Eksperci widzą problem głównie w organizacji. – Mamy za dużo struktur odpowiedzialnych za jakość żywności, których kompetencje się krzyżują – mówi prof. Ewa Rembiałkowska ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

Za nadzór odpowiada pięć niezależnych służb: Państwowa Inspekcja Sanitarna, Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa, Inspekcja Weterynaryjna, Inspekcja Handlowa oraz Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych. PIS i IW są odpowiedzialne za jakość zdrowotną, czyli za to, czy żywność nie szkodzi. IW, PIS, IH i IJHARS odpowiadają za jakość handlową, czyli – potocznie mówiąc – za „zawartość masła w maśle”. Jednak problemem jest to, że ich kompetencje się nakładają, przez co pieniądze nie są wydawane w efektywny sposób. Lepszym rozwiązaniem byłoby zatem stworzenie jednej inspekcji z odrębnym budżetem.

Zdaniem głównego lekarza weterynarii Janusza Związka podstawową korzyścią z takiego zunifikowanego nadzoru byłaby kompleksowa kontrola całego procesu powstawania żywności. – Wzorcowy nadzór nad bezpieczeństwem zaczyna się od upraw na polu, to jest od momentu wrzucenia ziarna w glebę, a kończy na finalnym produkcie. Większość prac powinien wykonywać lekarz weterynarii, bo on ma wiedzę z zakresu żywienia i zdrowia zwierząt, paszoznawstwa, stosowania leków, badania mięsa zwierząt rzeźnych, zagrożeń mikrobiologicznych i chemicznych w żywności. Wreszcie – potrafi odróżnić koninę od innych typów mięs – mówi Związek, chociaż zaznacza, że w przypadku mięsa rozdrobnionego lub mielonego zmiana barwy i konsystencji faktycznie może powodować pomyłki.

Nadzór powinien być instytucją niezależną, a jego władze powinny mieć możliwość swobodnego działania w zakresie swoich kompetencji. Jako przykład mało skutecznych czynności Związek podaje grypę ptaków z końca 2007 r. Po tym, jak zabrakło pieniędzy w jednym województwie, Główna Inspekcja Weterynaryjna w sprawie przesunięcia pieniędzy musiała się zwracać do ministra rolnictwa, ten do ministra finansów, a ten dopiero do odpowiedniego wojewody.

Zarządzanie większymi środkami budżetowymi przez jedną instytucję umożliwiłoby także łatwiejsze zarządzanie sytuacjami kryzysowymi, takimi jak obecna afera z koniną. W jej przypadku niektóre inspektoraty z powodu braków kadrowych ograniczyły wykonywanie pewnych działań, aby skupić się na pobieraniu i badaniu próbek DNA w poszukiwaniu koniny.

Jeden nadzór byłby tańszy od pięciu osobnych instytucji. Mógłby również zaoferować pracownikom wyższe wynagrodzenia. Pomogłoby to w ograniczeniu problemu „obrotowych drzwi”, czyli młodych inspektorów uciekających z sektora publicznego do prywatnego. A konsumenci otrzymywaliby jasny sygnał o zagrożeniach od jednej instytucji.

Dziś produkcję żywności nadzoruje pięć niezależnych służb