Reklama

Miniony rok w energetyce przyniósł ogromne problemy, z którymi możemy się jeszcze długo zmagać. Co zrobić by w przyszłości zapobiegać kryzysom takim jak obecny?

Regulacje Komisji Europejskiej zmierzające do budowy bardziej konkurencyjnego rynku energii elektrycznej i gazu są racjonalne, nawet jeśli spóźnione. Kluczowa w tym kontekście jest zapowiadana wspólna polityka zakupowa gazu w ramach całej UE. Niestety, choć już kilka lat temu taki pomysł wnosili Jerzy Buzek i Jacques Delors, to do dziś nie doczekaliśmy się jego realizacji. Aktualnie obserwujemy, że powiązania gazowe Europy z Rosją zupełnie nie uwzględniają nie tylko problemów naszego regionu, ale nawet bezpieczeństwa energetycznego Zachodu. Europa powinna wykorzystać siłę oddziaływania na ceny nośników energii jaką ma jako znaczący ich importer. I nie chodzi tylko o dostawy ze Wschodu. Wiele regulacji już wprowadzono, jednak Rosja próbuje je omijać, czego przykładem są działania związane z Nord Stream 2 i gazociągiem OPAL wzdłuż granicy polsko-niemieckiej.

W 40 proc. unijny rynek gazu jest zasilany przez Rosję.

Nie da się wyeliminować z rynku tak dużego dostawcy jak Gazprom. Jego udział w imporcie do Europy przekracza 40 proc. Jednak to nie znaczy, że Moskwa może dyktować warunki. Niestety, wsparciem tego dostawcy są Niemcy, które likwidują u siebie energetykę jądrową, a moce sterowalne chcą oprzeć na gazie. To jest niepokojące. Powstaje pytanie czy w takim stopniu powinniśmy opierać się na tym paliwie, które przecież także jest emisyjne. Dostawy gazu nadal będą mogły być przedmiotem nacisków politycznych. Argumenty o tym, że NS2 zapewni bezpieczeństwo energetyczne Europy są absurdalne. Ten projekt nie uwzględnia interesów większości krajów UE. A to co stało się w ostatnim czasie wyraźnie pokazuje jak bardzo niestabilny to rynek. Przez Polskę tłoczono do Niemiec ze Wschodu gazociągiem jamalskim ponad 30 mld m sześc. gazu rocznie. Teraz ten gazociąg stoi praktycznie niewykorzystany. Podobnie jak gazociągi ukraińskie o przepustowości ponad 100 mld m3 rocznie.

Reklama

Rosjanie chcieliby wrócić do wieloletnich kontraktów. Trzeba będzie im ulec?

Takie rozwiązanie nie byłoby pożądane, ogranicza bowiem rozwój konkurencyjnego rynku. Monopol jest zły i my jako Polacy widzimy to doskonale - przez dekady byliśmy uzależnieni od dostaw ze Wschodu. Dobrze, że to się zmienia. Dzięki gazoportowi i rozbudowywanym transgranicznym połączeniom z południem, zachodem i wschodem Europy. Budujemy też Baltic Pipe. To otwiera nowe możliwości dostaw gazu. Dostawca rosyjski będzie mógł działać na naszym rynku na zasadach, które obowiązują w UE a osiąganie sukces tylko jeśli będzie oferował konkurencyjne ceny. Uważam również, że przyszedł czas na przyśpieszenie budowy konkurencyjnego rynku gazu w Polsce. Pozycja dominującego podmiotu na naszym rynku, czyli PGNiG stanowi główną przeszkodę dla jego konkurencyjności. Jest powinnością państwa aby tę sytuacje zmienić poprzez wykorzystanie sprzyjających konkurencji regulacji.

Pozycja PGNiG będzie jeszcze silniejsza po fuzji z Orlenem.

Jestem bardzo krytyczny wobec arbitralnie przeprowadzanych fuzji państwowych podmiotów. Państwo powinno koncentrować się na funkcjach regulacyjnych. Jeśli ma działać właścicielsko to przede wszystkim w zakresie infrastruktury o kluczowym znaczeniu - np. przesyłu energii elektrycznej, czy gazu tak by zapewnić równoprawny dostęp konkurującym ze sobą podmiotom. Takie działania jak fuzja publicznych firm nie wpisują się w budowę konkurencyjnego rynku. Nie cieszę się z nadmiernych zysków podmiotów, które wykorzystują swoją dominującą czy wręcz monopolistyczną pozycję. Połączenie Orlenu i Lotosu w realiach krajowego rynku paliw jest nieracjonalne. Podobną opinię miała Komisja Europejska, czego dowodem były daleko idące środki zaradcze. One zresztą jeszcze bardziej postawiły pod znakiem zapytania sens całej operacji - w efekcie skarb państwa będzie wyprzedawał pod presją czasu istotne elementy infrastruktury paliwowej. Po fuzji wcale nie będzie lepiej - nie cieszą mnie bardzo wysokie zyski, którymi nieustannie chwali się zarząd Orlenu ani wizja, że będą jeszcze wyższe. To nie efekt synergii, o którym z lubością opowiada prezes Orlenu, skutek redukcji kosztów czy zatrudnienia. Przyczyną jest wyłącznie uprzywilejowana pozycja na polskim rynku. A ta będzie tylko rosła. Myślę, że kiedyś oceną tego projektu, jeśli zostanie zrealizowany, zajmie się niezależna komisja, która zbada tę sprawę.

Pomysłodawcy podają przykłady działających na świecie koncernów multienergetycznych i argumentują, że operacja jest konieczna, by osiągnąć odpowiednią skalę do inwestycji niezbędnych w czasie transformacji.

Słucham wypowiedzi prezesa Daniela Obajtka, ale jego slogany nie są poparte jakąkolwiek racjonalną strategią. Musimy wyprzedawać pod presją niektóre aktywa, takie jak udziały w rafinerii wraz z pakietem zarządczym, infrastruktura logistyczna oraz sieć sprzedaży detalicznej. Myślę, że prezes PKN Orlen powinien raczej kontynuować linię swoich poprzedników, którzy zbudowali potencjał koncernu. Prezes Konrad Jaskóła przeprowadził modernizację rafinerii płockiej, jego następcy umacniali pozycję Orlenu poprzez zakupy Unipetrolu, Możejek, pięciuset stacji w Niemczech i podobnymi operacjami. Nie przypominam sobie, by obecny prezes przeprowadził jakąkolwiek istotną akwizycję zagraniczną. Dołącza kolejne krajowe podmioty takie jak Energa, Lotos, PGNiG, Ruch czy Polska Press dzięki decyzjom politycznym. Tymczasem państwo powinno koncentrować się na budowie konkurencji. To ona oznacza postęp. Jeśli podmioty prywatne czy publiczne zaczynają mieć nadmierną przewagę, wówczas suwerennie działający Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) nie powinien dopuszczać do takich operacji.

Osiągnięcie synergii może ułatwić rywalizację na zagranicznych rynkach.

To fikcja. Zresztą takie zakusy ze strony rządów nie są niczym nowym. Dekadę temu, poprzedni rząd chciał sprzedać gdańską Energę spółce PGE by podreperować budżet. Skarb państwa otrzymałby pieniądze za wykup akcji. Wtedy UOKiK pod kierownictwem pani prezes Małgorzaty Krasnodębskiej-Tomkiel, po wnikliwej analizie rynku energii zablokował tę transakcję twierdząc, że zaszkodzi ona konkurencji. Takie decyzje w gospodarce powinny być normą. Nie przypominam sobie, by przeprowadzona w roku 2006 konsolidacja w elektroenergetyce dała jakikolwiek efekt synergii. Wręcz przeciwnie - zazwyczaj generuje dodatkowe koszty - skarb państwa musi podpisywać np. porozumienia o gwarancji zatrudnienia, wypłacać gratyfikacje dla pracowników itp. Profity wynikające z konsolidacji wynikają często jedynie z dominującej pozycji na rynku.

Oprócz fuzji i dalszych inwestycji w gaz, w tym roku rząd planuje również wydzielić aktywa węglowe spółek energetycznych i stworzyć Narodową Agencję Bezpieczeństwa Energetycznego. To dobry ruch? Niektórzy temu projektowi zarzucają właśnie zmierzanie ku monopolowi.

To co innego. NABE będzie likwidować aktywa. Nie da się tego zrobić przy użyciu mechanizmów rynkowych bez uwzględnienia problemu ciągłości dostaw energii. Z drugiej strony trzeba się z tym zmierzyć, bo nie można już dłużej uciekać od kłopotów związanych z archaicznym, niekorzystnym dla nas miksem energetycznym. Wielkim błędem jest to, że nie zaczęliśmy tej transformacji wcześniej, choćby dekadę temu. Nie tak dawno jeszcze budowaliśmy kolejne bloki węglowe - to nie tylko Ostrołęka, ale też problem bloków w Opolu. Ówczesny prezes PGE uzasadniając swoją negatywną opinię wobec tego projektu wskazywał, że powodem jest ujemna stopa zwrotu z inwestycji. Został za to zdymisjonowany. Jego następca poprawił te rachunki zgodnie z oczekiwaniami rządzących i projekt zrealizowano. W ostatnim czasie powstał blok Jaworzno III - aktualnie mamy kłopoty z jego naprawą i ponownie nieprędko doczekamy się uruchomienia. Powinniśmy też szybciej działać w sprawie energetyki jądrowej. Dobrze, że nasz biznes interesuje się też nowinkami technologicznymi jak małe reaktory SMR.

Wydaje się, że rząd jest zdeterminowany, by zbudować w Polsce reaktory.

Tak, ale przedłużająca się dyskusja o elektrowni atomowej kompromituje polskie władze. Zdaję sobie sprawę, że ten projekt ma wielu przeciwników z powodu wysokich nakładów inwestycyjnych - to ok. 5 mln euro za 1 MW. Po czasie dyskusji powinien wreszcie nastąpić moment decyzji. W polityce energetycznej państwa od dawna zawarty jest zapis o reaktorach jądrowych. By dotrzymać terminów trzeba działać bardzo szybko. Inaczej nie uda się zbudować pierwszych bloków do 2033 r. tak jak zakłada PEP2040. Minister Naimski zapewniał, że do 2030 powstaną elektrownie gazowe o łącznej mocy 10 GW. Zobaczymy czy tak się stanie, ale jestem bardzo sceptyczny. Wszystko wskazuje na to, że po 2025 r. czeka więc nas deficyt mocy.

Dlaczego?

W najbliższym czasie musimy likwidować stare, nieefektywne i najbardziej emisyjne bloki. W planie jest likwidacja do 2025 r. ok. 2 tys. MW. W latach 2025-2030 to już 4,7 GW, a od 2031 do 2035 r. nawet 6,8 GW. Musimy zatem szybko budować nowe moce. Całe szczęście, że rozstrzygnęliśmy już I etap offshore, z którego zaplanowano 5,9 GW. To kierunek w którym państwo powinno zmierzać i dobrze, że to robi. Szybko rozwija się także fotowoltaika prosumencka, ale przed nami wciąż ogromne wyzwania. Produkcja energii elektrycznej z paliw stałych przy tak wysokich kosztach uprawnień do emisji CO2 jest po prostu nieopłacalna. A będzie tylko gorzej. Gdy na to nałożymy potrzebę likwidowania kopalń węgla brunatnego i kamiennego okazuje się, że stworzenie NABE to jeden z kluczowych elementów transformacji. Z jednej strony pozwoli to spółkom energetycznym uwolnić się od problemu emisyjnej, węglowej energii, w którą nie chcą angażować się już instytucje finansowe kredytujące nowe przedsięwzięcia i skoncentrować się na inwestycjach w OZE i sieć dystrybucyjną, z drugiej umożliwi zaplanowaną likwidację starych mocy.

Jak powinna wyglądać Agencja?

Docelowo NABE powinna stać się centrum restrukturyzacyjno-likwidacyjnym wszystkich aktywów węglowych – kopalń węgla brunatnego i kamiennego oraz samych elektrowni. To podmiot, który powinien realizować program restrukturyzacji zapowiedziany przez rząd - najlepiej corocznie aktualizowany. NABE musi być dotowana z publicznych środków, bo nie da się dłużej produkować w opłacalny sposób energii z węgla, a z drugiej strony nie da się od niej odejść z dnia na dzień.

Trzeba przy tym pamiętać, że samo utworzenie tego podmiotu otwiera dopiero drogę do konsekwentnej likwidacji mocy produkcyjnych w elektroenergetyce opartej na węglu, jak i adekwatnie w kopalniach węgla kamiennego i brunatnego. Kurczowo trzymając się węgla przegramy nie tylko pod względem ekologii, ale również ekonomii. Nie można przecież tolerować sytuacji, w której kopalnie długofalowo generują straty. Wydobycie jest coraz bardziej nierentowne, a wysokie ceny węgla na rynku europejskim, które mamy obecnie są przejściowe. Warunki górniczo-geologiczne w naszych kopalniach stają się coraz trudniejsze co przekłada się na wysokie koszty wydobycia. W dodatku polskie górnictwo jest zadłużone na ponad 18 mld zł. Rosną też lawinowo koszty emisji CO2 co jest powodem rosnących strat w elektrowniach węglowych.

Górnicy z trudem zaakceptowali 2049 r. jako moment odejścia od węgla. Trudno będzie przekonać ich do przyspieszenia terminu.

Uważam, że 2049 r. jest nierealistyczny. Polski plan przemian powinien być bardzo szczegółowo przemyślany pod kątem ekonomii, a także przemian klimatyczno-energetycznych w UE. Trudno wyobrazić sobie, że będziemy tworzyli długoterminowe strategie polityki energetycznej państwa patrząc wyłącznie przez pryzmat porozumień ze stroną społeczną. Nie bagatelizuję jednak problemów. Dziś zastanawiamy się nad przyszłością Śląska, ale równie dużym wyzwaniem jest to co stanie się w Bełchatowie czy Turowie - tam jeszcze trudniej o zastąpienie aktywów węglowych w strukturze zatrudnienia. Rząd powinien udzielić znaczącego wsparcia dla tworzenia alternatywnych miejsc pracy w tych rejonach. Przykładem dobrych doświadczeń w tej materii jest Śląsk, gdzie przez minione 30 lat prowadzono rozległe procesy restrukturyzacyjne a notowany poziom bezrobocia przez cały ten okres był niższy o 2 pkt. procentowe od średniej krajowej. Jednocześnie musimy jednak zdecydowanie likwidować kopalnie generujące największe koszty. Niestety faktycznie to może nie być łatwe, bo przez lata popełniono w tym zakresie szereg błędów. Padło wiele absurdalnych wypowiedzi utwierdzających górników w błędnym postrzeganiu sytuacji. Pamiętają słowa Prezydenta Andrzeja Dudy o tym, że węgla mamy na 200 lat, a on nie pozwoli zamordować polskiego górnictwa. Znane są też wypowiedzi premierów Beaty Szydło oraz Mateusza Morawieckiego, którzy przekonywali, że branży nic nie zagraża. Jeszcze niedawno zapowiadano nową odkrywkę Złoczew, oddaloną o ponad 50 km od Bełchatowa, której stworzenie byłoby ekonomicznym absurdem. Szczęśliwie zaniechano tego pomysłu. Narracja polityków, a wraz z nią decyzje i czyny muszą się radykalnie zmienić.

dr Janusz Steinhoff, wicepremier i minister gospodarki w rządzie Jerzego Buzka. Absolwent i długoletni pracownik naukowy Politechniki Śląskiej. Autor wielu publikacji z zakresu ekonomii, górnictwa i energetyki. Założyciel i działacz podziemnych struktur uczelnianych NSZZ Solidarność. W trakcie obrad Okrągłego Stołu pełnił z ramienia „Solidarności” funkcję eksperta w zakresie górnictwa i ochrony środowiska. Obecnie członek Rady Głównej Business Centre Club oraz minister gospodarki Gospodarczego Gabinetu Cieni BCC.