Produkty o chronionej nazwie można sprzedać średnio dwukrotnie drożej niż podobne bez certyfikatu – wynika z najnowszego raportu Komisji Europejskiej. Wartość sprzedaży takich towarów sięga w Unii już niemal 75 mld euro. Dla porównania w 2016 r. było to 71,5 mld euro, a w 2010 r. 54,5 mld euro. Ponad jedna piąta tej kwoty to eksport poza Unię.
W Polsce produkcją żywności chronionej przez unijne przepisy, czyli takiej, której regionalny i tradycyjny charakter jest potwierdzony odpowiednim certyfikatem, zajmuje się ok. 900 firm. To ponad dwa razy tyle, co jeszcze pięć lat temu. Wytwarzają 42 różne chronione produkty, co daje nam ósme miejsce pod tym względem w UE.
Reklama
Do tej pory korzyści dla producentów z wytwarzania tego rodzaju żywności były oczywiste. Jak tłumaczy Janusz Wojciechowski, komisarz ds. rolnictwa UE, konsumenci, którzy szukają autentycznych produktów regionalnych, byli skłonni płacić za nie drożej, niż za inne towary. Czy w czasie kryzysu spowodowanego koronawirusem uda się utrzymać trend wzrostowy na tym rynku? − Na pewno będzie to trudne. Choćby dlatego, że nie ma targów, które były jedynym sposobem na promowanie tego rodzaju żywności. Utrzymanie dotychczasowych rynków zbytu będzie wyzwaniem, a jeszcze większym pozyskanie nowych − uważa Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności.
− Nadchodzi czas, gdy o wyborze produktu decydować będzie przede wszystkim cena. Dlatego oczekuję, że sprzedaż certyfikowanych produktów, możne ucierpieć − mówi Michał Lachowicz, prezes grupy zrzeszającej 28 sadowników, dostarczających na rynek rocznie ok. 20 tys. ton jabłek grójeckich, z których połowa jest sprzedawana za granicą. − Jak na razie udaje nam się utrzymać eksport na poziomie sprzed wybuchu epidemii. Pytanie co będzie za trzy miesiące, gdy ruszy nowy sezon. Wówczas będzie wiadomo, jak bardzo ucierpiała siła nabywcza konsumentów. Bierzemy pod uwagę, że skala zamówień ze strony zagranicznych odbiorców na nasz produkt może spaść − dodaje.

Reklama
Stowarzyszenie Sady Grójeckie przed epidemią wzięło udział w tragach żywnościowych w Berlinie i Madrycie i liczyło na rozpoczęcie eksportu do wielu nowych krajów. Maciej Majewski, wspólnik stowarzyszenia, przyznaje, że zapowiadało się na rozwinięcie eksportu, teraz negocjacje są trudne. Spółka Przetwórstwo Mięsne „Płatek”, specjalizujące się w certyfikowanej kiełbasie lisieckiej, także przyznaje, że koronawirus pokrzyżował plany podboju nowych rynków. Firma jak dotąd przebiła się ze swoimi towarami do Wielkiej Brytanii i Niemiec.
Większe nadzieje są teraz wiązane z krajowym rynkiem. Liczą, że pomoże im rządowa kampania nakłaniająca konsumentów do kupowania tego, co polskie. − Ostatnie tygodnie to wręcz dynamiczny wzrost sprzedaży żywności regionalnej. Stało się tak za sprawą uruchomienia licznych platform, za pośrednictwem których producenci mogą łatwiej dotrzeć do konsumentów − podkreśla Andrzej Gantner.
Producenci przyznają, że dystrybucja poprawiła się. Zwracają też uwagę na to, że ostatnie lata przyniosły ogromny wzrost świadomości wśród konsumentów, którzy coraz chętniej wybierają żywność naturalną. Obawiają się jednak, że jeśli spowolnienie gospodarcze będzie duże, popyt na ich towary spadnie, bo są droższe niż konkurencyjne bez certyfikatu jakości, choć, jak podkreślają eksperci, różnice w cenie w ostatnich latach uległy spłaszczeniu. Z reguły sięgają kilkunastu procent, a nie jak przed laty kilkudziesięciu. − Na razie, jak wynika z naszych doświadczeń, łatwiej jest dotrzeć do sieci z produktem o potwierdzonej jakości. Certyfikowana żywność wygrywa na półce z pozostałą, jeśli oczywiście nie jest dużo droższa. Sklepy zyskują bowiem gwarancję, że oferują produkt, co do którego klienci nie mają zastrzeżeń − mówi jeden z wytwórców.
Izabela Zdrojewska z Inspekcji Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych przyznaje, że produkty, których nazwy są zarejestrowane, podlegają regularnej kontroli, w wyniku której wydawane są dokumenty potwierdzające ich zgodność ze specyfikacją oraz oryginalność. − System kontroli z jednej strony chroni więc producentów przed nieuczciwymi praktykami handlowymi, polegającymi na bezprawnym wykorzystywaniu renomy zarejestrowanych nazw, z drugiej zaś buduje zaufanie konsumentów do tych produktów − tłumaczy.
Organizacje certyfikujące przyznają, że wciąż mają zapytania od producentów o możliwość zdobycia świadectwa na regionalną lub tradycyjną żywność.