Michael O’Leary jest najbardziej podziwianym i znienawidzonym szefem w branży lotniczej. Recepta na sukces jego linii lotniczych? Obiecujemy ci tani bilet bez wygód. Kupuj lub spadaj – powtarza do znudzenia
Gdyby zagrożona bankructwem Irlandia chciała błyskawicznie pozbyć się deficytu budżetowego, powinna zatrudnić na stanowisku ministra finansów Michaela O’Leary’ego. Dla prezesa zarządu Ryanaira cięcie kosztów to zawodowa obsesja. Dzięki niej niewielka i deficytowa irlandzka linia lotnicza stała się trzecim przewoźnikiem w Europie, a on sam – z majątkiem szacowanym na ponad 400 mln euro – jednym z najbogatszych ludzi Zielonej Wyspy. Choć zarazem – najbardziej znienawidzonym człowiekiem w branży lotniczej.
Kiedy w 1991 r. właściciele Ryanaira zatrudniali 30-letniego O’Leary’ego – wówczas ich doradcę podatkowego – do przeprowadzenia restrukturyzacji, w najśmielszych snach nie spodziewali się tak spektakularnego sukcesu. Istniejąca od 1985 r. linia miała dwa samoloty, obsługiwała dwie trasy między Irlandią a Londynem, a w ciągu czterech poprzednich lat przyniosła 20 mln funtów straty. Właściciele z chęcią więc przystali na ofertę O’Leary’ego – 20 proc. od ewentualnych zysków. A te przyszły szybko, bo już po pierwszym roku wyprowadził ją na plus. Po części dlatego, że trafił w dobry czas – Unia Europejska właśnie zezwoliła na swobodną konkurencję na niebie – a także dlatego, że skutecznie przeniósł na europejski grunt pomysły podejrzane w amerykańskich Southwest Airlines, pierwszej i największej taniej linii lotniczej.