statystyki

Polskie banki mają zobowiązania. Ale nie wobec Polski

autor: Mira Suchodolska20.02.2015, 08:23; Aktualizacja: 20.02.2015, 08:27

Jeśli polski bank jest częścią zagranicznej grupy kapitałowej, której centrala znajduje się w Niemczech czy Wielkiej Brytanii, i grupa ta skorzystała ze wsparcia tego państwa, to czy przypadkiem nie powinien być wdzięczny Berlinowi czy Londynowi? - pyta w rozmowie z DGP Mariusz Grendowicz.

Kiedyś bank był instytucją zaufania społecznego. Udzielał pożyczek i gromadził lokaty. Dziś są globalne instytucje finansowe, które sprzedają instrumenty, srenty, polisolokaty, opcje. Powiedzenie „pewne jak w banku” straciło sens. Kiedy to się stało?

Mocnym impulsem do zmiany starego finansowego świata był tzw. Big Bang z 27 października 1986 r. Przed tym dniem świat finansów był uporządkowany. Były banki komercyjne zajmujące się udzielaniem kredytów i przyjmowaniem lokat oraz firmy zajmujące się tym, co teraz nazywamy bankowością inwestycyjną. Granice były jasno określone, bo chodziło o to, aby operacje instrumentami finansowymi nie narażały na straty klientów chcących trzymać pieniądze w bankach na klasycznych zasadach. W wyniku Big Bangu ten precyzyjny podział runął. Pracowałem wówczas w londyńskim City, dopiero zaczynałem karierę. Ale pamiętam tamtą atmosferę, to było wywrócenie bankowości do góry nogami. Nie tylko zezwolono bankom na łączenie różnych typów działalności, ale też spowodowano ich grupowanie się w globalne instytucje finansowe. Brytyjskie banki komercyjne, najmocniejsze pod względem kapitałowym, zaczęły wykupywać banki inwestycyjne. Potem na ten wóz zaczęły wskakiwać inne banki europejskie, przede wszystkim niemieckie i szwajcarskie. Efekt był taki, że część tych największych banków zmieniła profil: dziś jest bardziej inwestycyjna niż komercyjna, jak choćby Deutsche Bank. Za zmianami na Wyspach poszły, nieco wolniejsze, zmiany w USA. I tak zaczęła się era globalnych instytucji finansowych.

Po co komu był ten Big Bang?

To były w Wielkiej Brytanii czasy rządów Margaret Thatcher. Miała pomysł, aby londyńskie City stało się pełnokrwistym globalnym centrum finansowym. I cel został zrealizowany. Londyn stał się stolicą finansów planety Ziemia.

Dobrze dla Londynu. Ale co z resztą świata?

Widzę mnóstwo pozytywów w tej rewolucji. To był asumpt do dynamicznych zmian i rozwoju, możliwości zawierania dużej liczby transakcji. Skończyła się butikowa działalność ograniczona do jednego kraju, świat finansów dostał możliwość działalności globalnej. Czy to dobrze, czy źle? Być może nie jest dobrze, gdy na rynku wielokrotnie obraca się tymi samymi akcjami czy obligacjami, ale dzięki tym papierom klienci banków mogą budować swoje fabryki. W każdym razie stało się tak, że bankowość komercyjna, która stała za zasobami finansowymi, połączyła się z tą, która była silną swoją kreatywnością, wymyślała coraz to nowe usługi i instrumenty. I wszyscy byli szczęśliwi.

Ale skutki okazały się zabójcze dla klientów i dla gospodarek światowych.

Problem w tym, że nie można zwyczajów rządzących rynkami finansowymi rozpatrywać w oderwaniu od tych, które w ogóle powodują ludźmi jako gatunkiem. Mamy przecież tendencję do zachowań stadnych, do działań ekstremalnych, by nie powiedzieć – do jechania po bandzie. Osobników wyważonych, samodzielnie ważących ryzyko względem potencjalnych korzyści nie ma wśród nas za wielu. Tym, co trzyma społeczeństwa w ryzach, są normy – społeczne i prawne. Więc jeśli damy ludziom czy instytucjom swobodę działania – wykorzystają to do imentu. Wyobraźmy sobie, że jutro alkohol staje się tani i dostępny bez żadnych ograniczeń. Z dużym prawdopodobieństwem spora część z nas popadnie w alkoholizm. Kiedy się zorientujemy, co się stało, jak bardzo jest to niebezpieczne dla społeczeństwa, zaczniemy ich leczyć. Ba, oni sami, przerażeni, będą pewnie domagali się terapii.

To się już zdarzało w przypadku palaczy.

Większość ludzi palących tytoń spala w ciągu doby paczkę papierosów, nawet dwie. Niewielu palaczy jest w stanie ograniczyć się do dwóch papierosów – dla przyjemności, poprawienia nastroju – choć wiedzą, że brak samoograniczenia im szkodzi. Zabija ich. Mamy zaburzone mechanizmy samokontroli. I proszę sobie wyobrazić, że pewnego dnia te same osobniki ludzkie, nadużywające alkoholu i tytoniu, uzyskują dostęp do taniego pieniądza i dużą swobodę regulacyjną. A przecież ktoś tę swobodę im dał. Nie możemy zrzucać całej winy za taki stan rzeczy na świat finansów. To łatwe, ale niesprawiedliwe. Choć z taką sytuacją mamy do czynienia: politycy mówią, że banki są złe, chciwe, drapieżne, tymczasem jest to po prostu próba zrzucenia odpowiedzialności za swoje zaniechania. Za brak dobrych regulacji, sensownego prawa. Przecież Big Bangu nie wymyślił i nie wprowadził świat finansjery, tylko politycy i nominowani przez nich regulatorzy.

To częsty argument ze strony świata finansjery. Marek Belka, prezes NBP, podczas wystąpienia na konferencji organizowanej przez Związek Banków Polskich rok temu także podnosił kwestię winy polityków. W USA, gdzie wybuchł ostatni kryzys finansowy, to rządząca partia naciskała na banki, by udzielały pożyczek ludziom, którzy nie mają zdolności kredytowej. Ale banki nie musiały tego robić.

To nie jest takie proste. Dla przeciętnego Kowalskiego – amerykańskiego czy polskiego – dostępność kredytu hipotecznego, dzięki czemu mógł kupić dom, na który w innym przypadku nigdy nie byłoby go stać, była jak gwiazdka z nieba. A proszę pamiętać, że to były czasy, kiedy wszystko dobrze szło. Więc Kowalski kupował dom na kredyt, ceny nieruchomości rosły, a za dwa lata sprzedawał go z górką, za którą mógł kupić nowy samochód, telewizor i co tam jeszcze mu się zamarzyło. Kowalski był szczęśliwy, bank też, bo zarabiał, tak samo państwo, bo miało zadowolonych obywateli, a PKB wzrastał. To prawda, że niektóre działania banków to była jazda po bandzie. Niemniej jeśli tworzy się jakiś byt regulacyjny, to nie trzeba potem wylewać łez, że banki go wykorzystały.

Zgadzam się, bo każdy by tak zrobił. A co z odpowiedzialnością regulatorów? Nie mogli przewidzieć pewnych rzeczy? Choćby tego, że kredyty walutowe mogą – jak mówił Belka – wybuchnąć wszystkim prosto w twarz?

Na początku XXI w. nie było w Polsce zbyt wiele banków, które byłoby stać na to, aby na dużą skalę udzielać kredytów hipotecznych – dajmy na to na 25 lat – w złotych. Po prostu nie miały na to refinansowania. I jeszcze proszę wziąć pod uwagę to, jak kształtowały się stopy procentowe – na poziomie kilkunastu procent. Kredyty w złotych były bardzo drogie. I dzisiejsze twierdzenie, że gospodarkę, deweloperkę, budownictwo można było rozruszać akcją kredytów udzielanych w walucie narodowej, jest nieuczciwe. Bez kredytów frankowych to wszystko by się nie zdarzyło, przynajmniej w pierwszych latach XXI w. Owszem, na Węgrzech, w Czechach czy na Słowacji, gdzie stopy były niższe, istniała taka możliwość, jednak nie u nas. Sytuacja zmieniła się, gdy finansowanie w złotych stało się szeroko dostępne, a niektóre banki nadal agresywnie sprzedawały kredyty w frankach. Pomimo tego nadal jestem zdania, że skala problemu związanego z kredytami frankowymi nie jest w Polsce duża. I porównywanie tego z amerykańskimi kredytami subprime jest nieuprawnione.


Pozostało 67% tekstu

Prenumerata wydania cyfrowego

Dziennika Gazety Prawnej
7,90 zł
cena za dwa dostępy
na pierwszy miesiąc,
kolejny miesiąc tylko 79 zł
Oferta autoodnawialna
KUPUJĘ

Pojedyncze wydanie cyfrowe

Dziennika Gazety Prawnej
4,92 zł
Płać:
KUPUJĘ
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Polecane

Komentarze (2)

  • rov(2015-02-20 08:47) Zgłoś naruszenie 00

    A co z polis lokatami, jawnym oszustwem?

    Odpowiedz
  • StAAbrA(2015-02-20 12:56) Zgłoś naruszenie 00

    Wobec Polski swoje , a wobec Polaków swoje - mają "polskie banki" zobowiązania , ot choćby za kradzież pół miliona świadectw udziałowych , co nie , panie Kott ?

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Polecane