Ceny usług sieci telefonicznych niby spadają, ale często płacimy za nie więcej. To dlatego, że operatorzy wprowadzają opłaty za usługi, które były darmowe. Muszą sobie odbić za promocje.

Sieci komórkowe ruszyły na wielki połów. Mają do dyspozycji dwa haczyki: tradycyjnie na początku roku, ten w postaci przecenionych smartfonów, które w wybranych ofertach można dostać za symboliczną złotówkę. Oraz całkiem nowy: prawo telekomunikacyjne nakazujące przenieść numer do innego operatora w ciągu jednej doby. Cele też są dwa. Pierwszy to złowienie klientów, co w obecnej sytuacji na rynku oznacza odebranie go konkurentom. Drugi – nakłonienie abonenta, żeby zapłacił za usługi jak najwięcej. I choć oglądając reklamy, mamy przekonanie, że oferty są coraz korzystniejsze, podpisując nową umowę, godzimy się zwykle na wyższy rachunek, żeby mieć lepszy smartfon, więcej minut na rozmowy czy większy limit transferu danych.

Tanie telefony rzucił na rynek Orange, obniżając do złotówki cenę m.in. Samsunga Galaxy SII z 849 zł w abonamencie za 79 zł czy Sony Xperii J do 49 zł z 249 zł w abonamencie za 50 zł. Także do złotówki ceny Nokii Lumii 800 ściął Plus. T-Mobile i Play poszły dalej – próbują wyrwać konkurencji klientów, kusząc ich podpisaniem 18-miesięcznej umowy z korzyściami takimi samymi jak przy tej na 24 miesiące. W Playu można to zrobić nawet na pół roku przed wygaśnięciem starej umowy u konkurenta. Klient będzie więc mógł wcześniej tanio wymienić aparat na nowy i zmienić warunki kontraktu, ale dodatkowo zapłaci za internet. W taryfie za ok. 60 zł w T-Mobile dostanie bowiem 250 MB, ale by dokupić więcej – np. 1 GB – trzeba już dopłacić 10 zł. W Playu na podobny pakiet danych internetowych trzeba wydać (w zależności od abonamentu) 10–20 zł.