Jak mówią nasi rozmówcy w Brukseli, porozumienie zostanie zawarte bez wprowadzania kolejnych cięć w polityce spójności i wspólnej polityce rolnej. To z punktu widzenia Polski sukces. Zła informacja jest taka, że najpewniej nie uda się rozbroić min pod budżetem UE – kwalifikowalności VAT (w nowej perspektywie Bruksela nie chce już zwracać VAT; chodzi o duże kwoty: podstawowa stawka podatku od towarów i usług w naszym kraju to 23 proc.) czy warunkowości makroekonomicznej (kraj, który nie redukuje długu i deficytu, traci unijne pieniądze).

Przez poprzedni tydzień trwały intensywne rozmowy, m.in. na linii Warszawa – Berlin – Paryż. Najważniejsze były ustalenia, jakie poczynił przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy. To pozwoliło mu zdecydować, że zwoła szczyt budżetowy na 7 i 8 lutego (miało tak się stać, tylko gdy będzie widział możliwość porozumienia). – Moim zdaniem szansa na porozumienie jest spora. Widać, że jest taka wola w różnych stolicach europejskich – mówi Mikołaj Dowgielewicz, były wiceminister spraw zagranicznych.

Teraz Van Rompuy szykuje ostateczną propozycję na szczyt i raczej nie ma wątpliwości, że będą w niej zawarte kolejne propozycje cięć, by zadowolić Niemcy czy Wielką Brytanię. Nie będą one jednak dotyczyły tego, co interesuje Polskę.

– Jeśli budżet polityki spójności czy rolnej miałby zostać okrojony, nie byłoby możliwości porozumienia. Van Rompuy ma tego świadomość. Jeśli zwołuje szczyt, znaczy, że nie będzie to przedmiotem sporu – komentuje jeden z polskich dyplomatów. Główna walka rozegra się w obszarze rabatów i wydatków wspólnotowych.

Premier przed unijnym szczytem budżetowym będzie lobbował za korzystnymi dla Polski rozwiązaniami w Paryżu i Davos. Konsultacje z Berlinem prowadzone są na bieżąco. Polska strategia polega na bronieniu zasad wydatkowania funduszy, a nie konkretnych sum. Ma w tym pomóc wizyta w Paryżu w przyszły poniedziałek, gdzie Donald Tusk będzie rozmawiał z Francois Hollande’em. Francja to główny obrońca polityki rolnej i przeciwnik cięć w projekcie budżetu. Podobne konsultacje były prowadzone przed listopadowym szczytem budżetowym, gdy Francuz przyjechał do Warszawy. Premier Tusk ma także jeszcze przed szczytem polecieć na szczyt do Davos, gdzie znajdą się także inni przywódcy europejskich państw, i tam rozmowy będą kontynuowane. Ich finał nastąpi przed szczytem – podczas spotkania klubu przyjaciół spójności, czyli krajów, które tak jak Polska najbardziej z niej korzystają.

Bo, choć Herman Van Rompuy zaproponował ścięcie projektu budżetu UE o 80 mld euro, to nie byłoby to dla nas tak dotkliwe, gdyby nie tzw. capping. To ograniczenie przekazywania euro na politykę spójności w proporcji do PKB (transfer nie może być wyższy niż określony procent PKB) i walka o zmianę w tym punkcie jest dla nas najważniejsza. W pierwotnej propozycji budżetu Komisja Europejska proponowała, by było to najwyżej 2,5 proc. PKB. Herman Van Rompuy najpierw zaproponował 2,4 proc., a potem tylko 2,34. A choć różnice wydają się niewielkie, to rocznie oznaczają blisko ćwierć miliarda euro, a w ciągu siedmiu lat blisko 2 mld euro. To różnica między 74 mld euro, które mieliśmy otrzymać z polityki spójności według pierwszej propozycji Van Rompouya, a 72 mld w ostatecznej.

Drugim ważnym postulatem jest wprowadzenie jak najszerszej zasady kwalifikowalności VAT-u, czyli uwzględniania podatku w transferach. Obecnie taka zasada działa w odniesieniu do najbiedniejszych krajów UE, w tym Polski, ale Komisja Europejska chce ją znacznie ograniczyć w kolejnej perspektywie. Tu na przełom na razie nie można liczyć.

Jeden z postulatów mamy w kieszeni. Chodzi o współfinansowanie unijnych projektów. Pierwotnie Komisja chciała, by w nowej perspektywie beneficjenci dysponowali większym wkładem własnym, co w połączeniu z ograniczeniem kwalifikowalności VAT-u poważnie ograniczyłoby możliwości wykorzystania tych pieniędzy. Szef Rady skorygował propozycję Komisji z 25 do nawet 15 proc. wkładu własnego.

Do tych postulatów doszedł ostatnio jeszcze jeden – zabezpieczenie miejsc pracy dla unijnych urzędników z nowych krajów członkowskich. Głównie pod naciskiem Wielkiej Brytanii jest tendencja do obcinania wydatków na administrację. Polska należy do krajów, które sceptycznie podchodzą do tych oszczędności. Urzędnicy z nowych krajów członkowskich już raz zostali poszkodowani, tuż przed poszerzeniem Unii w 2004 r. przeprowadzono reformę w instytucjach unijnych, która zabezpieczyła pozycję eurokratów już tam pracujących kosztem tych z nowych krajów. Teraz walczymy o to, by cięcia znów nie odbyły się kosztem nowych. Z tego powodu Polska chce, by kwestię ewentualnych cięć rozstrzygnęły precyzyjne przepisy, przyjęte podczas szczytu.