Przy okazji ostatniego kryzysu w górnictwie pojawiły się liczne głosy namawiające do sprywatyzowania zagrożonych bankructwem kopalń czy wręcz całego przemysłu wydobycia węgla kamiennego. Wiadomo z kolei, że związkowcy i sami górnicy takiej prywatyzacji nie chcą. Interesuje mnie przyczyna tej rozbieżności, bowiem w moim przekonaniu mówi ona coś ciekawego o istniejącej niezgodności w postrzeganiu prywatnej własności przedsiębiorstw pomiędzy przeciętnymi obywatelami naszego kraju a dominującymi w mediach i na uczelniach ekonomistami, a generalnie – o dzisiejszej (i wczorajszej) Polsce. Ci ostatni (np. Leszek Balcerowicz czy Ryszard Petru) są głęboko przekonani, że prywatyzacja jest jedynym lekarstwem na nieefektywność państwowego segmentu gospodarki, łącząc z ową prywatyzacją całe ekonomiczne dobro. Nieefektywność własności państwowej tłumaczą wpływami polityki na gospodarkę, które z definicji uważają za coś fatalnego. Ci pierwsi ewidentnie prywatyzacji się boją i robią wszystko, aby do niej nie doszło. Kto ma rację?

Zauważmy przede wszystkim, że uznawanie prywatyzacji za lek na całe ekonomiczne zło nie tyle wynika z jakichś niepodważalnych faktów ekonomicznych, ile raczej z doktryny filozoficznej neoliberalizmu (specjalnie piszę „filozoficznej”, albowiem neoliberalizm w ekonomii to coś znacznie więcej niż tylko zespół poglądów na gospodarkę, to raczej cały światopogląd, którego wyznawcy bezkrytycznie wierzą w pewne dogmaty, tak jak wierzy się w dogmaty religijne, i nie są ich w stanie przekonać żadne argumenty nawiązujące do historii i faktycznej praktyki społecznej). Jak bowiem wiadomo, nie brak dowodów empirycznych na to, że własność państwowa (podobnie jak własność spółdzielcza) może być tak samo efektywna ekonomicznie jak własność prywatna, a czasami wręcz może wykazywać się efektywnością większą (ostatnio pisał o  tym w kilku książkach wybitny ekonomista pochodzenia koreańskiego Ha-Joon Chang, profesor Uniwersytetu w Cambridge). Świadczy o tym choćby historia przemysłu zachodnioeuropejskiego, który był i w części wciąż jest w rękach państwa i radzi sobie całkiem dobrze (Francja, Austria, a przede wszystkim kraje skandynawskie), nie mówiąc już o tym, że azjatycki model rozwoju gospodarczego, który przyniósł znakomite rezultaty w  takich krajach jak Tajwan, Korea Południowa czy Japonia, był od samego początku związany z poważnym udziałem sektora państwowego w gospodarce. Nadto nie ulega żadnej wątpliwości, że silny sektor państwowy leży w interesie wszystkich, choćby ze względów bezpieczeństwa (np. energetycznego), a także możliwości dokonywania w nim innowacji technologicznych, w które – z uwagi na koszty i odroczony w czasie zysk – może się zaangażować jedynie państwo. Nie mówiąc już o  tym, że jak pokazują polskie doświadczenia, prywatyzacja często kończy się faktycznym wymknięciem się danego przedsiębiorstwa z systemu podatkowego, co powoduje, że korzyści dla nas wszystkich z jego istnienia związane są jedynie z zatrudnieniem pracowników (zyski są transferowane za granicę, a podatki neutralizowane w wyniku tzw. optymalizacji podatkowej). W tym sensie państwo musi liczyć się z tym, że dalsza prywatyzacja polskich przedsiębiorstw musi skutkować spadkiem wpływów z podatków.

Dziś raczej nie ma już wątpliwości, że w gospodarce nie tyle chodzi o formę własności, ile raczej o konkurencyjne otoczenie. To nie znaczy wcale, że przedsiębiorstwa państwowe nie są narażone na poważne problemy wynikające z tego, że władze polityczne często się zmieniają, polityka wpływa na zarządzanie (kadry!), zaś motywacja do uzyskiwania efektywności ekonomicznej jest czasami osłabiona ze względu na cele państwa, które niekiedy poza nią wykraczają (skądinąd nie zawsze jest to złe). Ale na poważne problemy narażona jest przecież każda forma własności. Prywatna też wcale nie jest wolna od słabości, o czym łatwo się przekonać, studiując historię upadku wielkich i małych firm prywatnych, świadectwa nieudolności kadry zarządzającej, licznych nadużyć i marnotrawstwa, które szczególnie dotyczyły wielkich korporacji (Enron!). Także ostatni kryzys pokazał, że prywatne wcale nie musi znaczyć dobrze zarządzane czy efektywne ekonomicznie. Wszak prywatne banki i inne wielkie organizmy ekonomiczne w Stanach Zjednoczonych (np. AIG czy firmy motoryzacyjne) okazały się fatalnie zarządzane, co doprowadziło świat na skraj katastrofy ekonomicznej. Trudno także uznać politykę prywatnych banków polskich w latach 2004–2008 za odpowiedzialną, o czym świadczy dzisiejszy kryzys frankowy. Dziś już wiemy dobrze, że także prywatne przedsiębiorstwa ulegają presji politycznej, co pokazuje chociażby polityka Fiata, który pod wpływem nacisku włoskiego rządu przeniósł produkcję samochodów ze swojej najlepszej fabryki w Tychach do Włoch. Mitem jest zatem przekonanie, że prywatne musi z definicji uosabiać same ekonomiczne cnoty. Świat gospodarki nie jest taki prosty, jak to sobie wyobrażają nasi neoliberalni ekonomiści, dzieląc go manichejsko na dobry – prywatny i zły – państwowy. Morał byłby taki, że w każdym przypadku, bez względu na formę własności, chodzi o to samo: o mądrych i odpowiedzialnych menedżerów, którzy pracują w środowisku promującym najlepszych, w  warunkach uczciwej konkurencji i ze świadomością, że ich błędy nie zostaną zamiecione pod dywan, czy to przez motywowanych względami pozaekonomicznymi polityków, czy to przez też motywowanych względami krótkoterminowych korzyści i ideą zysku za wszelką cenę prywatnych udziałowców działających wedle zasady „po nas choćby potop”.

Teraz przypatrzmy się z kolei owej obawie przed prywatyzacją wyrażanej przez górników i związkowców. Wbrew pozorom nie jest ona wcale tak irracjonalna, jak to głoszą niektórzy nasi ekonomiści. Historia prywatyzacji w Polsce pokazuje bardzo wyraźnie, iż bywa i tak, że prywatyzacja wcale nie poprawia sytuacji zakładu pracy, a z pewnością pogarsza sytuację pracowników. Cztery tomy dzieła prof. Jacka Tittenbruna z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w  Poznaniu poświęcone analizie procesów prywatyzacyjnych w Polsce („Z deszczu pod rynnę. Meandry polskiej prywatyzacji”) są dobitnym dowodem na słuszność moich słów. Oczywiście ich autorowi można zarzucić, iż podczernia on obraz owej prywatyzacji, będąc niechętnie nastawionym do kapitalizmu jako takiego, ale nawet po tej poprawce na ideologiczne wykrzywienie jego analiz obraz, jaki się z nich wyłania, daje do myślenia. Tak jak sławna praca amerykańskiej socjolożki Elizabeth Dunn pt. „Prywatyzując Polskę”, w której już w połowie lat 90. opisała ona „grzechy”, jakie wiązały się z prywatyzacją polskich zakładów pracy. Nie ma żadnych wątpliwości, że procesy prywatyzacyjne w Polsce często miały charakter patologiczny, co przejawiało się m.in. radykalnym pogorszeniem sytuacji załóg pracowniczych, eliminacją możliwości zakładania jakichkolwiek związków zawodowych, wprowadzeniem do zakładów pracy folwarcznych relacji pomiędzy kadrą zarządzającą a pracownikami (pisał o tym Janusz T. Hryniewicz w  książce „Stosunki pracy w polskich organizacjach”), patologiami w zakresie terminowości wypłat oraz wielu elementów prawa pracy (urlopy, zwolnienia chorobowe, przepisy BHP). W tej sytuacji trudno się dziwić, że pracownicy państwowych zakładów pracy boją się prywatyzacji. Wiedzą bowiem, że wraz z nią mogą utracić poczucie bezpieczeństwa zatrudnienia oraz gwarancje przestrzegania standardów pracy i wynagrodzenia, które wciąż jednak są dotrzymywane w państwowych zakładach pracy (choć też nie zawsze).

Przy czym warto pamiętać, że spora część załóg przedsiębiorstw państwowych w momencie transformacji wiązała wielkie nadzieje z prywatyzacją. Nie jest zatem tak, że Polacy niejako z definicji są nieufni wobec własności prywatnej (jest raczej odwrotnie). Idzie bardziej o to, że własność owa często okazywała się nieść ze sobą fatalne skutki dla warunków pracy pracowników, jak i dla ich poczucia godności (o tym też trzeba koniecznie pamiętać). Niestety, prawda jest taka, że sami sobie jesteśmy winni w tym sensie, że nasza wieloletnia tolerancja dla patologii prywatyzacyjnych i radykalnego pogarszania się warunków pracy wielu ludzi poddanych zmianie właścicielskiej, warunkowana wiarą naszych reformatorów, że to, co prywatne, jest z definicji lepsze od tego, co państwowe, dziś się mści. Nieufność wielu ludzi jest w tym względzie całkowicie uzasadniona. Wina tkwi też po stronie państwa, które od lat raczej biernie przygląda się łamaniu praw pracowniczych, w błędnym przekonaniu (wywiedzionym z neoliberalizmu), że każda interwencja państwa w mechanizm funkcjonowania przedsiębiorstw prywatnych jest pogwałceniem zasad działania wolnego rynku. Nie stojąc na straży stosownych standardów, państwo samo przyczyniło się do tego, że początkowy entuzjazm wobec tego, co prywatne, ostatnio znacznie w Polsce osłabł. W ten sposób wyświadczyło ono niedźwiedzią przysługę prywatnemu sektorowi gospodarki – unikając zdecydowanego stania na straży praw pracowniczych, samo przyczyniło się do erozji wiary w prywatną formę własności, jako nie tylko efektywną ekonomicznie, ale przede wszystkim korzystną dla pracowników.

Wszystko, co tutaj napisałem, nie oznacza, że można czy należy z definicji utożsamiać ową sferę z tym, co nie spełnia współczesnych standardów relacji pomiędzy właścicielami zakładów a pracownikami. Wiemy, że na świecie sytuacja wygląda zupełnie inaczej, co ku swemu zaskoczeniu odkrywają często Polacy emigrujący do innych krajów europejskich. Widzą oni, że praca nie musi być koszmarem i wiązać się z codziennym stresem wynikającym z braku uznania w pracowniku człowieka, który zasługuje na szacunek, godną płacę i porządny wypoczynek, zrozumienie jego sytuacji rodzinnej oraz aspiracji zawodowych. Boję się, że w tym względzie polska praca na tle zachodniego świata jest chora (jak pisał o tym kiedyś na tych łamach Rafał Woś), a ksiądz Józef Tischner, który tak pięknie pisał o godności pracy, przewraca się w grobie. Żeby była całkowita jasność: także w Polsce istnieje wiele przedsiębiorstw prywatnych, w których praw pracowniczych się przestrzega, stosunki pomiędzy pracodawcami a pracownikami są wzorowe, a obie strony zadowolone z sytuacji (sam takie znam). Mam nadzieję, że jest ich zdecydowana większość. Ludzie dostrzegają jednak i pamiętają przede wszystkim swoje negatywne doświadczenia i doświadczenia członków swojej rodziny (to pewna prawidłowość psychologiczna, lepiej pamiętamy nasze przykre doświadczenia niż te dobre). A tych, jeśli chodzi o 25 lat polskiej transformacji, z pewnością nie brakowało, o czym świadczą przypadki opisane przez prof. Jacka Tittenbruna. Trudno się zatem dziwić, że teraz się boją.