Według danych Indeksu Cen Stali Polskiej Unii Dystrybutorów Stali średnie wzrosty cen blach osiągnęły pułap powyżej 100 proc. rok do roku, a wyrobów długich ponad 40 proc. To sprawia, że spółki stalowe notowane na warszawskim parkiecie dziś święcą triumfy. Ich akcje podrożały w stosunku do końcówki kwietnia nawet o 20–30 proc.
– W ramach odbudowy światowej gospodarki można oczekiwać dużego zapotrzebowania na surowce, a to determinuje wzrost cen i zainteresowanie inwestorów. Niektóre firmy przyznają, że mają już kontrahentów do października. Na razie nie widać podstaw do tego, by koniunktura miała się lada chwila zmienić, choć wiele zależy od sytuacji międzynarodowej – przyznaje Sobiesław Kozłowski, dyrektor departamentu analiz i doradztwa w Noble Securities.
Reklama
Wzrost cen jest pierwszą od dawna dobrą wiadomością dla branży, choć jej przedstawiciele podchodzą do niej z ostrożnym optymizmem. – Wraz ze wzrostem cen stali na całym świecie i kosztów frachtu, import do Europy stał się nieopłacalny. Klienci muszą zatem polegać głównie na dostawach z europejskich hut, a te, mimo dużego obłożenia, nie są skore do uruchamiania wygasłych pieców, bo jest to proces długotrwały, ekonomicznie ryzykowny i kosztowny. Na to nałożyły się wzrosty cen złomu, rudy oraz praw do emisji, które skutecznie odstraszają huty od uruchamianiem kolejnych mocy. W efekcie stali płaskiej na rynku jest bardzo mało, huty regularnie podnoszą ceny na dostawy odległe o kilka miesięcy, a dystrybutorom, którzy są ogniwem łączącym ich z odbiorcą końcowym, coraz trudniej wyjaśniać klientom kolejne podwyżki – tłumaczy Iwona Dybał, prezes zarządu Polskiej Unii Dystrybutorów Stali.
Eksperci przypominają też, że skok cen jest pochodną sytuacji w Azji, która szybko może się zmienić. – To pierwszy dobry moment po dwóch ostatnich latach. I spowodowany tym, że Chiny przestały przyznawać premie za eksport stali swoim firmom, uznając, że mają na tyle dobry rynek wewnętrzny, że już nie muszą tego robić. Mało tego, robią to, co zaczyna być dla nas groźne. Zaczynają zachęcać do importu złomu, a ten dotychczas był domeną Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Niewykluczone, że dla firm z naszego kontynentu będzie go brakować – ocenia Stefan Dzienniak, prezes Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej (HIPH).
Tym samym wzrost cen w Europie pokazuje zależność od wydarzeń na Dalekim Wschodzie. – Gdy Chiny przestają kupować rudę żelaza, ta natychmiast tanieje. Gdy zaczynają – drożeje. A dystrybutorzy nie wiedzą, czy jak zamówią dziś towar, to za cztery tygodnie sprzedadzą go po takiej samej cenie. Ci, którym udało się w ubiegłych dwóch latach znaleźć długoterminowego odbiorcę za dobrą wówczas cenę, dziś mogą mieć kłopoty – dodaje prezes HIPH.
Chińczycy na razie przede wszystkim kupują, w związku z tym ceny rudy żelaza w poniedziałek na chińskiej i singapurskiej giełdzie poszły w górę o ok. 10 proc. Według danych Chińskiego Stowarzyszenia Żelaza i Stali ceny zdecydowało się podnieść ok. 100 tamtejszych producentów.
Oprócz z chińskich planów inwestycji, rosnące ceny wynikają też z napięć na linii Chiny – Australia. Ta druga jest jednym z głównych dostawców rudy. W ubiegłym tygodniu Pekin wstrzymał bezterminowo strategiczny dialog gospodarczy z Canberrą. To dalsza eskalacja napięć pomiędzy oboma państwami po zastrzeżeniach Australii co do genezy COVID-19 i sporu dotyczącego objęcia kontynentu inicjatywą nowego jedwabnego szlaku.
Rosnące ceny komponentów przekładają się na wzrost kosztów u odbiorców. W Polsce narzekają na nie przede wszystkim producenci AGD i branża budowlana. – Rekordowa dynamika cen stali będzie miała negatywny wpływ na marże firm wykonawczych. Realizacja wszystkich inwestycji budowlanych będzie droższa, ponieważ firmy uwzględniają drożejące materiały w swoich wycenach ofertowych, co widzimy np. po rosnących wskaźnikach produkcji budowlano-montażowej. Na wzrost cen stali reagują także deweloperzy, którzy będą chcieli wykorzystać rozgrzany rynek mieszkaniowy do przerzucenia rosnących kosztów wykonawstwa na nabywców nowych lokali bez uszczerbku dla swoich marż – tłumaczy dr Damian Kaźmierczak, główny ekonomista Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.