Z dużej chmury mały deszcz, czyli niepełny produkt wypuszczony pod presją inwestorów. Tak podsumować można to, jak rynek przyjął Graph Search, najnowszą wyszukiwarkę społecznościowego giganta, którą założyciel Facebooka Mark Zuckeberg pokazał światu przed kilkoma dniami. Coraz więcej wskazuje na to, że rację miał Paul Deninger, jeden z dyrektorów zarządzających firmy doradczej Evercore Partners. Już w ubiegłym roku stwierdził, że Facebook to syf.

Napięcie rosło, spekulacji nie brakowało. Wróciły plotki o facebookowym telefonie, choć „Zuck” je dementował. Nowa wielka rzecz FB okazała się wyszukiwarką, która pozwala użytkownikom serwisu przeszukiwać jego zasoby, a jej algorytm zagląda też do informacji zamieszczonych na tablicach użytkowników, polubionych stron i zdjęć. Można wyszukiwać np. przez frazy: „znajomi mieszkający w Warszawie, lubiący fantasy i indyjską kuchnię”. W Polsce wyszukiwarka ma działać pod nazwą Socjogram (w socjometrii, będącej w socjologii metodą badania relacji między ludźmi w konkretnych strukturach, używa się socjogramu do przedstawiania wyników).

„To narzędzie potrzebne FB do tego, by użytkownicy nadal byli aktywni w serwisie. Bierność internautów oznacza śmierć serwisu, bo przyrost liczby nowych rejestracji praktycznie wyhamował” – komentuje w dzienniku „Guardian” Nate Elliot, analityk mediów społecznościowych z firmy badawczej Forrester Research. Czy nowa wyszukiwarka uratuje Facebooka przed przekroczeniem punktu granicznego, za którym zaczyna się początek końca? Bo o tym, że łaska internautów na pstrym koniu jeździ, zdążyło się boleśnie przekonać kilka projektów: Friendster, MySpace czy na naszym podwórku Grono i NK. Czy zatem FB powoli znika, czy też wrył się w cyfrową rzeczywistość tak bardzo, że będzie w niej trwał przez lata?

Sentyment inwestora

Po ogromnej fali entuzjazmu, jaka towarzyszyła FB przed giełdowym debiutem w maju ubiegłego roku, teraz rośnie liczba rozczarowanych. Do inwestorów, którzy stracili na akcjach, dołączają użytkownicy zmęczeni wtórnością i coraz większym bałaganem. A w tle toczy się gra o rząd dusz w sieci – i miliardy dolarów od reklamodawców – z gigantem wyszukiwania Google.

Branża finansowo-inwestycyjna przestała wierzyć Zuckerbergowi zaraz po giełdowym debiucie. Obiecywał złote góry, dzięki czemu jego serwis doczekał się rekordowej wyceny 100 mld dol., ale rzeczywistość okazała się gorzka. Wyniki finansowe rozczarowały, więc kurs akcji spółki zanurkował aż do 17 dol. z 38 dol. przy jakich wchodzil na parkiet. Od tego czasu nieco odrobił straty - za jedną akcję inwestorzy płacili wczoraj około 29 dol., a wycena spółki zbliża się obecnie do około 70 mld dol., a niektóre banki nawet zalecają kupowanie akcji spółki. Jednak do euforii sprzed debiutu bardzo daleko i nie wiadomo, kiedy powróci. Nowych źródeł przychodu, zwłaszcza z aplikacji mobilnej, nie widać.

Kiedy Paul Deninger, jeden z dyrektorów zarządzających firmy doradczej Evercore Partners, podczas dyskusji przed ponad tysiącem menedżerów z Doliny Krzemowej zebranych na konferencji Intel Capital CEO Global Summit w listopadzie ub.r. wypalił, że Facebook to syf, branża kolejny miesiąc obserwowała wówczas, jak FB tracił na wartości. Była pełna obaw i spekulacji, co taki spadek oznacza dla rynku. Dziś widać, że nie był on tak destrukcyjny, jak się obawiano – wprawdzie media odtrąbiły pęknięcie kolejnej bańki, ale na szczęście w niczym nie przypominało to wydarzeń sprzed dekady, czyli pierwszego kryzysu dotcomów, w którego wyniku zatonęło tysiące firm, a krach zatrząsł światową gospodarką.

Pewne podobieństwo między pierwszą bańką a obecną sytuacją jednak występuje – to mechanizm pompowania cen internetowych spółek, które najczęściej nie spełniają twardych biznesowych kryteriów. Właśnie to doprowadziło do pęknięcia pierwszej bańki internetowej, podobne mechanizmy zaczęły działać w przypadku obecnej sytuacji, zwanej już bańką społecznościową. Można powiedzieć, że zaczęło się od MySpace, który w 2007 roku był największym serwisem społecznościowym świata. Wizja zysków była tak kusząca, że uwiodła szefa imperium medialnego News Corp. Ruperta Murdocha, który zapłacił za serwis 580 mln dol. Jednak MySpace przegrał rywalizację z FB i w ubiegłym roku Murdoch pozbył się serwisu za 35 mln dol. Podobnie napompowane okazały się Zynga, producent gier dla serwisów społecznościowych, czy Groupon, okrzyknięty mianem serwisu handlowego XXI wieku. W obu przypadkach życie zweryfikowało ich obietnice oraz modele biznesowe – obie spółki, podobnie jak FB, muszą się teraz tłumaczyć ze słabych wyników oraz walczyć o odbudowę zaufania inwestorów.

Paul Deninger uważa, że Facebook to syf, bo nie stoi za nim technologia, a jedynie przyzwyczajenie użytkowników. Bankier nie ma nawet konta na FB, więc można mu zarzucić nieznajomość tematu. Jednak jako przedstawiciel branży finansowej, który przeprowadził wiele emisji spółek internetowych, patrzy na fundamenty biznesowe bez zbędnych emocji. – Najwięksi gracze na rynku nowych technologii warci są dziś co najmniej dziesięć razy tyle, ile byli w momencie debiutu – przekonuje. I wymienia: Google, Microsoft, eBay, Apple. – Czy Facebook będzie wart co najmniej bilion dolarów? Szczerze w to wątpię – uważa.