Generał Jaruzelski ojcem polskiego kapitalizmu? To brzmi dziwnie. I nikomu z tą – historycznie prawdziwą – opowieścią nie jest po drodze. Wolnorynkowcy wolą wskazywać na ministra przemysłu Mieczysława Wilczka. Partyjnego, ale jednak przedsiębiorcę, który tak świetnie lawirował w realiach realnego socjalizmu, że dorobił się imperium przetwórczego. Oraz willi z basenem i kortem tenisowym, a także wianuszka adoratorów z kręgów artystycznych i politycznych. Liberalna inteligencja w roli praojca polskiego kapitalizmu najchętniej obsadza ostatniego premiera PRL Mieczysława F. Rakowskiego, w którym dostrzega reformatora i przeciwnika partyjnego betonu. Ale woli już nie dostrzegać jego umiejętności płynięcia na każdej kolejnej fali (protegowany Gomułki, sojusznik Gierka, zausznik Jaruzelskiego). Umiejętności godnej miana PZPR-owskiego Eugeniusza de Rastignaca – jak z przekąsem określił kiedyś MFR historyk Paweł Wieczorkiewicz.

Ale najchętniej moment narodzin rodzimego kapitalizmu przesuwa się o kilka lat do przodu. Do czasów rządu Tadeusza Mazowieckiego, w którym głównym strategiem przechodzenia od socjalizmu do wolnego rynku był Leszek Balcerowicz. Taki obraz polskiego kapitalizmu i wolności politycznej, będących dwoma stronami tej samej monety, jest dużo bezpieczniejszy. Bo pozwala pozostawić w mrokach lat 80. niedemokratyczne korzenie wolnego rynku w Polsce. Który został najpierw zadekretowany w sposób autorytarny, a potem puszczony na żywioł bez liczenia się ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami tego procesu. Takimi jak długotrwała recesja, inflacja, afery gospodarcze czy uwłaszczenie nomenklatury.

I tak powstała sytuacja, z którą zderzamy się zawsze, próbując rozmawiać o początkach polskiej transformacji. Ojców sukcesu jest wielu. Do porażek nie przyznaje się już nikt.

Rząd Zbigniewa Messnera (1985–1988) jedynie zainicjował dyskusję o przechodzeniu w kierunku rynkowych instytucji. I jeśli wierzyć temu, co mówili potem jego prominentni członkowie – choćby główny strateg ekonomiczny, wicepremier Zdzisław Sadowski – przyświecała im raczej idea stopniowych kontrolowanych reform. A nie skoku w rynek, na który zdecydowali się następcy. Ten skok został wykonany przez gabinet Rakowskiego, w którym pierwsze skrzypce grali partyjni liberałowie, tacy jak Wilczek oraz Ireneusz Sekuła. Ten gabinet – do dziś wspominany przez najbardziej radykalnych prorynkowców jako jedyny prawdziwie liberalny w całej polskiej historii rządził jednak dość krótko, bo ledwie niecały rok: od października 1988 r. do sierpnia 1989 r.

Tak naprawdę zdążył tylko uchwalić wiele rewolucyjnych ustaw: pakiet Wilczka (o działalności gospodarczej i o działalności gospodarczej z udziałem podmiotów zagranicznych) oraz pakiet Sekuły (np. nowe prawo bankowe), ale problemy z ich realizacją pozostawił już w spadku następcom. Efekt był taki, że rynek wprowadzał się w Polsce sam. Tak przynajmniej uważa główny doradca Tadeusza Mazowieckiego Waldemar Kuczyński. Jaka była w takim razie rola rządu, którego był częścią? Wychodzi na to, że skromna. Bo polegająca na „dostarczeniu oprzyrządowania dla tego rodzącego się spontanicznie systemu”. Czyli reagowanie na wydarzenia, a nie ich kreowanie. Z planem Balcerowicza z grudnia 1989 r. jako głównym wykwitem tej dynamiki.

Tylko dwaj durnie

Taki obraz jest bardzo na rękę wszystkim uczestnikom tamtego procesu, z których każdy może powiedzieć: „Popatrzcie na nasze sukcesy, a co złego to... nie my”. Tymczasem czasy, o których mówimy, to przecież okres, w którym Polska miała ciągłość władzy. Być może nawet najbardziej skoncentrowanej w całej swojej powojennej historii. Przez całą niemal dekadę skupiała się ona w jednym ręku. Właśnie gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Jedynego pierwszego sekretarza KC PZPR, który był równocześnie premierem rządu, szefem WRON (czyli faktycznej junty sprawującej dyktatorską władzę w czasie stanu wojennego), a potem przewodniczącym Rady Państwa i prezydentem. I jako taki ponosi polityczną odpowiedzialność za kształt polskiego przechodzenia na kapitalizm. Od reform Messnera po plan Balcerowicza. Ze wszystkimi pozytywnymi i negatywnymi skutkami tego procesu.

Oczywiście, że Jaruzelski nie był tych wszystkich zmian głównym inicjatorem. – Na gospodarce się nie znał. I tego nie ukrywał. W archiwach nie natknąłem się na zbyt wiele dokumentów zdradzających jego poglądy na gospodarkę. A jeśli nawet czasem wygłaszał na ten temat referaty, to zawsze było widać, że pisał je któryś z doradców – uważa Jerzy Eisler, wicedyrektor Instytutu Pamięci Narodowej i autor wydanego niedawno portretu pierwszych sekretarzy KC PZPR „Siedmiu wspaniałych”. Pod tym względem nie przypominał ani próbującego wszystkim ręcznie sterować Gomułki, ani myślącego w sposób bardziej strategiczny Gierka. Ale nie jest też tak, że Jaruzelski nie miał pojęcia, co się w gospodarce dzieje. – Wiem, że monitorował nasze plany drugiego etapu reformy gospodarczej. Często wnikał w szczegóły i zadawał pytania – wspomina Zdzisław Sadowski, ekonomista i wicepremier rządu Messnera w latach 1987–1988.

Podobne wrażenie odniósł Andrzej Sadowski, wiceprezydent prorynkowego Centrum im. Adama Smitha, pod koniec lat 80. czołowy działacz Akcji Gospodarczej, która skupiała w sobie przedstawicieli opozycji demokratycznej o najbardziej liberalnych poglądach ekonomicznych. – Byłem członkiem delegacji, która została przyjęta przez Jaruzelskiego w Belwederze w lipcu 1989 r. Od strony merytorycznej spotkanie prowadził Władysław Baka (ekonomista, prezes NBP i członek Biura Politycznego PZPR – red.), ale Jaruzelski zdecydowanie sprawiał wrażenie człowieka zainteresowanego kwestiami gospodarczymi – wspomina.

Ale nawet gdyby założyć, że przywódca państwa jest kompletnym ignorantem gospodarczym, to i tak nie zwalnia go to z odpowiedzialności za podejmowanie ostatecznych decyzji. Generał Charles de Gaulle był (jak Jaruzelski) wojskowym, ale nie przeszkodziło mu to realizować dalekosiężnej i dość spójnej koncepcji etatystycznej polityki gospodarczej, która stała się punktem odniesienia dla następnych generacji francuskich decydentów. Ronald Reagan też nie był ekonomistą, a stał się konsekwentnym wykonawcą rewolucji podażowej, nazwanej z czasem reaganomiką. W pewnym sensie Jaruzelskiemu było nawet dużo łatwiej sformułować wizję polityki ekonomicznej. Głównie z powodu specyfiki systemu politycznego PRL. – Jeśli się popatrzy na tematykę poruszaną na spotkaniach najwyższych władz komunistycznych, gospodarka zdecydowanie tam dominuje. Oznacza to, że w praktyce bez wiedzy i zgody I sekretarza nie działo się na tym polu nic – dodaje Jerzy Eisler. Tym bardziej tak radykalne reformy, jak choćby ustawy Wilczka. Dobrze obrazuje to następująca anegdota. Kiedy Rakowski powołał Wilczka do rządu, Jaruzelski zapytał: „A zwróciłeś uwagę, że on całe życie był dyrektorem?”. Rakowski na to: „Powiedział, że to dlatego, żeby mieć nad sobą jak najmniej durniów”. Co Jaruzelski (w wąskim gronie skory ponoć do autoironii) miał spuentować: „To teraz będzie miał tylko dwóch”. Pośrednio dowodząc tym zdaniem, że to on jest dowódcą również na polu gospodarki. Może i słabo zorientowanym, ale jednak dowódcą.

Tu dochodzimy do pytania o wizję polityki ekonomicznej najważniejszego człowieka polskiej polityki lat 80. Czy miał w ogóle wizję? Niewiele wskazuje na to, że tak. Obserwując jego kolejne posunięcia, wydaje się, że jego planem było jedynie przywrócenie spokoju w ogarniętym ostrym konfliktem wewnętrznym kraju. A co potem? Takiego namysłu u generała nie widać. Problem tylko w tym, że u wszechpotężnego decydenta brak wizji też jest... wizją. Jeżeli decyzje podjęte w ten sposób wypalą, przywódca jest chwalony za pragmatyzm. Gdy się nie udają, można je zupełnie słusznie nazwać naiwnością i łatwowiernością. I w jednym, i w drugim przypadku decydent bez wizji skazany jest na przejęcie wizji stworzonej przez kogoś innego.

Ten paradoks znany ze wszystkich podręczników zarządzania najlepiej oddaje nastawienie Jaruzelskiego (i Rakowskiego zresztą też) do reform gospodarczych lat 80. I tłumaczy, jak to możliwe, że zdeklarowany komunista jak po sznurku poprowadził Polskę w wolny rynek. I to nie jakiś tam rynek oswojony na modłę zachodnich socjaldemokratów. Lecz rynek dziki i nieokiełznany. I w pewnym sensie również bardzo anachroniczny. Bardziej pasujący do wieku XIX niż końcówki XX. W tym sensie na polskim przykładzie doskonale potwierdziły się przewidywania uczennicy Keynesa, brytyjskiej ekonomistki z Cambridge Joan Robinson, która stwierdziła, że realny socjalizm (wbrew przewidywaniom Marksa) nigdy nie stał się następcą kapitalizmu. Lecz raczej substytutem jego wczesnej, bardzo wolnorynkowej fazy.

Nomenklatura nie lubi ograniczeń

Skoro Jaruzelski nie miał wizji reform gospodarczych, to jakim sposobem zaprowadził w Polsce kapitalizm? Dobrze ten proces opisuje historyk Antoni Dudek, autor wydanej kilka lat temu książki „Reglamentowana rewolucja. Rozkład dyktatury komunistycznej w Polsce 1988–1990”. Według Dudka w latach 80. do gry weszło nowe pokolenie komunistycznych aparatczyków (m.in. Aleksander Kwaśniewski czy Ireneusz Sekuła), dla których socjalizm był już tylko pustym sloganem. Ich pojawienie się nie było specjalnym zaskoczeniem, bo o nadejściu tej nowej klasy już w latach 50. pisał jugosłowiański dysydent Milovan Dżilas. W Polsce zjawisko najlepiej określa pojęcie nomenklatury. Tworzyli ją kierownicy przedsiębiorstw państwowych, czyli odpowiednicy dzisiejszych menedżerów. To oni kryli się za państwem jako symbolicznym właścicielem przedsiębiorstw państwowych. Do tego dochodzili dygnitarze partyjni i kasta wyższych urzędników. Przedstawiciele tych trzech grup wymieniali się na najważniejszych stanowiskach w państwie i gospodarce. Tworząc zjawisko nazwane potem „karuzelą stanowisk”, które działało wedle zasady: jak już raz na nią wsiadłeś, masz dobrą robotę do końca życia. Jednego dnia ktoś był dyrektorem spółdzielni, potem redaktorem naczelnym ważnej gazety, później sekretarzem w województwie.

Tym ludziom – jak to elicie każdego ustroju – wiodło się świetnie. Ale i do nich w latach 80. dotarło, że dotychczasowy system polityczny jest nie do utrzymania. Zwłaszcza w warunkach ostrego kryzysu gospodarczego, który uderzył w Polskę w pierwszej połowie lat 80. W takiej sytuacji wewnątrz PRL-owskich elit zaczęły zachodzić stopniowe przemiany. Historyk Henryk Słabek wyjaśnia to w sposób następujący: „Dla ludzi nomenklatury gospodarczej – a w mniejszym stopniu również urzędniczej i politycznej – istniejący ustrój z biegiem czasu stawał się gorsetem. Tym bardziej uwierającym, im wyższe się miało dochody. Do zmian zachęcała ich nadzieja zapewnienia przyszłości własnej i rodziny poprzez uniezależnienie się od władz politycznych. Które karierę partyjną mogły w każdej chwili przekreślić. W ich interesie było więc zdobycie odpowiedniej ilości majątku”.

Zdaniem Słabka czy Dudka to właśnie ta nomenklatura stała się pomysłodawcą radykalnej zmiany systemowej i zaprowadzenia w Polsce kapitalizmu. Zaczęli rozważać, jak w sposób skoordynowany dokooptować do swojego kręgu część opozycji. Byli więc gotowi na daleko idące zmiany w polityce gospodarczej, idące oczywiście w kierunku gospodarczego liberalizmu. Który najskuteczniej chroni zakumulowany majątek. Początkowo marzyli o modelu chińskim, czyli wprowadzeniu elementów kapitalizmu przy zachowaniu autorytarnego porządku politycznego. Zdzisław Sadowski – wicepremier w rządzie Messnera – wspomina, że był to sposób myślenia bliski Jaruzelskiemu. – Mam wrażenie, że w czasie naszej współpracy (lata 1987–1988 – red.) przyświecało mu przekonanie, że z pomocą reform ekonomicznych jest szansa na rozwiązanie konfliktu politycznego w Polsce. Bez konieczności dzielenia się władzą z „Solidarnością”. To nas różniło – mówi Sadowski.

Delikatne reformy Messnera nie przyniosły jednak spodziewanego odprężenia politycznego. Wtedy więc młodzi PZPR-owscy liberałowie – przeczuwając, że pozycja partii słabnie – zdecydowali się na skok w rynek. Mieli szczęście, bo trafili na wyjątkowo miękkich i pozbawionych dalekosiężnej wizji politycznej szefów. Czyli hamletyzującego intelektualistę Rakowskiego. I Jaruzelskiego. Efektem tego skoku były właśnie reformy Wilczka, które według dominującej narracji doprowadziły do eksplozji polskiej przedsiębiorczości (w krótkim czasie zarejestrowano 3 mln prywatnych podmiotów gospodarczych), a także uwolnienia ze smyczy gospodarki nakazowo-rozdzielczej tłamszonej dotąd energii i pomysłowości Polaków.

Ale była również druga, ciemniejsza strona tego samego medalu. Choćby uwłaszczenie nomenklatury. Jak to działało? Dobrze opisuje ten proces socjolog z poznańskiego Uniwersytetu Adama Mickiewicza Jacek Tittenbrun, autor kilkutomowej historii polskiej prywatyzacji. Schemat był – jego zdaniem – dość prosty. Dyrektor przedsiębiorstwa państwowego tworzył spółkę, w której sam siebie obsadzał w roli prezesa. Ewentualnie czasem dobierał kogoś z rodziny lub znajomego sekretarza. Wszystko zgodnie z prawem i za przyzwoleniem władz, które liczyły, że uda im się w ten sposób rozruszać zmęczoną gospodarkę. Tylko że to było założenie albo naiwne, albo pełne złej woli. Bo rzeczywistość była taka, że dyrektor przedsiębiorstwa i prezes prywatnej spółki w jednej osobie sam ze sobą prowadził interesy. I nietrudno odgadnąć, że te interesy większość prowadziła tak, by dobrze wyszła na nich ta prywatna spółka, a nie zakład państwowy.

Nomenklatura chętnie parała się handlem. Nieprzypadkowo. Bo to na tym polu istniały największe możliwości osiągania odpowiedniej marży, choćby poprzez windowanie cen. Na przykład spółka dostarczała przedsiębiorstwu państwowemu towary po wielokrotnie zawyżonych kosztach, a zysk trafiał do kieszeni nomenklaturowego prezesa. Często dochodziło też do przejmowania środków produkcji przedsiębiorstw. Maszyny czy ziemia transferowane były po znacznie zaniżonych kosztach, czemu dodatkowo sprzyjała wysoka inflacja. To wszystko były metody nieraz bardzo prymitywne, ale pozwalające dorobić się najbardziej obrotnym znacznych majątków. Według Tittenbruna tylko od stycznia do września 1989 r. powstało 12,6 tys. nomenklaturowych spółek. Jaruzelski – wówczas wciąż jeszcze głowa polskiego państwa – w tej sprawie jednak milczał. Mimo że ostrzeżenia tu i ówdzie się pojawiały. Na przykład lansowana przez profesorów Huberta Izdebskiego i Henryka Szlajfera ustawa antyuwłaszczeniowa ostrzegająca, że tolerowanie „skoku na kasę” może uniemożliwić powstanie zdrowego wolnego rynku i rozmyć w społeczeństwie poparcie dla zdrowej wielosektorowej gospodarki. Może nie mógł, może nie chciał. Ale na pewno tego nie zrobił.

Kieszonkowy Pinochet

Jest jeszcze jeden zarzut, który można postawić Wojciechowi Jaruzelskiemu w kontekście zadekretowania przez niego w Polsce kapitalizmu. Tym zarzutem jest wprowadzenie stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. Czołowy działacz opozycji demokratycznej Karol Modzelewski uważa, że decydując się na siłowe rozpędzenie „Solidarności”, Jaruzelski zamordował kiełkujące w Polsce pierwsze ożywcze pędy demokratycznego samostanowienia. Gdy „Solidarność” została pod koniec lat 80. na powrót zalegalizowana, nie był już to ten sam ruch. „Nie o to nawet chodzi, że 80 proc. dawnych członków związku nie powróciło już w jego szeregi. Chodzi przede wszystkim o to, że ten przemożny duch samostanowienia został w grudniu 1981 po prostu złamany zbrojną przemocą. I już nie powrócił” – pisze Modzelewski w książce „Zajeździmy kobyłę historii”. Podobnego zdania był inny doradca „Solidarności” Tadeusz Kowalik. „Osiem lat nielegalnej działalności wycisnęło na »S.« silne piętno. Przede wszystkim ruch masowy przekształcił się w organizację kadrową, w której demokrację wymieniono na kooptację i nominację. Decyzję podejmowano jednoosobowo lub w wąskim gronie w sposób arbitralny” – pisał ekonomista. Jakie były tego konsekwencje? Według Modzelewskiego i Kowalika to złamanie kręgosłupa „S” było wykręceniem bezpieczników z systemu. Sprawiło, że potężny na pozór związek zawodowy nie zablokował przeprowadzenia w Polsce terapii szokowej. Bardzo prymitywnej i antyspołecznej formy gospodarki wolnorynkowej. Która de facto zalegalizowała model kapitalizmu wymyślony i narzucony w sposób całkowicie niedemokratyczny przez komunistów w latach 1987–1989.

W tym sensie gen. Jaruzelski jest jednak polskim odpowiednikiem chilijskiego dyktatora Augusta Pinocheta (to porównanie było w latach 80. bardzo popularne). Wojskowego, który w sposób antydemokratyczny utorował drogę do przemian wolnorynkowych. Za to zresztą Jaruzelski do dziś cieszy się dobrą opinią najbardziej radykalnych ultraliberałów gospodarczych, takich jak choćby Janusz Korwin-Mikke, który na swoim blogu napisał, że „domaga się dla Jaruzelskiego pogrzebu z honorami”. Nawet tutaj dodać jednak należy pewne zastrzeżenie. Nawet jeśli uznać Jaruzelskiego za polskiego Pinocheta, to będzie on Pinochetem jedynie kieszonkowym. Bo Chilijczyk arcyliberalne reformy przeprowadził w sposób kontrolowany. Jaruzelski z kolei nad zainicjowanym przez swoich podwładnym procesem urynkowienia gospodarki w ogóle nie panował. Czego efektem były patologie polskiego skoku w rynek.

Polska transformacja od realnego socjalizmu do kapitalizmu była nieuchronna. I dobrze, że nastąpiła. Czy jednak mogła przebiec inaczej? Jest w Polsce wielu zwolenników tezy, że mieliśmy do czynienia ze scenariuszem najlepszym z możliwych. Ich pewnie przedstawione tu rozważania nie przekonają. Pozostałych chciałbym jednak pozostawić sam na sam z inspirującą zagadką myślową. Że może jednak polskie przemiany ekonomiczne mogły być lepsze, bardziej sprawiedliwe i mniej chaotyczne. Gdyby wówczas w latach 80. gen. Wojciech Jaruzelski lepiej odnalazł się w roli faktycznie najpotężniejszego człowieka w polskiej polityce.