Na pewno nie brak dziś w strefie euro osób, które najchętniej wyrzuciłyby Grecję ze strefy euro. Na prowokacje premiera Aleksisa Tsiprasa i jego ministra finansów Janisa Warufakisa muszą jednak reagować z zaciśniętymi zębami, bo ryzyko dla Europy jest zbyt duże.
Po pierwsze, wbrew politycznym zaklęciom los całej unii walutowej wciąż zależy od decyzji w sprawie Grecji. Kluczem do zrozumienia zagrożenia jest mało spektakularny, trwający od wielu tygodni wyciek w greckim systemie finansowym: codziennie obywatele tego kraju wycofują 200–300 mln euro swoich oszczędności z banków i transferują je za granicę albo do własnych materaców. Czyszczą swoje konta tym bardziej, im realniejsze staje się wyjście ze strefy euro. To nic innego jak zabezpieczenie przed skutkami ewentualnego Grexitu, co dla przeciętnego Greka będzie zamianą jego oszczędności w euro na oszczędności w szybko tracącej na wartości nowej drachmie. Jeśli Grecja rzeczywiście wyjdzie ze strefy euro, ten sam mechanizm wyciekania może się pojawić w Portugalii i Hiszpanii: wystarczy cień niepewności co do utrzymania wspólnej waluty. EBC będzie zatykał wycieki wsparciem finansowym banków, ale gdy wątpliwości zaczną trapić włoskich oszczędzających, powstrzymanie powodzi będzie już właściwie niemożliwe. Czy obecni włodarze strefy euro – Draghi, Juncker, Schaeuble, Merkel – są gotowi do mierzenia się z takim ryzykiem? Po tylu latach politycznych zmagań, niepewności i eksperymentów w rodzaju „Whatever it takes” (Wszystko, co będzie potrzebne – słynna deklaracja Maria Draghiego z 2012 r. – red.) zadziała? Nie sądzę.