraz bardziej przeistaczała się w szarą myszkę.
Jak to?
Przyjrzyjmy się tym obu procesom, a zobaczymy nierównowagę. Stosunkowo łatwo pokazać postępujący triumf kapitalizmu. I nie chodzi wyłącznie o to, że po upadku ZSRR zniknęła jedyna konkurencyjna wobec kapitalizmu forma ustroju gospodarczego. Polecam wziąć do ręki głośny raport komisji trójstronnej z 1975 r. firmowany m.in. przez amerykańskich politologów Samuela Huntingtona oraz Zbigniewa Brzezińskiego. Tekst nosił tytuł „Kryzys demokracji”, a jego autorzy odpowiadali, że aby ten kryzys przezwyciężyć, należy ograniczyć rolę państwa w wielu dziedzinach życia. Zwłaszcza w gospodarce. Gdy się dziś patrzy na ten raport, to naukowca ogarnia zazdrość. Bo w ciągu następnych 20 lat większość postulatów Huntingtona i spółki została wcielona w życie. W całym zachodnim świecie – od krajów anglosaskich po Skandynawię – mieliśmy postępującą deregulację gospodarki i wielki trend na obniżkę podatków. Do tego doszedł konsensus waszyngtoński, a więc zestaw jeszcze dalej idących liberalnych dyrektyw dla krajów Drugiego i Trzeciego świata sformułowany i wymuszany przez międzynarodowe instytucje finansowe. Wszystkie te trendy łączył jeden fakt: były wyjątkowo korzystne właśnie dla kapitału. Deregulacja umożliwiła mu swobodny przepływ w skali globalnej oraz osiąganie większych przychodów. A niższe podatki sprawiały, że kapitał mógł coraz większą ich część zachować dla siebie. Czy w takiej sytuacji można mówić o czymś innym niż triumf kapitalizmu, a więc systemu, w którym kapitał jest wartością najważniejszą?
A co z demokracją?
Ona nie może się pochwalić nawet drobną częścią takich sukcesów, jakie odniósł kapitalizm. Jeżeli zastosujemy kryteria mniej wymagające i będziemy szukać demokracji przedstawicielskich, a więc takich, gdzie regułą są wolne wybory, to takich krajów znajdziemy ponad 120 na ponad 200 istniejących. Gdyby jednak te kryteria zaostrzyć i pytać o liberalne demokracje oparte na praworządnym systemie, to będzie ich już tylko 60.
Ale to nadal więcej niż w czasach zimnej wojny.
To prawda. Nie można jednak abstrahować od jakości dzisiejszych systemów demokratycznych. A coraz głośniejsze stają się narzekania, że szerzą się nowe niekorzystne zjawiska. Politolog Colin Crouch pisał już o postdemokracjach, Wolfgang Streeck o fasadach, ja z kolei najczęściej mówię o demokracjach wadliwych.
Co to takiego?
To rosnące poczucie, że w warunkach zglobalizowanego kapitalizmu demokratycznie wybrana władza polityczna stoi wobec takich sił jak międzynarodowy kapitał na straconej pozycji. Czy może podnieść podatki? Nie, bo boi się ucieczki kapitału. Czy może zwiększyć redystrybucję? Nie, bo bez podniesienia podatków zwiększy się zadłużenie i pole manewru jeszcze bardziej się zawęzi. Rodzi się zasadne pytanie, czy kraj kierowany przez demokratycznie wybranych przedstawicieli, którzy są w swych decyzjach ubezwłasnowolnieni, jest jeszcze demokracją w pełnym tego słowa znaczeniu.
No właśnie. A czy Grecja jest?
To pasjonująca kwestia. Przez kilka poprzednich lat trojka ustanowiła nowy precedens, jeśli chodzi o ingerowanie w wewnętrzne sprawy Grecji. Nawet jak na Unię Europejską. Bo mówimy tu o szczegółowym ingerowaniu w wysokość emerytur, ustawodawstwo podatkowe czy kwestie budżetowe. I to naprawdę trudne do pogodzenia z panującą w Unii – przynajmniej teoretyczne – zasadą subsydiarności. A mówiąc wprost, wykracza poza nią, otwierając w historii Unii zupełnie nowy rozdział.
Mogli się nie zadłużać – powiedzą zwolennicy twardej postawy wobec Aten. Akurat w Niemczech, pańskiej ojczyźnie, taka argumentacja jest powszechna.
To prawda. Ale rozmowa o strukturze greckiego długu to co innego. Bo tu można wskazywać na fałszowanie statystyk przez poprzednie ateńskie rządy i przymykanie na to oka przez inne stolice. Można mówić o nieodpowiedzialnej polityce fiskalnej i łamaniu kryteriów z Maastricht. Nie tylko zresztą przez Greków. Można wskazywać na brak solidarności greckich warstw wyższych, które nigdy nie kwapiły się do płacenia jakichkolwiek podatków i do redystrybucji. Ale jeżeli przenieść tę dyskusję na szersze pole, to widać tu trochę inną historię.
Jaką?
Wracamy do obserwowanej od 20–30 lat triumfalnej ekspansji kapitału. Jak na dłoni widać, że długi krajów Południa i nadwyżki handlowe takich krajów jak Niemcy to jest tylko skutek. A przyczyną jest deregulacja gospodarki i tworzenie wielkich wolnorynkowych obszarów gospodarczych. To jest właśnie ten triumf kapitału, o którym rozmawiamy. Jego przejawem jest zasypanie unijnych rynków hiperkonkurencyjnymi towarami z takich krajów jak Niemcy oraz ekspansja kredytowa instytucji finansowych z krajów bogatej Północy. W tym sensie również polityka oszczędności realizowana wobec Grecji przez kilka ostatnich lat to kontynuacja tej logiki. Bo pieniądze z unijnych bailoutów, które w piątek trafiały do Aten, w poniedziałek były już z powrotem w Deutsche Banku czy BNP Paribas.
Nie mówi pan jak Niemiec.
Faktycznie, w Niemczech takie stawianie sprawy jest niepopularne. I to nie tylko z powodu uporu kanclerz Angeli Merkel i jej najbliższego otoczenia. Istnieje coś w rodzaju ponadpartyjnego porozumienia, by kryzys grecki traktować wyłącznie w takich wąskich kategoriach. A dwa największe obozy polityczne, chadecja i socjaldemokracja, mogą się co najwyżej pospierać o to, czy polityka austerity powinna być twarda, czy może jeszcze twardsza. Niewielu ma jednak ochotę wprowadzić do dyskusji choćby postulowane przez wielu francuskich polityków poszerzenie kryteriów z Maastricht o zakaz utrzymywania wysokich nadwyżek handlowych, jak ta niemiecka. Podobny konsensus panuje w mediach i – co ciekawe – wśród ekonomistów. Ciekawie jest w ostatnim czasie uczestniczyć w międzynarodowych konferencjach naukowych, na których Niemcy stają się coraz bardziej fortecą neoliberalnej ortodoksji. I coraz trudniej im się porozumieć z kolegami z Francji czy Wielkiej Brytanii.
Chwilę wcześniej powiedział pan o greckiej warstwie wyższej, która nie czuje się odpowiedzialna za resztę kraju. Może Niemcy stali się takimi greckimi bogaczami, tylko że w skali europejskiej. Niby żyją z resztą Europy pod jednym dachem, ale nie zamierzają się zrzucać na tych darmozjadów.
Ciekawe porównanie. I kuszące. Ale nie jestem pewien, czy pójście tą drogą jest słuszne. Bo należy pamiętać, że Niemcy w pewien sposób przyczynili się do wzrostu dobrobytu w takich krajach jak Grecja. Gwarantując ich wypłacalność i umożliwiając Grekom kilka lat dostępu do rynków finansowych na bardzo preferencyjnych warunkach. Nie jest więc tak, że Niemcy nigdy nie wykazali się wobec Południa żadną solidarnością. To, czego tu ewidentnie brak, to konsekwencji i myślenia w kategoriach wspólnotowych.
Czy 10 lub 20 lat temu byłoby inaczej?
To ciekawe pytanie. Wydaje mi się, że w 2005 r. pod rządami socjaldemokraty Gerharda Schroedera polityka Niemiec wobec zadłużonego Południa byłaby dokładnie taka sama. Merkel i Schroeder – choć bardzo różni – są przecież przedstawicielami innego pokolenia niż Helmut Kohl, chadecki kanclerz w latach 1982–1998. Ich aktywne życie polityczne przypada już na ten okres triumfującego kapitalizmu, podczas gdy Kohl to polityk pamiętający złotą erę konsensusu między kapitałem a demokracją. I dlatego myślę, że Kohl rozegrałby to inaczej i nie zajmowałby wobec Grecji tak twardego stanowiska jak Merkel. I mówię to jako obywatel, który w sprawach wewnątrzpolitycznych niezwykle rzadko się z Helmutem Kohlem zgadzał.
Czyli jednak winny triumf kapitału?
To bardzo znamienne. Pamiętam, że jeszcze w czasach zimnej wojny większość badaczy demokracji uważała, że wolny rynek to taka polisa ubezpieczeniowa przed nadmiernym autorytaryzmem w stylu sowieckim. Myślenie to było spotykane nawet w środowiskach lewicujących. W tym sensie ostatnie 20 lat było dla nas dużym zaskoczeniem. Bo okazało się, że demokracja popadła w tarapaty nie z powodu przerośniętego państwa, lecz dlatego, że zatriumfował neoliberalizm, który zderegulował gospodarkę i pozwolił kapitałowi hulać po świecie bez oglądania się na konsekwencje dla wspólnot i społeczeństw.
I co będzie dalej?
Tego stanu rzeczy nie da się tak łatwo cofnąć. Pewnie dlatego, że kapitalizm jest żywiołem tak silnym, że może się dogadać z każdym. On po prostu demokracji nie potrzebuje. Bo to samo, a nawet więcej, może dostać w reżimach autorytarnych: w Chile gen. Pinocheta, w Singapurze, w Chinach.
A odwrotnie?
Odwrotnie to działa. W zasadzie nie ma w historii świata przykładu na jakiś na wskroś socjalny system gospodarczy, który by się ostał w warunkach demokracji.
Dlaczego tak jest?
Bo oba systemy kierują się odmienną logiką. W demokracji fundamentalna zasada głosi, że każdy obywatel ma jeden głos. W kapitalizmie realna władza zależy od tego, jakim się dysponuje kapitałem. I tu nie ma mowy o równości. W kapitalizmie – np. w przedsiębiorstwach – mamy do czynienia z decyzjami zapadającymi w wąskim gronie. Często podejmowanymi jednoosobowo. A w demokracji do podjęcia wiążącej decyzji potrzeba większości. Czasem nawet konsensusu, a już na pewno kompromisu. A kapitalizm konsensusu nie lubi. Bo kłóci się on z naczelną zasadą maksymalizacji wydajności. Nawet gdy kapitalizm i demokracja mówią na pozór o tym samym, to niekoniecznie mają na myśli to samo.
Co to znaczy?
Przykładem może być państwo prawa. Na pierwszy rzut oka potrzebują go i demokracja, i kapitalizm. Ale tak naprawdę kapitalizmowi zależy bardziej na gwarancjach zastanego ładu. Czy to w formie zasady o nienaruszalnej własności prywatnej, czy możliwości odwoływania się do ponadnarodowych trybunałów w sporze z władzą krajową. To jest pewność, której szukają inwestorzy. Ja pod hasłem państwo prawa ma na myśli to, by reguły były uchwalane zgodnie z demokratycznymi i parlamentarnymi zasadami. I tutaj może iskrzyć. Bo reguły parlamentarne bywają często przez kapitał odrzucane jako nieefektywne. Z kolei na przykład bezwarunkowe gwarancje dla praw własności czasem stoją w sprzeczności z dobrem publicznym.
I wtedy następuje próba sił?
Do próby sił między demokracją a kapitalizmem dochodzi wszędzie i przez cały czas. Można powiedzieć, że w toku tych starć wykształciły się różne typy kapitalizmu i różne typy demokracji. Bo przecież demokracjami są zarówno Tunezja, jak i Indonezja. Polska i Dania też. I nikogo nie trzeba przekonywać, że każda z nich ma trochę inne cechy. Podobnie jest z kapitalizmem.
Varieties of capitalism to modna szkoła w debacie ekonomicznej. Jej przedstawiciele rozróżniają głównie liberalne i koordynowane gospodarki rynkowe.
Tak, to jest podział pomiędzy kapitalizmem anglosaskim – mimo wszystko słabiej uregulowanym, a kapitalizmem w stylu francusko-skandynawskim. Z Niemcami i ich tradycją ordoliberalną gdzieś pośrodku. Ale obok są jeszcze takie typy kapitalizmu jak oligarchia panująca na Ukrainie i w Rosji. Oraz mieszanki. Na przykład chińska, gdzie z jednej strony mamy silne i sterujące procesami gospodarczymi państwo, a z drugiej elementy maksymalnie manchesterskie, by użyć tu sformułowania Fryderyka Engelsa z połowy XIX w. To znaczy kapitalizm, w którym nie ma miejsca na żadną samoorganizację i samoobronę ze strony pracujących.
I co dalej?
Jestem dosyć sceptyczny. Bez fundamentalnej zmiany neoliberalnej logiki naszych czasów zbyt silny kapitalizm będzie stopniowo pomniejszał znaczenie demokracji. To już widać w badaniach prowadzonych przez Eurobarometr. Z roku na rok Europejczycy coraz mniej ufają instytucjom demokracji parlamentarnej: partiom politycznym, rządom i parlamentom. Ludzie są rozczarowani, bo czują, że te instytucje albo nie chcą, albo nie mogą zrealizować tego, co obiecują. Jednocześnie Europejczycy coraz więcej zaufania pokładają w policji, wojsku i organach sprawiedliwości. A więc w tych fragmentach władzy publicznej, których nie mogą wybrać. Co oznacza, że jesteśmy na najlepszej drodze do technokratyzacji naszego życia publicznego. I to jest dla admiratorów demokracji bardzo zła wiadomość.