Reakcja rządu i opinii publicznej na kryzys w polskim górnictwie to dość smutne widowisko. Czy niczego się nie nauczyliśmy przez te 25 lat budowania demokracji i kapitalizmu?
Ostatnie dni to coś jakby podróż w czasie do początków polskiej transformacji. Te same argumenty o nierentownych przedsiębiorstwach, które trzeba jak najszybciej zamykać, bo „przecież nie można wiecznie do nich dokładać”. To samo pozowanie polityków na twardzieli, którzy tym razem doprowadzą sprawę do końca, choćby nie wiem co. Ten sam wściekły atak opinii publicznej na związki zawodowe, czyli „roszczeniowców”, „święte krowy” i „darmozjadów”. Momentami można naprawdę uwierzyć, że cofnęliśmy się gdzieś do przełomu lat 80. i 90.
Reklama
Tylko że my mamy rok 2015, a nie 1990. Wtedy – 25 lat temu – Polska była faktycznie w innym momencie swojego rozwoju. Miała za sobą wielką gospodarczą smutę lat 80. (pułapka zadłużeniowa plus ostra recesja). Stare elity polityczne straciły resztki legitymacji swojej władzy. A nowe nie miały ani doświadczenia, ani pomysłu na wyjście z sytuacji, poza skleconą naprędce i nieprzemyślaną terapią szokową realizowaną wedle zasady „skoro nie może być lepiej, niech przynajmniej będzie inaczej”.

Reklama
Ale to już jest historia. Teoretycznie można by się spodziewać, że w 2015 r. rzeczywistość wygląda już zupełnie inaczej. Polska jest stabilną demokracją. Dołączyliśmy do zachodnich struktur integracyjnych (UE, NATO), które dają nam względne poczucie geopolitycznego bezpieczeństwa. Większa część klasy politycznej bardzo chętnie zwraca też uwagę na pozytywny bilans gospodarczy III RP. Przynajmniej gdy chodzi o podstawowe wskaźniki, takie jak PKB na głowę mieszkańca czy poziom eksportu. Mogłoby się też wydawać, że opiniotwórcze elity nauczyły się już trochę, na czym polega funkcjonowanie w warunkach kapitalizmu i demokracji. I umieją sprawniej niż w 1989 r. grać na tych skomplikowanych instrumentach. Tymczasem gdy przychodzi faktyczny spektakularny konflikt społeczny (taki jak ten z górnikami), rząd Ewy Kopacz łatwo wchodzi w buty swoich poprzedników z przełomu lat 80. i 90. I jedyne, co ma do powiedzenia niezadowolonym, to, że „pajacują” i że nie odda ani guzika, bo przecież (zwłaszcza te ekonomiczne) argumenty są po jego stronie. A opinia publiczna (w przeważającej części) zachowuje się, jakby została żywcem wyjęta z najgorszych czasów „Dziennika Telewizyjnego” – bezkrytycznie przyjmując rządowe argumenty, dorzucając co jakiś czas swoje „ostrzej z tymi darmozjadami!”. Coś tu jest zdecydowanie nie tak.
Monstrualne rachunki
Rentowność. To chyba w tym słowie skupia się całe nieporozumienie dotyczące sektora górniczego. Wedle rządowej opowieści polski węgiel jest „trwale nierentowny”. Kompania Węglowa przynosiła pod koniec 2014 r. 200 mln zł miesięcznej straty. Oznacza to, że „brak reformy to koszt 10–25 mld zł do 2020 r.” (to te 200 mln pomnożone przez pięć lat z niekorzystną dla KW „zakładką”, że straty mogą się jeszcze powiększyć). Dlatego rząd chce nierentowne kopalnie zamknąć. A oszczędzone w ten sposób pieniądze przeznaczyć na inne cele. Na przykład na budowę „25–60 nowych szpitali”. Z pozoru wygląda to całkiem rozsądnie. Niestety, tylko z pozoru.
Bo co to znaczy, że przedsiębiorstwo nie jest rentowne? To znaczy, że po stronie „winien” jest zapisane więcej niż w rubryce „ma”. Nie chodzi jednak o jednorazowe potknięcie. Aby uznać przedsiębiorstwo za nierentowne, taki stan musi występować trwale. Inaczej będzie tylko brakiem płynności. A więc przejściowymi tarapatami, czyli doświadczeniem znanym doskonale wszystkim podmiotom działającym w każdej bez wyjątku biznesowej branży.
Załóżmy jednak nawet, że rację mają wszyscy ci, którzy twierdzą, że kłopoty polskich kopalni są chroniczne. A takie sytuacje, jak obserwowany kilka lat temu zwiększony popyt na węgiel – związany z gwałtowną podwyżką innych źródeł energii – był tylko łabędzim śpiewem sektora górniczego. I puśćmy w niepamięć niedawne zachwyty nad Kompanią Węglową (w 2012 r. firma została uznana na Forum Ekonomicznym w Krynicy za „najlepsze przedsiębiorstwo Europy Środkowo-Wschodniej). Słowem – przyjmijmy za dobrą monetę te wszystkie argumenty, że węgiel to skansen. Trudno, że nie ma na to jednoznacznych dowodów. I że wiele krajów rozwiniętych (nie tylko Polska, ale również Niemcy) nadal za jego pomocą zaspokaja większość swojego energetycznego zapotrzebowania. Pogódźmy się na chwilę z tym, że to nie my wyznaczamy energetyczne trendy w Unii Europejskiej. I że Europa idzie w kierunku odnawialnych źródeł energii. I że to tam (taka była decyzja polityczna Wspólnoty) płyną potężne środki publiczne. Może trochę w kierunku atomu (choć to się nie wszystkim w Unii podoba). Ale na pewno nie „czarnego złota”. W tym sektorze popyt na nie będzie spadał. Aż w końcu stanie się zupełnie marginalny. A górnicy prędzej czy później podzielą los kowali, wozaków albo tkaczy. Nie ma co czekać – trzeba uciekać z tego tonącego okrętu.
Problem jednak w tym, że nawet przy takim założeniu argument obecnej (i potencjalnej) nierentowności wydobycia polskiego węgla stoi na glinianych nogach. Bo zaprezentowany tu powyżej rachunek ekonomiczny miałby sens tylko przy założeniu, że polskie kopalnie byłyby podmiotami prywatnymi. Wtedy faktycznie kalkulacja jest prosta. Przynoszą stratę? Nie są przyszłościowe? Zamykamy! Ale polskie kopalnie skupione w Kompanii Węglowej są państwowe. Co oznacza, że przy ocenie sensowości utrzymywania tego sektora powinniśmy się zdecydować na inne, dużo szersze pole widzenia. I to przynajmniej kilka razy szersze.
Związkowcy od dawna próbują zwrócić na to uwagę, ale jakoś niewielu chce ich słuchać. A szkoda. Bo według Solidarności tylko w 2013 r. polska branża górnicza poniosła obciążenia podatkowe w wysokości 7 mld 152 mln 694 tys. zł. Bezpośrednio do budżetu państwa wpłynęło z kopalń nieco ponad 3 mld zł. Przeszło 872 mln zł tej kwoty to podatek dochodowy od osób fizycznych. Kolejne 142 mln to podatek dochodowy od osób prawnych. Firmy górnicze zapłaciły też wówczas prawie 2 mld zł w formie VAT. A dodać należy, że sprzedaż węgla jest u nas opodatkowana najwyższą stawką VAT w Unii Europejskiej. W Polsce wynosi ona 23 proc. W Czechach i Hiszpanii jest to 21 proc., w Niemczech 19 proc., a w Wielkiej Brytanii 20 proc. Ale to wcale nie koniec. Związkowcy podkreślają, że do VAT, CIT i PIT dochodzi jeszcze akcyza oraz wypłata z zysku odprowadzana przez jednoosobowe spółki Skarbu Państwa. Jeszcze w 2011 r., który był ostatnim względnie dobrym rokiem dla branży przed załamaniem się światowego rynku węgla, spółki górnicze odprowadziły z tytułu wypłaty z zysku ponad 335 mln zł do państwowej kasy. W tym samym roku sama Kompania Węglowa wypracowała ponad 554 mln zł zysku netto. Prawie 80 mln z tej kwoty trafiło do budżetu.
Co to wszystko znaczy? Ano tyle, że z punktu widzenia stabilności finansów państwa sektor górniczy to bardzo dobry podatnik. Spółki węglowe nie mają np. możliwości uciekania przed polskim fiskusem do rajów podatkowych albo do firmowej centrali. A w przypadku działającego u nas kapitału zagranicznego takie sztuczki są niestety na porządku dziennym. Nie zapominajmy również o tym, że kompanie węglowe to tradycyjnie bardzo ważny płatnik Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Na składki do ZUS, a także Funduszu Pracy, Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych i Funduszu Emerytur Pomostowych spółki węglowe przeznaczyły w 2013 r. ponad 3,6 mld zł. To nie są drobiazgi. Zwłaszcza jeżeli uznamy, że rozpowszechnienie się w Polsce elastycznych i pozakodeksowych stosunków pracy to poważny problem, skutkujący np. brakiem pieniędzy na świadczenia emerytalne. W tej sytuacji taki grzeczny – choć faktycznie ostatnio nieterminowy – płatnik wszelkiego rodzaju świadczeń, jak sektor górniczy, powinien być uważany nie tyle za balast, co raczej za stabilizator dla napiętych finansów publicznych państwa. Przyjęcie takiej optyki sprawia, że pieniądze wyłożone w tej czy innej formie na pomoc dla górnictwa nie tylko nie są marnowane, lecz zwracają się z nawiązką w innym miejscu w systemie. Lub przynajmniej pomagają w zachowaniu w nim kruchej, bo kruchej, ale jednak równowagi.
Kompromis po polsku
Jeśli to kogoś nie przekonuje, popatrzmy na sprawę rentowności górnictwa od strony rynku pracy. Zwolennicy brutalnej restrukturyzacji polskiego górnictwa niezmiennie zwracają uwagę na wysokie koszty własne większości kopalni. Wskazując, że gdyby nie relatywnie wysokie pensje górników i gdyby nie wywalczona przez aktywne w tym sektorze związki zawodowe ochrona socjalna, to Kompania Węglowa byłaby dochodową perełką. Ale i tym razem przyjmowanie perspektywy prywatnego właściciela prowadzi nas na manowce. Bo oczywiście dla prywatnego właściciela „zysk” jest kategorią absolutnie kluczową. Od zysku wszystko się zaczyna i na zysku cała historia się kończy. Ale państwo ma w gospodarce do zrealizowania zupełnie inną rolę. Cóż z tego, że państwowa Kompania Węglowa zacznie przynosić zyski, skoro odbędzie się to kosztem masowych zwolnień, radykalnej obniżki zarobków i socjalnej degradacji. Przecież to prosta droga do pojawienia się w regionie strukturalnego bezrobocia związanego z jednorazowym odesłaniem tysięcy pracowników „na zieloną trawkę”. Nawet licząc czysto finansowo, koszt takiego rozwiązania będzie spory.
Przekonała się o tym sama... Margaret Thatcher. Owszem, zamykając „nierentowne” kopalnie, dorobiła się przydomka Żelaznej Damy, choć potem nieraz jej dowodzono, że taniej byłoby stopniowo zmniejszać subsydia do przemysłu węglowego. Koszty pomocy socjalnej dla bezrobotnych okazały się ostatecznie znacznie wyższe. Zwolnieni górnicy mieli oczywiście błyskawicznie znaleźć pracę w bardziej perspektywicznych gałęziach gospodarki, jednak dane dotyczące długotrwałego bezrobocia w regionach pogórniczych tego nie potwierdzają. Ci ludzie i te obszary nie podniosły się do dziś. Bardzo podobnie jest w tych częściach Polski, które najmocniej ucierpiały na skutek polskiej (i mocno inspirowanej thatcheryzmem) terapii szokowej. Utrzymujące się w tych regionach przez lata wysokie bezrobocie doprowadziło do stworzenia się tam czegoś w rodzaju „rezerwowej armii bezrobotnych”. Czyli wygodnego dla pracodawców rezerwuaru taniej siły roboczej gotowej podjąć pracę na każdych warunkach. Wedle zasady: „jeśli nie będziesz pracować na elastycznych warunkach, które ci proponujemy, to mamy na twoje miejsce dziesięciu bardziej elastycznych i gotowych do pracy od zaraz”. Jeżeli uznamy, że jest to poważny problem w wielu regionach Polski (zwłaszcza tej prowincjonalnej), to chyba jednorazowe powiększanie tej armii o dodatkowych kilka tysięcy zwolnionych górników nie będzie krokiem we właściwym kierunku.
Idźmy jednak dalej. Załóżmy, że Ewa Kopacz okazuje się polską Żelazną Damą, łamie opór związków zawodowych i restrukturyzuje kopalnie po swojemu. Kompania Węglowa przestaje przynosić straty finansowe. Przynajmniej na pewien czas, bo nikt nie jest w stanie przewidzieć koniunktury na globalnym rynku energetycznym. Rząd z zaoszczędzonymi pieniędzmi robi coś sensownego albo nie. Tego też przewidzieć nie możemy. Pewne jest tylko to, jak takie rozprawienie się z kopalniami wpłynie na polski rynek pracy. I że nie będzie to wpływ pozytywny. Dlaczego? Bo w Polsce związki zawodowe są słabe. Od początku transformacji poziom uzwiązkowienia spadł z 80 do ok. 11 proc. W praktyce te organizacje działają dziś wyłącznie w sektorze państwowym. A takie branże, jak górnictwo, to jego ostatnie bastiony.
Przeciwnicy związków często próbują przedstawiać ruch pracowniczy jako aberrację prowadzącą do uprzywilejowania jednych pracowników kosztem innych. Ale tę logikę można odwrócić. I zapytać, czy pracownikom z innych niż górnictwo branż poprawi się od tego, że upadną ostatnie twierdze pewnej i opatrzonej pakietem socjalnym pracy. Takiego związku nie ma. No, może poza uczuciem schadenfreude, że oto kolejna grupa ma gorzej. Z punktu widzenia pracownika ta logika rozbijania ostatnich związkowych bastionów jest jednak zabójcza. Bo oznacza równanie w dół. Ciągłe obniżanie standardów socjalnych i brak jakiejkolwiek zinstytucjonalizowanej formy bronienia się przed tą degradacją. Albo naciskania na to, by pensje w gospodarce rosły w sposób zdrowy (tzn. w ślad za wzrostem produktywności). W polskiej rzeczywistości ten proces jest od początku transformacji mocno zaburzony, co skutkuje brakiem zachęt do innowacyjności (po co biznes ma być innowacyjny, skoro może konkurować tanią pracą?), barierą popytu, która nie pozwala polskim przedsiębiorstwom się rozwijać, albo emigracją zarobkową milionów Polaków.
Są kraje, które potrafiły to zrozumieć. Na przykład Szwedzi mają za sobą całkiem udaną restrukturyzację „trudnego” sektora stoczniowego. Odbyło się to jednak przy zachowaniu spokoju społecznego, za przyzwoleniem i we współpracy ze związkami zawodowymi. Współpraca nie polegała tam jednak (tak jak u nas) na zastraszeniu organizacji pracowniczych i zmuszeniu ich do kapitulacji, którą będzie potem można nazwać kompromisem. Szwedzki kompromis był prawdziwy i polegał m.in. na takich mechanizmach, jak model Rehna-Meidnera. Wymyślona w latach 50. przez dwóch ekonomistów związanych ze szwedzkim ruchem związkowym reguła była bardzo interesująca. Zakładała, że za tę samą pracę powinna się należeć taka sama płaca. Niezależnie od możliwości finansowych przedsiębiorstwa. W ten sposób firmy nieefektywne i niepotrafiące sprostać wysokim wymaganiom płacowym były eliminowane z rynku. Ale ta zdrowa konkurencja pomiędzy przedsiębiorstwami nie odbijała się w sposób negatywny na poziomie płac. Rosnące w ślad za produktywnością płace pozwalały z kolei nakręcać koniunkturę i finansować obfity pakiet socjalny dla zwalnianych pracowników. Taki sukces był możliwy dzięki odpowiedniemu ułożeniu priorytetów w polityce gospodarczej. To znaczy, że rząd w Sztokholmie za swój priorytet uznał rynek pracy. Rentowność przedsiębiorstw państwowych była tylko drogą do tego celu. A nie na odwrót. Dzięki temu Skandynawom udało się uniknąć tragedii bezrobocia strukturalnego. I sprawić, że ich restrukturyzacja przyniosła prawdziwą, a nie tylko udawaną rentowność. Była to bowiem rentowność całej gospodarki, a nie pojedynczych przedsiębiorstw.
Fantomowe państwo dobrobytu
Oczywiście, taki sukces nie zależy od jednej decyzji. Musi za nim stać zmiana w sposobie myślenia o roli państwa w gospodarce. W Polsce dominuje przekonanie, że najważniejszy jest sektor prywatny. A państwo jest, owszem, tu i tam obecne. Ale generalnie nie jest to dla nikogo z rządzących specjalny powód do chluby. W efekcie firmy państwowe mają jakby podwójnie pod górkę. Z jednej strony międzynarodowe układy gospodarcze mocno ograniczają możliwości bezpośredniego wspierania ich pieniędzmi z budżetu państwa. Przepisy Unii Europejskiej są w tej materii dość rygorystyczne. A (niestety) im państwo słabsze, tym trudniej mu się od tego rygoru elegancko wykręcić. Z drugiej strony mamy mechanizm znany jako „dobrobyt korporacyjny”. Co to takiego? To taki specyficzny odprysk keynesowskiej walki z zapaścią gospodarczą lat 30. Za pioniera badań nad tym zjawiskiem uchodzi socjolog z London School of Economics Richard Titmuss, który już w latach 60. zaczął poszerzać definicję państwa dobrobytu. Tak by nie ograniczać go tylko do klasycznych wydatków socjalnych i programów zaadresowanych do najbiedniejszych. Podobną drogą poszedł również Daniel D. Huff z Boise State University, autor głośnego artykułu „Phantom Welfare State” („Fantomowe państwo dobrobytu”). Chodziło w zasadzie o to samo, co w opisywanym wcześniej dobrobycie korporacyjnym. Czyli o system ulg i ułatwień mających nieco rozmiękczyć twarde reguły wolnego rynku. Tyle że bynajmniej nie z korzyścią dla najbiedniejszych, lecz ku uciesze tych lepiej sytuowanych i bardziej przedsiębiorczych. Według Huffa fantomowe państwo dobrobytu składa się z takich elementów, jak: bezpośrednia pomoc publiczna dla biznesu, subsydia kredytowe, ułatwienia podatkowe, subsydiowane usługi oraz restrykcje handlowe promujące jednych kosztem drugich. A dlaczego jest ono „fantomowe”? Bo w dyskusji publicznej tego segmentu wydatków państwowych właściwie się nie dostrzega. Efekt jest taki, że gdy pojawia się argument o konieczności cięć państwa dobrobytu, to zaczyna się je natychmiast od programów dotyczących usług publicznych, zasiłków czy edukacji. Podczas gdy ich skala jest przecież nieporównywalnie mniejsza niż wydatków na corporate welfare. Pamiętać należy, że dobrobyt korporacyjny co do zasady jest ofertą dla firm z sektora prywatnego. Już choćby same obowiązujące u nas przepisy dotyczące pomocy publicznej otwierają dużo więcej furtek dla drobnej i średniej przedsiębiorczości. Dodajmy do tego podatkowe uprzywilejowanie dużego zagranicznego kapitału, o którym była mowa na początku. Teraz już chyba widać wyraźnie, iż neoliberalny dogmat o tym, że w gospodarce sektor prywatny zawsze przebije państwowy, staje się czymś w rodzaju samospełniającej się przepowiedni.
Można też próbować umieszczać dyskusje o węglu w kontekście pytań o politykę przemysłową czy energetyczną. Bo skoro uważamy, że są to dziedziny ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa narodowego, to dlaczego ich tak nie traktujemy? Czemu gabinet Kopacz nagle zachowuje się tak, jakby Polska była krajem o olbrzymim potencjale na szybkie przestawianie się na alternatywne źródła energii? Albo krajem o rozwiniętej sieci energetyki atomowej, który może w krótkim czasie bezboleśnie pożegnać się z węglem. Nie sprawia to niestety wrażenia, że ten rząd po siedmiu latach u władzy ma spójną wizję polityki przemysłowej. Może nie wyraża tego tak dosadnie, jak niektórzy poprzednicy (słynne „najlepsza polityka przemysłowa to brak polityki przemysłowej” ministra Syryjczyka). Ale w praktyce trochę tak to wygląda.
Zupełny brak tych argumentów w dyskusji o górnictwie nie jest powodem do radości. Podobnie poziom refleksji nad rolą związków zawodowych w stabilizowaniu polskiego superelastycznego rynku pracy. Dominuje za to bardzo prymitywne napuszczanie jednych na drugich. Argumenty w stylu „lobby górnicze przejada pieniądze, za które można by budować szpitale” nie świadczą o dojrzałości polskiej klasy politycznej. A widzenie problemu wyłącznie po stronie „górniczych darmozjadów” świadczy o kompletnym oderwaniu elit medialnych od reszty społeczeństwa. To sklecona naprędce płytka demagogia. Po 25 latach słodko-gorzkich doświadczeń z rynkiem i demokracją można by oczekiwać zdecydowanie więcej.