statystyki

Od prywatyzacji do nacjonalizacji. Kolejny kryzys zmusi państwo do ponownego wycofania się z gospodarki?

autor: Tomasz Prusek22.12.2019, 19:00; Aktualizacja: 22.12.2019, 19:22
W branży węglowej prywatyzację utrudniał silny sprzeciw społeczny

W branży węglowej prywatyzację utrudniał silny sprzeciw społecznyźródło: ShutterStock

Przez trzy dekady transformacji gospodarczej państwo najpierw cofnęło się jako właściciel, a potem ogłosiło triumfalny powrót. Czy kolejny kryzys znowu zmusi rząd do zrobienia kroku w tył? - pisze Tomasz Prusek, publicysta ekonomiczny, prezes Fundacji Przyjazny Kraj.

P rywatyzacja ponad 8 tys. państwowych przedsiębiorstw, będących podstawą zbankrutowanej gospodarki PRL, była trudnym do przeprowadzenia procesem, jeśli wziąć pod uwagę zarówno jego skalę, jak i niską akceptację społeczną. Tak niską, że słowo „prywatyzacja” celowo nie znalazło się w nazwie resortu zajmującego się tą operacją. Dlatego utworzono Ministerstwo Przekształceń Własnościowych (MPW), a nie np. Ministerstwo Prywatyzacji Majątku Skarbu Państwa.

Warunkiem ograniczenia własności państwowej w gospodarce, obok decyzji politycznych i zmian legislacyjnych, było pokonanie oporu załóg przedsiębiorstw, dla których prywatyzacja oznaczała ryzyko związane z konieczną restrukturyzacją (przede wszystkim zagrożenie zwolnieniami). Sprzeciw neutralizowano na kilka sposobów, zwłaszcza poprzez częściowe lub całkowite uwłaszczenie pracowników na majątku prywatyzowanego zakładu. W ideologiczne zapewnienie, że własność prywatna jest efektywniejsza niż ta państwowa, załogi nie wierzyły. Powszechnie panował strach przed przyjściem nowego szefa. Większość zatrudnionych chciała pozostać pod parasolem państwa, które było gotowe utrzymywać nawet nierentowne firmy.

Historia prywatyzacyjnego przekupstwa

W pierwszym wariancie uwłaszczenia umożliwiono pracownikom nabycie do 20 proc. akcji prywatyzowanej firmy za połowę ceny. Efektem ubocznym był silny nacisk związków zawodowych, aby ceny papierów – szczególnie spółek idących na giełdę – były jak najniższe. Taka forma przekupstwa prywatyzacyjnego okazywała się dość skuteczna, bo pracownicy mieli możliwość zyskownego sprzedania akcji po wejściu firmy na parkiet lub – po przejęciu – inwestorowi strategicznemu. Osiąganiu w ten sposób ogromnych profitów sprzyjała na początku lat 90. hossa na warszawskiej giełdzie, zakończona spektakularną wpadką z ofertą publiczną Banku Śląskiego. Doszło przy niej do nieprawidłowości związanych z podażą akcji pracowniczych w początkowej fazie notowań spółki.

Model „akcje za zgodę na prywatyzację” zmodyfikowano w 1996 r., kiedy ustawa o komercjalizacji przyznała pracownikom prawo do nieodpłatnego nabycia puli do 15 proc. akcji lub udziałów Skarbu Państwa spółek powstałych w wyniku tego procesu. Jeśli chodzi o całkowite przejęcie przedsiębiorstw przez załogi w toku tak zwanej prywatyzacji pracowniczej, to w latach 90. panowało polityczne przyzwolenie na taką zmianę własnościową. Stało za tym założenie, że firmy powinny być kontrolowane przez polski kapitał, którego wówczas faktycznie nie było (uwłaszczeni pracownicy, płacący najczęściej w ratach za akcje, mieli uosabiać ideę budowy rodzimego kapitału).

Niestety ani model polegający na preferencyjnym udziale pracowników w transformacji własnościowej przy prywatyzacji kapitałowej lub z inwestorem strategicznym, ani stuprocentowa prywatyzacja pracownicza nie przyniosły spodziewanych efektów – wyjścia państwa z roli właściciela oraz społecznej akceptacji dla prymatu własności prywatnej.


Pozostało jeszcze 77% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Polecane

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Polecane