Publikowane w minionym tygodniu dane makroekonomiczne o wynikach przemysłu, handlu czy o sytuacji na rynku pracy były największą serią negatywnych niespodzianek od lipca ubiegłego roku – taki wniosek płynie z obliczanego przez ekonomistów BRE Bank „indeksu zaskoczeń ekonomicznych”.

Analitycy porównują dane publikowane przez GUS czy NBP i porównują je ze średnimi prognozami zebranymi przez agencję Bloomberg. Jeśli publikacja okazuje się wyraźnie gorsza od przewidywań rynkowych, indeks spada. Rośnie, gdy dane są lepsze od prognoz.

Problem w tym, że już niemal od roku zdecydowanie więcej jest tych pierwszych. W efekcie indeks znalazł się na najniższym poziomie od połowy 2010 r.

W miniony czwartek negatywne niespodzianki przyniosły dane zarówno o wartości sprzedaży detalicznej, która była w grudniu o 2,5 proc. niższa niż rok wcześniej (ekonomiści spodziewali się niewielkiego wzrostu), jak i o bezrobociu, które podskoczyło w miesiąc z 12,9 do 13,4 proc. (rynek oczekiwał, że bezrobocie wyniesie 13,3 proc.). Kilka dni wcześniej spadek produkcji przemysłowej zamiast spodziewanych 6 proc. wyniósł 10,6 proc.

– Wskaźnik wskazuje tendencje w gospodarce. Ale przede wszystkim pokazuje, jaki jest wpływ bieżących danych makro na rynki czy na decyzje Rady Polityki Pieniężnej – wyjaśnia Marcin Mazurek, analityk BRE.

Indeks stanowi kolejny argument za tym, że w przyszłym tygodniu RPP zdecyduje się na obniżkę stóp procentowych na czwartym z rzędu posiedzeniu. Gdy po ostatnim spotkaniu, na początku stycznia, rada sygnalizowała przerwę w cyklu obniżek, część rynku wzięła to za dobrą monetę. Seria kiepskich danych spowodowała jednak, że znów powszechne jest oczekiwanie, że w najbliższym czasie przerwy w cięciach nie będzie.

A co pokazują podobne indeksy obliczane dla innych gospodarek? Według Citigroup „surprise index” w gospodarce amerykańskiej jest obecnie na najniższym poziomie od września ubiegłego roku, natomiast w borykającej się z kryzysem strefie euro jest... najwyżej od stycznia 2011 r.