Polska jest dziś w ścisłej europejskiej czołówce producentów serów dojrzewających. Krajowi wytwórcy zmagają się jednak z konsekwencjami rosyjskiego embarga na produkty mleczne.
Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Sery są najważniejszą pozycją w polskim eksporcie wyrobów mleczarskich, ale w ubiegłym roku odnotowany został pod tym względem spadek. Jak wynika z danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, w 2014 r. wysłaliśmy za granicę 204,6 tys. ton serów i twarogów za 657 mln euro. Rok wcześniej zagraniczna sprzedaż w tej kategorii wyniosła 207,6 tys. ton o wartości 691,8 mln euro.

Reklama
Wiele wskazuje, że w tym roku trend spadkowy jest kontynuowany. Będzie on widoczny zwłaszcza pod względem wartości, co jest związane z tym, że po zamknięciu rynku wschodniego polskie firmy musiały zmienić kierunek eksportu. Teraz za cel obrały sobie Europę Zachodnią i Południową, tyle że tam konkurencja jest znacznie większa. By ją pokonać, nie wystarczy wysoka jakość. Trzeba walczyć ceną. Efekty tego są widoczne w danych eksportowych za I kwartał tego roku. W tym okresie sprzedano 50,3 tys. ton serów i twarogów za 137,2 mln euro. W I kwartale 2014 r. eksport wyniósł pod względem ilości 51,5 tys. ton, a pod względem wartości – 179,3 mln euro.
Mocni w dojrzewających
Z czego Polska jest znana w świecie? Przede wszystkim z serów dojrzewających. Wyeksportowano ich w ubiegłym roku ponad 95 tys. ton za 346 mln euro. Na drugim miejscu są sery świeże i twarogi, których sprzedano za granicą ponad 60 tys. ton o wartości 155 mln euro. Do 2011 r. wiceliderem były sery topione. Przez ostatnie lata notują jednak spadki w sprzedaży, co gwarantuje im dopiero trzecie miejsce. W 2014 r. sprzedano ich za granicą 45,7 tys. ton za 142,6 mln zł.
– Każdy kraj ma swoje wymagania i upodobania. Na rynkach wschodnich powodzeniem cieszą się sery z dziurami, jak nasz Radamer, ale sprzedawaliśmy też znaczne ilości serów długo dojrzewających. Na rynkach Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej – sery topione. Duży procent sprzedaży eksportowej stanowią sery typu commodity, czyli produkowane na masową skalę – tłumaczy Edward Bajko, prezes Spółdzielczej Mleczarni Spomlek.
Najmniej z Polski eksportuje się wciąż serów pleśniowych czy tartych. W ostatnim roku nasi producenci wywieźli ich za granicę 2,5 tys. ton o wartości 12,1 mln euro.
Embargo zaszkodziło
Wśród odbiorców do połowy ubiegłego roku dominowała Rosja. Nic więc dziwnego, że wprowadzone przez nią w 2014 r. embargo na wyroby mleczarskie odbiło się na eksporcie ogółem. Wywóz do tego kraju zmniejszył się bowiem o ponad 38 proc. do 17,7 tys. ton. Obroty zmalały o prawie 37 proc. do 67 mln euro. Z tego względu Rosja z pozycji lidera spadła na drugie miejsce wśród odbiorców serów z Polski. Jej miejsce zajęły Czechy, do których poszło 26 tys. ton serów o wartości 81 mln euro. Wśród krajów europejskich wzrosty zanotowano też we Włoszech, w Wielkiej Brytanii, odpowiednio o 12,7 proc. do 17,9 tys. ton i 3,4 proc. do 11,2 tys. ton. Obecnie Włochy to czwarty odbiorca serów z Polski, a Wielka Brytania – szósty.
Wprowadzone przez Rosję embargo na nasze wyroby mleczarskie odbiło się także na finansach producentów. Odsetek firm w bardzo dobrej i dobrej kondycji spadł z 74 do 63 proc. – informuje Tomasz Starzyk, analityk wywiadowni Bisnode Polska.
– Embargo miało niebagatelny wpływ na produkty mleczne. Do czasu nałożenia ograniczenia, czyli przez pierwsze siedem miesięcy 2014 r., wartość handlu produktami mleczarskimi z Polski była o 23 proc. większa niż rok wcześniej, w drugim półroczu zanotowano spadki. Faktem jest, że to właśnie Rosja była dotychczas naszym największym odbiorcą produktów mleczarskich. Sprzedawano tam aż 20 proc. produkcji o wartości ok. 500 mln zł – komentuje Krajowy Związek Spółdzielni Mleczarskich.
I dodaje, że w kategorii serów na ten rynek przez prowadzeniem embarga trafiało 15 proc. całej produkcji wytwarzanej na zagraniczne rynki. Zaś w październiku 2014 r. wartość wywozu serów była o 25 proc. mniejsza niż rok wcześniej. Wyniosła 47,3 mln euro.
Ponieważ nie udało się w całości wyeksportować serów, które wcześniej kupowała Rosja, ograniczono ich produkcję oraz sprzedano na krajowy rynek po obniżonych o blisko 30 proc. cenach zbytu. Sytuacja pogorszyła się, gdy pod koniec lutego br. Rosja całkowicie zakazała importu polskich wyrobów serowych i seropodobnych.
W innych krajach Europy polscy producenci także radzili sobie gorzej. Eksport do Niemiec, które są trzecim odbiorcą, spadł o 9,5 proc. pod względem ilości do 22,1 tys. ton i aż o 14,5 proc. pod względem wartości do 67,2 mln euro. Jak tłumaczą eksperci, to efekt wzrostu podaży i konkurencji, co doprowadziło do obniżenia cen. Po tym jak zostało wprowadzone embargo przez Rosję, producenci nie tylko z Polski, ale też z innych unijnych krajów postanowili sprzedać swoje wyroby na największych rynkach Europy, w tym właśnie niemieckim. Dodatkowo z nadwyżkami borykali się również tamtejsi wytwórcy. Zapotrzebowanie na sery z importu było więc mniejsze.
Ser ze wsparciem rządu
Agnieszka Maliszewska, dyrektor biura Polskiej Izby Mleka, podkreśla, że Polska nadal w dużej mierze jest eksporterem półproduktów, tj. mleka w proszku, masła w blokach i sera w blokach. – Nie znaczy to jednak, że nasze produkty są pod markami producentów tylko w śladowych ilościach. Coraz częściej na sklepowych półkach na całym świecie spotkać można nasze produkty pod markami polskich producentów. Są dziś widoczne w Chinach, Emiratach Arabskich, krajach Ameryki Południowej i wielu innych – mówi Maliszewska.
Rosyjskie embargo wymusiło na branży mleczarskiej zintensyfikowanie działań, których celem było znalezienie nowych rynków zbytu. Zdaniem Maliszewskiej nieocenione było tutaj wsparcie rządu, który zapraszał przedstawicieli biznesu do udziału w spotkaniach odbywających się za granicą, gdy rozmawiano o uprawnieniach fitosanitarnych oraz otwieraniu danego rynku na polskie produkty. – To bardzo uwiarygodnia w oczach potencjalnych kontrahentów – podsumowuje rozmówczyni DGP.
Wkład rządu w promocję polskiego eksportu zauważa też Edward Bajko. – Wiele w tej kwestii robi strona rządowa poprzez organizację misji gospodarczych i udział w targach zagranicznych. Szczególnie ważne są targi, gdyż umożliwiają bezpośredni kontakt z potencjalnym kontrahentem i prezentację produktu – uważa Bajko. Jego zdaniem w przypadku eksportu serów do odległych krajów ważne jest określenie potencjału rynku docelowego, który ze względu na koszty transportu i chłodzenia może być nieopłacalny. – Ważne, by budować przekonanie, również w krajach Europy Zachodniej, że polska żywność jest bardzo wysokiej jakości – podkreśla Bajko. Tu dużą rolę mają do odegrania sery regionalne i farmerskie.
Nieuczciwa konkurencja
Według stanu na 1 czerwca tego roku w całej Unii Europejskiej zarejestrowanych było 225 nazw takich serów. W przypadku Polski są to bryndza podhalańska, oscypek, redykołka, wielkopolski ser smażony oraz ser koryciński swojski, czyli łącznie pięć serów. To niewiele na tle innych krajów UE. Daje nam to bowiem pod tym względem 11. miejsce. Liderem jest Francja – 51 zarejestrowanych nazw serów, na drugim miejscu są Włochy – 49 nazw, a na trzecim – Hiszpania – 28. Wyprzedają nas też Grecja, Wielka Brytania, Portugalia, Niemcy, Słowacja, Holandia czy Austria.
W Polsce sery chronione przez przepisy unijne, czyli takie, których regionalność i tradycyjność jest potwierdzona certyfikatem, wytwarza w sumie 89 producentów. Dla porównania w 2011 r. było 68. Ale rok później, gdy ochronę uzyskał ser koryciński, liczba producentów wzrosła już do 97. Skąd zatem ten spadek? Producenci jednogłośnie mówią, że to wynik nieuczciwej konkurencji. Produkcja serów, których nazwa i pochodzenie są chronione unijnie, jest droga, co powoduje, że popyt jest ciągle umiarkowany. A są firmy, które oferują zbliżone wyglądem i nazwą produkty taniej, podbierając klientelę producentom posiadającym certyfikaty.
Najwięcej mamy producentów oscypka – 44 firmy. Na drugim miejscu jest redykołka. W wytwarzaniu tego sera specjalizuje się 18 producentów.
Wzrost popytu na żywność organiczną, ekologiczną to trend trwający na rynku światowym już od lat. Jak twierdzi Agnieszka Maliszewska z Polskiej Izby Mleka, Polska ma tu ogromny potencjał. Dlaczego? – Nasza żywność jest znacznie lepsza i czystsza ekologicznie niż w krajach wysoko rozwiniętych. Mniejsze niż w innych krajach jest zanieczyszczenie środowiska i to zapóźnienie w stosowaniu chemii na polach daje nam przewagę w tym zakresie – ocenia Maliszewska.
Dodaje, że widać coraz większe zainteresowanie udziałem spółdzielni czy firm, by uzyskać certyfikaty jakości w obszarze produktów tradycyjnych, regionalnych, ekologicznych. – To znaczy, że polscy przetwórcy mleka bardzo szybko wpisali się w ten światowy trend. Są spółdzielnie, których produkty łatwiej znaleźć w sklepach poza granicami kraju niż w Polsce, bowiem 90 proc. swojej produkcji sprzedają na eksport – mówi Maliszewska.
Chwalimy się twarogiem
Jej zdaniem kolejny krok w powiększaniu eksportu to przekonanie zagranicznych konsumentów do polskich serów twarogowych, które są mało znane w Europie. – Tymczasem Polska jest bardzo dużym producentem twarogów. Mamy doskonały produkt, który odpowiednio zaprezentowany ma szansę przebojem wedrzeć się na rynki europejskie – ocenia Maliszewska. Dodaje, że dlatego Polska Izba Mleka postanowiła podczas tegorocznego „Polskiego śniadania mlecznego” w Brukseli pochwalić się właśnie serem twarogowym.
Ten pomysł promowania polskich produktów wspólnie z polskimi placówkami dyplomatycznymi powstał kilka lat temu. Od dwóch lat event dla przedstawicieli Komisji Europejskiej, środowisk dyplomatycznych i biznesowych z całego świata odbywa się właśnie w Brukseli i jest organizowany przy współpracy z Przedstawicielstwem Polski przy Komisji Europejskiej. – A ponieważ projekt spotkał się z ogromnym zainteresowaniem, na sali mieliśmy ponad 100 osób, uznaliśmy, że jest to doskonała forma pokazania naszego mleczarstwa przez konkretny produkt, tym razem twaróg – uważa Maliszewska.
Nie ilość, ale jakość
Na świecie cenione są polskie sery farmerskie. Co prawda ich wytwarzaniem zajmuje się zaledwie kilkadziesiąt rodzin, ale sukcesów pozazdrościć mogą im największe serowarnie w kraju. To nimi chwalił się premier Donald Tusk, gdy podczas polskiej prezydencji w drugiej połowie 2011 r. przyjmował w Warszawie zagranicznych gości.
Uznawane za najlepsze sery produkowane są na mazurskim Ranczo Frontiera, prowadzonym przez Sylwię Szlandrowicz i jej męża Rusłana Kozynko. O mazurskich producentach i ich serach mazuriano czy serze owczym blue film zrealizowała nawet telewizja Arte. Od tego czasu ruszyła sprzedaż tych produktów także za granicą, ale nie na dużą skalę.
– Mieliśmy propozycję sprzedaży do Francji, Włoch, Niemiec, a nawet Hongkongu. Kontrahenci chcieli zamówić po 20 ton serów miesięcznie. Tymczasem rocznie wytwarzamy zaledwie kilka ton, z czego większość sprzedajemy w Polsce – mówi Rusłan Kozynko, założyciel i wiceprezes Stowarzyszenia Serowarów Rodzinnych.
W dodatku mimo sukcesów Ranczo Frontiera planuje ograniczenie produkcji.– Dla nas liczy się jakość produktów, a tej jesteśmy w stanie dotrzymać, tylko robiąc wszystko samemu. To wymaga bardzo dużo pracy – tłumaczy Rusłan Kozynko. Gospodarstwo jest ekologiczne, sery są pozbawione jakiejkolwiek chemii, a to wymaga dodatkowego nadzoru. Niemal wszystko robi się ręcznie. Przedsiębiorca dodaje, że nie może sobie pozwolić na zatrudnienie pomocy, bo musiałby za takich pracowników opłacać ZUS, a na to go nie stać. Najdroższy ser wytwarzany w tym gospodarstwie można kupić za 130 zł za 1 kg. – Chorwacki produkt tej samej jakości, ale z mleka oślego, kosztuje 1,5 tys. dol. za 1 kg – podkreśla rolnik.
Organizacje rolnicze od lat zwracają uwagę, że w Polsce przepisy nie pozwalają rozwijać się mniejszym producentom. Ten, kto wytwarza kilkanaście ton serów rocznie, podlega podobnym restrykcjom co duża spółdzielnia mleczarska. Dlatego we Francji czy Włoszech sery produkuje po 12 tys. gospodarstw rodzinnych, a w Polsce kilkadziesiąt.
Przepisy są wszędzie identyczne, bo reguluje je prawodawstwo Unii Europejskiej. Różne jest natomiast podejście urzędników. Polscy są wyjątkowo skrupulatni w tropieniu nawet najdrobniejszych uchybień w dokumentacji. Między innymi dlatego rolnicy często nie korzystają z unijnych środków, oczywiście z wyjątkiem dopłat bezpośrednich do gruntów rolnych, które stosunkowo najłatwiej otrzymać.