Nie da się tego wytłumaczyć kryzysem, przecież w Niemczech gospodarka przyhamowała jeszcze bardziej niż u nas. To my byliśmy w końcu zieloną wyspą i udało nam się nie wpaść w recesję, a jedynie zwolnić. Nie da się też wyjaśnić tego tym, że przy rosnącej u nas skali bezrobocia (choć ostatnio nieco spadło) nasi pracodawcy po prostu korzystają z okazji, żeby ścinać pensje, a nie podnosić. Bo to nie jest powód główny. Raczej skutek niż przyczyna.

Do przyczyn dojdziemy, przyglądając się statystyce. Z danych Eurostatu wynika, że w 2008 r., a więc tuż przed wybuchem kryzysu, w Polsce PKB na osobę wynosił 9,5 tys. euro rocznie. Przez kolejne trzy kryzysowe lata ten wskaźnik wzrósł zaledwie o 1,1 proc. i w 2011 r. wynosił 9,6 tys. euro. Wiadomo, kryzys. Tylko że ten sam kryzys dotknął również naszych sąsiadów. Jednak podczas gdy w 2008 r. niemiecki PKB na głowę wynosił 30,1 tys. euro, to po trzech latach wzrósł do 31,7 tys., czyli o 5,3 proc. więcej. Dalsze wyliczenia Fundacji „Pomyśl o przyszłości”, założonej przez Ryszarda Florka, szefa globalnej firmy Fakro (drugi na świecie producent okien dachowych) są nie mniej ciekawe. Wynika z nich, że w tym samym czasie dochód narodowy na osobę w Szwecji wzrósł z 36,1 tys. euro do 41,1 tys. (a więc aż o 13,9 proc.), a w Szwajcarii z sumy 46,4 tys. euro do 60,5 tys. (czyli o ponad 30 proc. ).Wyraźnie z tego widać, że kryzysem da się wytłumaczyć niewiele albo nic. Dlaczego jedne kraje dotyka on bardziej, a inne są w stanie mu się oprzeć?

Żeby spróbować odpowiedzieć na to pytanie, warto pobuszować po statystyce. W naszym kraju żyje 38 mln obywateli, ale pracuje tylko 16 mln. Oczywiście, trzeba odjąć dzieci i emerytów. Warto jednak zauważyć, że w Polsce ciągle aktywność zawodowa kończy się wcześniej niż w Niemczech, nie mówiąc o Szwecji. W każdym razie na bogactwo kraju znaczny wpływ ma to, jaka część społeczeństwa je wypracowuje. W Niemczech robi to połowa z 80 mln obywateli, u nas – nieco ponad 40 proc. Po wydłużeniu u nas wieku emerytalnego i – wcześniej – likwidacji większości uprawnień do wcześniejszych emerytur, ta różnica wydaje się łatwa do nadrobienia.

Ale z innymi będzie znacznie gorzej. Cieszymy się, że w Polsce rośnie szybko eksport. Kiedy nie wygląda się poza własne opłotki, można wręcz pęknąć z dumy. Udział naszego kraju w wymianie międzynarodowej w 1989 r., a więc na progu transformacji, wynosił zaledwie 0,35 proc. Obecnie – już 1,5 proc. Corocznie poziom wywozu podnosi się szybciej niż poziom PKB, jest się z czego cieszyć. Można nawet powiedzieć, że gonimy świat stosunkowo szybko. Duma i entuzjazm jednak znikają, gdy spojrzymy na innych. Najlepiej na kraje, którym poziomu życia zazdrościmy.

Otóż wszędzie tam, gdzie zarobki są wysokie, daje się zaobserwować tę samą prawidłowość. Przeciętny, statystyczny mieszkaniec krajów bogatych więcej eksportuje, niż importuje. W przypadku statystycznego Niemca to saldo (czyli różnica między eksportem a importem na głowę mieszkańca) wynosi około 1700 euro. Szwajcar więcej wysyła za granicę – na sumę aż 5,7 tys. euro, Szwed – ponad 2,2 tys. euro. Z Norwegami nie jesteśmy w stanie się porównywać, mają ropę. Dlatego przewaga eksportowa statystycznego Norwega wynosi aż 8 tys. euro. Polak w tej konkurencji nie istnieje. Z tej prostej przyczyny, że nasz eksport jest mniejszy od importu. Więcej towarów kupujemy z zagranicy, niż sprzedajemy. To na szczęście nieduża różnica, rzędu kilkudziesięciu euro rocznie, ale jednak. W przypadku Greków to ujemne saldo zbliża się aż do 2 tys. euro. I to mimo klimatu, który corocznie ściąga do tego kraju miliony turystów.

Wykonaliśmy wielki wysiłek, aby bardziej się liczyć w wymianie międzynarodowej. Mamy widoczne efekty. Jako producenci i eksporterzy nie doganiamy jednak samych siebie jako konsumentów. Sumy, jakie na wymianie zarabiają polscy eksporterzy, pozostają mniejsze od tych, które wydamy na zakup zagranicznych towarów, surowców i maszyn. Dopóki tego trendu nie uda nam się odwrócić, nasze zarobki nie dogonią ich zarobków, chociaż cenom się to udaje.