Aby ładnie pachnieć, nie można się zbyt długo wylegiwać. Trzeba ciężko pracować na sukces, bogactwo lub władzę, ponieważ tylko one dobrze się komponują z najlepszymi perfumami świata
Uroda to rekomendacja lepsza niż jakikolwiek list polecający” – twierdził Arystoteles. „Kobieta, która się nie perfumuje, nie ma przyszłości” – dodała nieco ponad dwa tysiące lat później Coco Chanel. Ale ostatnie słowo należało do biurokratów z Brukseli. Po kilku latach przygotowań zabrali się do ratowania obywateli i obywatelek Unii Europejskiej przed czyhającymi na nich luksusowymi perfumami. Oficjalnie dlatego, że wedle ustaleń naukowców doradzających Komisji Europejskiej zawierają one składniki wywołujące u ok. 3 proc. populacji reakcje alergiczne. Fakt, że niedojadające na co dzień modelki po skropieniu się Chanel No 5 lub Miss Dior mogą dostać wysypki, ożywił ospałą na co dzień machinę unijnej biurokracji. Ustaliła ona listę składników, jakie do końca obecnego roku należy z perfum wyeliminować, by otrzymały certyfikat pozwalającym im wejść do sprzedaży na terenie UE. Za największych wrogów uznano: mech dębowy (drzewny zapach, który przedłuża trwałość kompozycji) oraz lyral (imitujący woń konwalii). Dorzucono jeszcze: kumarynę (występuje głównie w trawach, ale też cynamonie), eugenol (z olejku goździkowego czy różanego) oraz cytral (z olejku cytrynowego). Wszystkie wspomniane substancje są używane w najsławniejszych markach perfum świata. Początkowo francuscy producenci wyrazili oburzenie, ale nowe przepisy uderzają w każdego, więc szybko zrezygnowali z oporu. Zwłaszcza że firmy nie przewidują większych strat, bo mieszkańcy Unii regularnie wydają na pachnidła ok. 18 mld euro rocznie. A skoro na przykład zapach legendarnych Chanel No 5 tworzy ok. 130 składników, to mało kto będzie potrafił wyczuć, iż kilka podmieniono. Rynek jest też stabilny, ponieważ wykreowanie nowej marki perfum kosztuje dziś ok. 40–50 mln euro. Na co stać jedynie potężne koncerny. Zresztą w grze w zapachy bardziej od samej woni liczy się to, kto ją roztacza.
Reklama

Reklama
Boski dym
„Powiedział Pan do Mojżesza – Weź sobie najlepsze wonności: pięćset syklów (sykl – 11,4 gramów – red.) obficie płynącej mirry, połowę tego, to jest dwieście pięćdziesiąt syklów wonnego cynamonu, i tyleż, to jest dwieście pięćdziesiąt syklów wonnej trzciny, wreszcie pięćset syklów kasji, wedle wagi przybytku, oraz jeden hin (ok. 6 litrów – red.) oliw z oliwek. I uczynisz z tego święty olej do namaszczania” – zapisano w biblijnej Księdze Wyjścia. Tę wiarę Żydów w boskie pochodzenie pachnideł podzielały inne wschodnie nacje. W starożytnym Egipcie perfumy nazywano po prostu „zapachem bogów”, twierdząc, iż tajemnicę ich produkcji przekazał człowiekowi bóg mądrości Thot. Ale współcześnie antropolodzy są zdecydowanie bardziej prozaiczni. Ich zdaniem ludzie pierwotni zwrócili uwagę, że można zmieniać swój naturalny zapach po odkryciu, jak rozpalać ogień. Wrzucali do ogniska wilgotne konary wraz z żywicą, a potem nasiąkali dymem. Fakt, iż okrycia, włosy, a nawet skóra mogą pachnieć inaczej niż zwykle, bardzo im się spodobał. Kobiety zaś spostrzegły, że zapach czyni je atrakcyjniejszymi seksualnie dla mężczyzn. Co z kolei dawało im większą pewność siebie, lepszą pozycję w grupie, a zatem także władzę.
Niuanse ludzkiej fizjologii sprawiły, iż perfumy stały się nieodłączną składową cywilizacji. Choć o prapoczątkach musiano pamiętać długo, skoro ich łacińska nazwa „per fumum” oznacza po prostu „przez dym”. Nie oddaje ona jednak całej prawdy o pachnidłach. Najważniejszym impulsem, by zaczęto je tworzyć, stała się bowiem dbałość o dobry stan... zwłok. Zarówno w Mezopotamii, gdzie narodziły się wspaniałe cywilizacje – Sumerów, Babilończyków czy Akadyjczyków – jak i w Egipcie starano się zabezpieczyć ciała zmarłych przed rozkładem. Co – jak wierzono – stanowiło gwarancję zachowania życia w zaświatach. Stąd wzięła się wielka kariera mirry. Żywicy krzewu balsamowca, skutecznie spowalniającej procesy gnilne. A jednocześnie wydzielającej zapach bardzo podobający się żywym. Rzadkie występowanie krzewu czyniło mirrę trudno dostępnym luksusem, więc pozwolić sobie na zużycie jej większej ilości mogli jedynie władcy, wysoko postawieni urzędnicy oraz bogacze. Ekskluzywność zwiększała oczywiście atrakcyjność żywicy. Dlatego zamożne Babilonki i Egipcjanki uczyniły z mirry swoje ulubione pachnidło. Zapotrzebowanie rynkowe zaowocowało też pewnym paradoksem. Pierwsi w wyrobie pachnideł zaczęli specjalizować się kapłani. Na co dzień tworzyli nowatorskie mieszanki, eksperymentując przy procesie balsamowania zwłok. A potem oferowali je zamożnym paniom, gotowym na każdy wydatek, byle tylko efektownie pachnieć. Te biedniejsze musiały nacierać się szafranem lub brać kąpiel w roztworze powstałym po zalaniu wrzątkiem rozdrobnionych kawałeczków drzewa cyprysowego oraz cedrowego.
Takie tanie produkty zastępcze nie wchodziły w grę, gdy o swój zapach postanawiali zadbać władcy. Ale wówczas musieli zmierzyć się z tym, że zarówno do dobrego wypreparowania mumii, jak i uzyskania świetnego pachnidła konieczne są egzotyczne komponenty. To wymuszało pierwsze dalekie wyprawy handlowe. Na imponujących reliefach w świątyni Hatszepsut w Deir el-Bahari około 1471 r. przed Chrystusem wykuto sprawozdanie z wielkiego przedsięwzięcia, jakim było wysłanie egipskiej floty do krainy Punt. Gdzie takowa się znajdowała, do dziś toczą spory naukowcy. Wiadomo, że popłynęło tam co najmniej pięć statków wiozących, poza załogą, także żołnierzy, kupców i urzędników królowej. Razem ponad tysiąc osób popłynęło do odległego miejsca, by dokonać wielkich zakupów: kości słoniowej, hebanu, złota oraz przede wszystkim mirry. Wyprawą dowodził osobiście kanclerz Nehesi, będący drugą osobą w państwie po królowej Hatszepsut. Prowadzenie regularnej wymiany handlowej z krainą Punt dawało kapłanom okazję do sporządzania coraz bardziej wyszukanych pachnideł.
Wschodnie zniewieścienie
Najlepszym dowodem na to, że właśnie starożytnym Egipcjanom najwięcej zawdzięczają współczesne firmy kosmetyczne, jest szkatułka, przechowywana obecnie w British Museum. Znalezione w kraju nad Nilem metalowe pudełko, którego wiek oszacowano na ok. 3,5 tys. lat, to nic innego, jak damska kosmetyczka. W środku znajdują się: grzebyk z kości słoniowej, kawałki pumeksu do ścierania złuszczonego naskórka, szminka do ust, kremy i oczywiście pachnidła. Nawet gdy świetność Egiptu faraonów dawno przeminęła, one nadal zachwycały. Kiedy Aleksander Macedoński podbił kraj nad Nilem, natychmiast uznał, że dbanie o własny zapach przystoi także mężczyznom. Co więcej, nakazał zawsze skrapiać mirrą miejsca, w których zamierzał nocować. Inni Macedończycy i Grecy naśladowali swego wodza. To od nich zwyczaj używania pachnideł przejęli Rzymianie. Choć tak naprawdę manią skrapiania się perfumami zaraziła mieszkanki Wiecznego Miasta królowa Kleopatra. Skoro potrafiła usidlić równie wybitnych wodzów jak Juliusz Cezar czy Marek Antoniusz, stała się żywą reklamą używanych przez siebie kosmetyków. Rzymianki natychmiast zechciały podobnie pachnieć. Na nic zdało się zrzędzenie senackiego mówcy, a zarazem wpływowego polityka Marka Tuliusza Cycerona. „Ładnie pachnie ta kobieta, która nie pachnie wcale” – twierdził, nie zyskując zbyt wielkiego posłuchu. Choć z drugiej strony Rzymianie przez setki lat nie wnieśli zbyt wielu twórczych innowacji do branży pachnideł. Ich najtrwalszym wkładem stało się przejęcie technologii wytwarzania szkła (najprawdopodobniej od Egipcjan) i wykonanie z niego pierwszych flakoników na perfumy. W szczelnie zamkniętym, szklanym pojemniku płynne pachnidła dłużej zachowywały świeżość.
Nowy impuls do rozwoju perfumiarstwa dali dopiero Arabowie. Spora w tym zasługa proroka Mahometa, który najwyraźniej lubował się w pięknych woniach. „Zapachy są pożywieniem, które pobudza ducha, a ten jest jak wielbłąd, którego człowiek dosiada i każe się wieźć do celu” – zapisano w Koranie. Święta księga zezwalała wiernym skrapiać się pachnidłami dla przyjemności. Stając się inspiracją dla wielu uczonych mężów. Prawdziwym geniuszem perfum okazał się Pers wyznający islam, sławny lekarz, filozof i alchemik Awicenna. Zgłębiając tajemnice destylacji alkoholu z różnych produktów, uzyskał tą drogą olejek różany.
„Będąc niezaprzeczalnymi znawcami przypraw korzennych, Arabowie zapoczątkowali produkcję wody różanej, otrzymywanej w wyniku destylacji płatków róż. Używano jej do perfumowania ciała i aromatyzowania potraw” – opisuje Beata Hoffmann w monografii „Perfumy. Uwarunkowania kulturowo-społeczne”. Przez następne stulecia żadne pachnidło nie mogło się z nią równać, aż do momentu, gdy do poprawienia swej woni zabrała się córka Władysława Łokietka.
Zachodnie eksperymenty
Wedle legendy Elżbieta, żona króla Węgier Karola Roberta Andegaweńskiego, tajemnicę pachnącej nalewki otrzymała od anonimowego mnicha pustelnika. Jednak trudno przypuszczać, by mieszankę rozmarynu i tymianku, zalewaną dobrze wydestylowanym spirytusem, mógł wytwarzać ktoś niemający własnego laboratorium. Woda Królowej Elżbiety – bo taka nazwa specyfiku przyjęła się powszechnie – przewyższała wodę różaną Awincenny bogactwem zapachu. Ale też walorami leczniczymi i... smakowymi. Angielski biolog i zielarz Nicholas Culpeper w dziele „Pharmacopoeia Londinensis”, trzysta lat po skomponowania specyfiku, informował czytelników, iż nalewka Łokietkówny to lek: „przeciw wszystkim przeziębieniom i powodowanym wilgocią chorobom głowy, apopleksji, epilepsji, zawrotom głowy, letargowi, paraliżowi, chorobom nerwów, reumatyzmowi, skazom, skurczom konwulsjom”. Leczyła nawet bóle zębów oraz „obstrukcje wątroby, śledziony, jelit i macicy”.
Jednak królowa Węgier w 1370 r. zaprezentowała Karolowi V Mądremu swoją wodę, pragnąć olśnić go przede wszystkim jej zapachem. Władca Francji uchodził za człowieka uwielbiającego pachnidła, a z takim nie miał jeszcze do czynienia. Wkrótce stało się ono najpopularniejszymi perfumami w Europie. Gdy Elżbieta Łokietkówna objęła urząd regenta Polski w imieniu swego syna Ludwika Węgierskiego, szokowała dwórki na Wawelu swymi obyczajami. Jak opowiadały, królowa nie tylko skrapiała się codziennie wonnym specyfikiem, ale też brała w nim kąpiele. Dzięki czemu wyglądała na osobę o dwadzieścia lat młodszą, niż wskazywałaby data urodzenia. W czasach gdy przymioty ducha uznawano za najważniejsze, nadmierna dbałość o wygląd uchodziła za rzecz co najmniej wstydliwą. Wpływowy opat klasztoru w Cluny Odo ostrzegał przecież wiernych, że: „Gdyby mężczyźni wiedzieli, co jest pod skórą, widok kobiety wywołałby u nich mdłości. Skoro nie chcemy dotknąć końcem palca plwocin lub łajna, jakże możemy pragnąć całować wór nawozu”. Słowa te nabrały szczególnego znaczenia w XIV wieku, gdy panie szczelnie okrywały nie tylko ciało, ale zaczęły nosić na głowach mocno zawiązane chusty. Pod takim strojem każda pociła się obficie, wydzielając często nieprzyjemny zapach. Woda Królowej Elżbiety stawała się wówczas ostatnią deską ratunku. Choć w sukurs damom przyszedł także Henri de Mondeville, nadworny lekarz króla Francji Filipa IV Pięknego. Spoconym paniom zalecał wcieranie we włosy kardamonu, zaś skórę proponował natrzeć gałką muszkatołową, a potem nałożyć piżmo. Całą kompozycję zapachową miało dopełnić spożywanie o poranku porcji anyżu z koprem.
Wprawdzie lepszy efekt dla nosa dawałyby częste kąpiele, lecz w tamtym czasie nawiedziły Europę kolejne epidemie dżumy. Georges Vigarello w książce „Czystość i brud” odnotował, iż powszechnie uwierzono, że: „kąpiele i łaźnie są niebezpieczne, ponieważ powodują otwarcie ciała na powietrze (morowe – red.)”. Przekonanie to utrzymywało się bardzo długo. Niemal dwa stulecia po największej fali czarnej śmierci władca Francji Ludwik XIII nadal miał się na baczności, kiedy widział wodę. Zwłaszcza po tym, jak osobisty lekarz monarchy Theophraste Renaudot w swoich pracach przestrzegał przed kąpielami, ponieważ czynią ciało „podatnym na parcie złych aspektów powietrza”. Prawdziwa tragedia zaczęła się za czasów kolejnego z francuskich królów Ludwika XIV. Modne wówczas ciężkie peruki sprawiały, że w co cieplejsze dni królewscy dworzanie straszliwie cuchnęli. Dlatego też władca na stałe zatrudnił nadwornego perfumiarza, mającego obowiązek codziennie przedstawiać mu próbkę nowego zapachu. Po jej zaakceptowaniu na monarchę wylewano cały flakonik perfum. A skoro Król Słońce wytyczał przez ponad pół wieku trendy w modzie dla całej Europy, to i ten zwyczaj podchwyciły elity na Starym Kontynencie. Co nie przyniosło poprawy jakości codziennych zapachów, ale za to producenci pachnideł mieli się coraz lepiej.
Powab południa
Wynajdywanie nowych sposobów zwiększania kobiecej atrakcyjności mocno zaniepokoiło wielu mężczyzn. I to do tego stopnia, że w 1738 r. brytyjska Izba Gmin uchwaliła specjalne prawo wymierzone w użytkowniczki perfum oraz innych kosmetyków. „Każda kobieta, która począwszy od tego dnia przymusi, zwabi lub podstępem skłoni do małżeństwa któregokolwiek z poddanych Jego Królewskiej Mości, używając: pachnideł, farb, kosmetyków, barwników, sztucznych zębów, sztucznych włosów, hiszpańskiej wełny, żelaznych rusztowań i obręczy, butów na wysokich obcasach lub też tiurniur, ściągnie na siebie karę z tytułu oskarżenia o czary” – groził ustawodawca. Panie podejrzane o używanie zbyt kuszących perfum mogły trafić na szafot, zaś ich małżeństwa unieważniano wyrokiem sądu. Jednak nawet groźba egzekucji nie była już w stanie powstrzymać podążających za modą kobiet. Podobnie jak i mężczyzn. Zwłaszcza że po wiekach panowania na Starym Kontynencie Woda Królowej Elżbiety znalazła godnego konkurenta. Włoski emigrant Jan Maria Farina już w 1708 r. pisał z Kolonii do brata: „Stworzyłem perfumy, które przypominają mi wiosenny poranek we Włoszech, jego łagodną świeżość, w której aromat dzikiego narcyza miesza się ze słodyczą kwiatu pomarańczy. Zapach ten odświeża i pobudza moje zmysły i wyobraźnię”. Ale pachnidło, zawierające w sobie mieszaninę olejków uzyskanych m.in. z pomarańczy, cytryny, mandarynki, bergamotki, grejpfruta, lawendy i jaśminu, dość długo nie mogło się przebić na rynku. Dopiero w 1716 r. od Farina dwanaście butelek zakupiła pewna dama z Aachen. Tak zaczynała się wielka kariera Eau de Cologne, czyli wody kolońskiej. W ciągu zaledwie kilku dziesięcioleci zdobyła sobie ona pozycję najpopularniejszego kosmetyku w Europie. Gustowali w niej wpływowi przywódcy – wodą z Kolonii skrapiali się królowie Prus, carowie Rosji, a także nasz Stanisław August Poniatowski. Zasmakował w niej cesarz Napoleon Bonaparte. Choć on większość flakonika z pachnidłem wylewał nie na siebie, lecz w siebie. Najczęściej tuż przed ważną bitwą.
Lekki i powabny zapach wody kolońskiej, która na dwa stulecia stała się głównym z męskich kosmetyków, wskazał kierunek zmian także dla damskich pachnideł. Nowy trend najlepiej wyczuł Pierre-Francois Pascal Guerlain. Po ukończeniu studiów medycznych oraz chemicznych w Londynie wpadł na pomysł, aby w rodzinnym Paryżu otworzyć sklep z perfumami, oferujący od 1828 r. klientom mocno pachnące, angielskie wody toaletowe wzorowane na kolońskiej. Ale interes nie szedł najlepiej. Młody chemik postanowił więc zagrać va banque. „Obserwując społeczny awans mieszczaństwa, sformułował zasadę, w myśl której elity społeczne powinny kupować perfumy u Guerlaina, lecz nie mogą być jedyną grupą klientów” – opisuje Beata Hoffmann. Sztuczka polegała na tym, by tworzyć ekskluzywne produkty, rzekomo tylko dla wybranych elit, jednak na tyle tanie, by pozostały w zasięgu portfeli klasy średniej. Dotąd ładny zapach był rzeczą zarezerwowaną dla osób z wyższych sfer i z nimi też się kojarzył. Ale demokratyzacja pachnideł gwarantowała producentom o niebo większe zyski.
Wonne żniwa
W ślad za Guerlainem podążyło całe pokolenie francuskich wytwórców, otwierając swoje domy perfum i zapoczątkowując takie marki jak Molinard, Bourjois czy Coty. Korzystając ze zdobyczy nowoczesnej chemii, nie wahali się oni używać w swoich produktach składników syntetycznych, naśladujących naturalne wonie. Dzięki takiemu podejściu w 1869 r. wypreparowano heliotropinę (o słodkim, waniliowym zapachu), osiem lat później kumarynę, a w 1888 r. syntetyczne piżmo. Potem w laboratoriach coraz to nowe substancje zapachowe powstawały jak na zawołanie. Budząc grozę wśród konserwatywnych perfumiarzy. Ale przyszłość należała do stronników nowoczesności. To oni podbili rynek i pod koniec XIX w. francuskie perfumy zdobyły sobie renomę najlepszych, a także najbardziej pożądanych w świecie. Ich zapach ewoluował wraz ze zmianami obyczajowymi. Podczas I wojny światowej kobiety musiały w fabrykach oraz urzędach zastąpić mężczyzn, którzy poszli na front. Gdy wojna dobiegła końca, nie zamierzały już oddawać zdobytej przez siebie pozycji społecznej. Zaczęły też ubierać się w coraz krótsze sukienki oraz palić papierosy. Zaś wytwórcy perfum usiłowali nadążyć za tymi zmianami.
Najsławniejsze z pachnideł Chanel No. 5 było dziełem urodzonego w Moskwie mistrza perfumiarstwa Ernesta Beauxa. Tajemnicę perfum stanowiło połączenie róży i jaśminu ze wzmacniającymi aromat syntetycznymi aldehydami plus ponad setką różnych zapachowych upiększaczy. Kreatorka mody Gabrielle Coco Chanel wprowadziła je do sprzedaży jako prezent bożonarodzeniowy w 1921 r. Jednak prawdziwą karierę nowe perfumy zaczęły robić, gdy pół roku później Chanel podarowała sto flakoników swoim najlepszym klientom. Wkrótce modny zapach zaczął się nieodłącznie kojarzyć z gwiazdami show-biznesu oraz bajecznie bogatymi damami.
Inną drogę wybrał Jean Patou. Projektant mody postawił na niezależne finansowo, pracujące emancypantki. Przygotowaną przez niego w 1929 r. markę perfum Le Sien reklamowano jako „męski zapach dla wysportowanej pani”. Obie strategie – Chanel oraz Patou – wyznaczały główne trendy w rozwoju przemysłu perfumeryjnego w XX stuleciu. Obecnie przynosi on gigantyczne zyski, lecz jest to bardzo wymagająca branża, bo jedynie co dziesiąty z nowo wprowadzanych na rynek zapachów osiąga sukces. Nigdy na sto procent nie udaje się przewidzieć, czy tak się stanie. „Bywa, że kompozycja zapachowa albo w ogóle nie zostaje przez potencjalnych klientów zauważona, albo dopiero po jakimś czasie zyskuje popularność, tak jak perfumy Beautiful (Estee Lauder, 1985 r.), które po pięciu latach od pojawienia się w sprzedaży zawojowały rynek perfumeryjny” – opisuje Beata Hoffmann. Unijne regulacje mające dbać o interesy osób o skłonnościach alergicznych raczej nie wpłyną na stan branży perfumeryjnej. Zwłaszcza że od początku istnienia naszej cywilizacji pachnidła stanowią jej nieodłączny element i zawsze gwarantują zyski. Co najlepiej potrafiła udowodnić prezenterka radiowa Erin Weber ze stacji WYCD-FM w Detroit. Przez dwa lata narzekała ona, że perfumy koleżanki ze studia powodują u niej alergiczny katar, który powoduje utratę głosu. Gdy zbyt często szła na zwolnienia lekarskie, szefowie radia w końcu zerwali z nią umowę o pracę. Wówczas pani Weber wniosła pozew do sądu, oskarżając przełożonych o zlekceważenie skarg na zapach koleżanki. Pod koniec maja 2005 r. sąd w Detroit wycenił cierpienia prezenterki na 10,6 mln dol. Od przyszłego roku taka historia na terenie UE będzie nie do pomyślenia.
W starożytnym Egipcie perfumy nazywano po prostu „zapachem bogów”, twierdząc, iż tajemnicę ich produkcji przekazał człowiekowi bóg mądrości Thot. Impulsem, by je tworzyć, stała się dbałość o dobry stan zwłok