Nowe technologie i internet to jedyne spektakularnie rozwijające się branże w świecie trwającego już piąty rok kryzysu. Czy ich sukces jest wart zapaści innych rynków?
Do stworzenia i wyprodukowania samochodu trzeba było wielokrotnie więcej pracowników niż do wymyślenia Facebooka. Czyli rewolucja przemysłowa miała rzeczywisty wpływ na świat, bo dała pracę i lepsze życie milionom ludzi, zaś rewolucja cyfrowa jest korzystna tylko dla wąskiej grupy specjalistów. To główna myśl krytyków e-gospodarki. Owszem – populistyczna, jednak niepozbawiona racji. Wystarczy przyjrzeć się temu, co dzieje się od kilku lat.
Sieć wypożyczalni filmów Blockbuster dziesięć lat temu była potęgą: liczyła ponad 9 tys. punktów w USA i Wielkiej Brytanii i miała tak wielki wpływ, że to specjalnie dla niej produkowano wiele obrazów. Od stycznia jest w zarządzie komisarycznym. Kilka tygodni wcześniej upadłość ogłosiły: brytyjska sieć muzyczna HMV (powstała 105 lat temu) oraz sklepy fotograficzne Jessops. Pracę straciło 2,5 tys. osób. Kolejne 3 tys. stały się bezrobotnymi po plajcie sklepów z elektroniką Comet.