Reklama
Udziały w Rafinerii Gdańskiej i aktywach Lotosu związanych z hurtem paliw obejmie Aramco. Planowane jest również zwiększenie dostaw ropy z Arabii Saudyjskiej. Docelowo mają zaspokajać niemal połowę zapotrzebowania Orlenu, obniżając znaczenie rosyjskich. Co to znaczy dla naszego bezpieczeństwa?
Ograniczenie zależności od Rosji to dobra wiadomość. Pytanie, jakim kosztem. Arabia Saudyjska jest największym eksporterem ropy, który dotąd był jednak w stosunkowo niewielkim stopniu obecny na rynku europejskim. Prym, z ok. 25-proc. udziałem, wiedli tu Rosjanie. Zmiana stanu rzeczy może oznaczać początek ostrej rywalizacji Moskwy z Rijadem. To, że jej główną areną będzie w najbliższym czasie Polska, niekoniecznie jest dobrą wiadomością dla naszego bezpieczeństwa. A to tylko jeden z możliwych scenariuszy.
Jakie są inne?
Formalnie Saudyjczycy są konkurentem rosyjskich koncernów. W praktyce ich relacje są wypadkową skomplikowanej mozaiki uwarunkowań w Zatoce Perskiej. Co za tym idzie, nie są stabilne ani jednoznaczne. Zresztą Rosjanie mają pewien, stosunkowo niewielki, pakiet udziałów w Aramco. Ważnym czynnikiem, który może wpływać na stosunki rosyjsko-saudyjskie, są też relacje Rijadu ze Stanami Zjednoczonymi, niewolne od napięć. Były prezydent Donald Trump zapowiedział olbrzymie kontrakty na uzbrojenie dla Saudyjczyków, w tym sprzęt kluczowy z punktu widzenia ochrony rafinerii przed atakami rebeliantów z Jemenu. Administracja Joego Bidena jest zdystansowana wobec tych zobowiązań. Pozycja Saudyjczyków jako solidnego, trwałego partnera USA nie jest tak oczywista, jak jeszcze niedawno. Mamy też rosnące aspiracje regionalne Chin. Nie da się wykluczyć, że w najbliższym czasie może dojść do przetasowań sojuszy na Bliskim Wschodzie. Ściągając Aramco do Polski, zapraszamy te napięcia na nasze terytorium.

Reklama
Z drugiej strony w naszym rejonie to nie Saudyjczycy stanowią największe zagrożenie.
Zgoda. I dywersyfikacja dostaw surowców to kierunek, który z punktu widzenia bezpieczeństwa z pewnością jest pożądany. Pytanie, czy musi mieć miejsce za cenę utraty kontroli nad strategicznie istotnymi aktywami Lotosu. I czy Saudyjczycy byli jedyną opcją na zrównoważenie wpływów Moskwy, czy też były lepsze. Rijad gra na innej szachownicy i w jego planach polityczno-biznesowych nie ma wiele przestrzeni na liczenie się z naszymi interesami. Istnieje też ryzyko, że w przypadku wzrostu napięć między Rijadem a Waszyngtonem Rijad może zdecydować się na jakiś ukłon w kierunku Rosji, tak jak to uczynili Turcy w kwestii alternatywy dla systemów rakietowych Patriot produkowanych przez USA. Wtedy może się okazać, że zamiast zyskać przeciwwagę wobec interesów Rosji, zwiększymy tylko jej wpływy.
Jeśli nasz kraj jest dla Saudyjczyków przyczółkiem do ekspansji na Europę, to nasze znaczenie strategiczne może wzrosnąć.
Na Zachodzie od lat toczy się debata o zagrożeniach związanych z ekspansją saudyjskiego kapitału. Pamiętajmy, że jest to, delikatnie mówiąc, specyficzne państwo, religijna autokracja, którego segmenty, przynajmniej do niedawna, były zaangażowane we wsparcie ruchów fundamentalistycznych zbliżonych do Państwa Islamskiego. Wejście takiego kraju ze wszystkimi jego aktywami na arenę UE jest perspektywą co najmniej kontrowersyjną. Zamiast zwiększenia przewidywalności, potrzebnej w obliczu roli Rosji w regionie, możemy sprowadzić sobie kolejny czynnik destabilizujący. To nie jest tak, że to decyzja biznesowa pozbawiona kosztów, a kapitał nie ma narodowości. Obecny obóz rządzący powinien wiedzieć o tym najlepiej.
Fakt, że do tej pory Saudyjczycy byli w niewielkim stopniu obecni na europejskim rynku energii, to wynik strategicznych wyborów Rijadu, by postawić na inne kierunki, czy mniej lub bardziej jawnej polityki UE, by powstrzymywać ekspansję tego kapitału?
Skłaniam się ku tej drugiej odpowiedzi. UE obawia się Saudyjczyków nie tylko ze względu na obawy o bezpieczeństwo wewnętrzne. To także kwestia równowagi sił na Bliskim Wschodzie. Rijad rywalizuje z innymi krajami Zatoki Perskiej. Są wśród nich stolice, które z punktu widzenia Europy są bardziej przewidywalnymi partnerami. Wzmacnianie Saudyjczyków nie jest w UE uznawane za pożądane.
Sceptycyzm Brukseli może się okazać na tyle silny, żeby zablokować umowę z Aramco?
Z moich obserwacji i rozmów wynika, że trzeba się liczyć z takim scenariuszem. Komisja Europejska może jeszcze wysadzić ten koncept w powietrze.
A co jeśli inwestycje w Polsce okażą się tylko saudyjskim eksperymentem? Prezes Daniel Obajtek podkreśla, że Orlen zarezerwował sobie prawo pierwokupu udziałów Aramco w Lotosie, gdyby koncern chciał je zbyć. Czy to wystarczające zabezpieczenie przed trafieniem aktywów w niepowołane ręce?
Mam wątpliwości. W przypadku transakcji tak znaczącej dla strategicznych interesów państwa warunki sprzedaży powinny być poddane ścisłej kontroli. Trudno, żeby ta dyskusja toczyła się publicznie, ale szczegóły kontraktu powinny być podane do wiadomości choćby sejmowej komisji ds. służb specjalnych. Zapewnienia prezesa Obajtka nie powinny być jedyną rękojmią. To, co wiemy o warunkach biznesowych zawartych umów, sugeruje, że Saudyjczycy przejęli aktywa Lotosu za cenę poniżej wartości rynkowej, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby za kilka lat sprzedali je ze znacznym zyskiem.
Jak wyglądała kontrola służb nad przedsięwzięciem?
Nic nie wskazuje na to, żeby służby miały realny wpływ na decyzję. Tak jak w innych przypadkach flagowych inwestycji, które stanowią priorytet dla polityków. Zasadniczo służby nie odgrywają u nas roli sprawczej, są raczej narzędziem uzasadniania już podjętych decyzji. Tak to działa od lat, pod rządami wszystkich ekip, z nielicznymi wyjątkami. Gdyby było inaczej, do zawarcia umów najprawdopodobniej by nie doszło, bo środowisko służb od lat było przeciwne sprzedaży Lotosu.
Przejmowane przez Saudyjczyków aktywa powinny znaleźć się pod szczególną opieką służb?
Oczywiście. Tyle że taki parasol to w praktyce konkretni ludzie i ich możliwości oddziaływania na instytucje. Nawet Pegasus nie pomoże, jeśli ze zdobywanych z jego wykorzystaniem informacji nikt nie zrobi użytku. Nadzór służb nad aktywami Lotosu nie zadziała, jeśli nie będzie wmontowany w szerszy, sprawnie działający system bezpieczeństwa państwa. A tego wciąż nie mamy. Należałoby zacząć od zbudowania solidnego, sprawnie funkcjonującego systemu zarządzania specsłużbami i włączenia ich do decyzji w sprawach istotnych dla bezpieczeństwa państwa. ©℗
Rozmawiał Marceli Sommer