- „Gwiezdne wojny” odgrywają pozytywną rolę w kluczowej kwestii: przedstawiają tych, którzy cenią wolność. A im więcej wolności, tym mniejsze zagrożenie ze strony Palpatine’ów naszego świata - mówi Mateusz Machaj ekonomista z Uniwersytetu Wrocławskiego, twórca Instytutu Misesa oraz autor książki „Gwiezdne wojny a filozofia polityki”
ikona lupy />
Mateusz Machaj ekonomista z Uniwersytetu Wrocławskiego, twórca Instytutu Misesa oraz autor książki „Gwiezdne wojny a filozofia polityki”. Fot. Materiały prasowe / DGP
Dlaczego zmyślona historia, która dzieje się dawno temu w odległej galaktyce, miałaby nam mówić cokolwiek istotnego o świecie współczesnym?
Bo takie było zamierzenie reżysera „Gwiezdnych wojen” George’a Lucasa. Chciał, jak sam później przyznawał, przedstawić historię uniwersalną, mówić o realnym świecie, opowiadając bajkę dla dorosłych. Skoro dzieci uczą się z podań i baśni właściwych postaw, nabywając dzięki nim wiedzę o dobru i złu, to dorośli też mogą.
Lucas chciał opowiedzieć o państwie totalitarnym?
Tak. „Gwiezdne wojny” można odczytywać w tym kontekście na co najmniej dwóch poziomach. Jako nawiązanie do realnych zdarzeń historycznych, dwóch totalitaryzmów XX w.: hitlerowskiego i stalinowskiego. Odniesienia do tego drugiego znajdujemy w epizodach 4–6, a do pierwszego w 1–3. Wielkiego Kanclerza Republiki Galaktycznej Sheeva Palpatine’a, późniejszego złowrogiego Imperatora oraz Dartha Sidiousa w jednej osobie, można postrzegać jako odpowiednik Hitlera czy Stalina. Drugi poziom to opowieść o procesie budowania państwa totalnego. I zarazem przestroga przed tym, że nawet rozwinięta demokracja może w pewnych warunkach przepoczwarzyć się w bezwzględne Imperium, w którym jednostka nie ma znaczenia. Dlatego właśnie procesy zachodzące w uniwersum gwiezdnowojennym można przykładać do realnego świata.
ikona lupy />
Dziennik Gazeta Prawna
Zatem przyłóżmy. Ale czy nie dojdziemy wówczas do wniosku, że Imperator Palpatine to dziś prezydent Rosji Władimir Putin albo przywódca USA Donald Trump?
To porównanie byłoby przesadne. Nie.
A jednak w książce „Gwiezdne wojny a filozofia polityki” zwracasz uwagę na to, że galaktyczna wojna zaczęła się od sprowokowanego celowo konfliktu handlowego. Ostatnie lata to zaś czasy wojen celnych, inspirowanych częściowo przez Amerykę.
Wojny handlowe to zarówno w „Gwiezdnych wojnach”, jak i w realnym świecie droga do zaburzenia ładu międzynarodowego i wywołania prawdziwego konfliktu, ale też do wzmocnienia i rozszerzenia uprawnień władzy. Protekcjonizm może być zatem pierwszym krokiem wiodącym ku upadkowi demokracji. Ale nie oznacza to, że dzisiejsi światowi przywódcy to inkarnacje Palpatine’a. W przekonaniach wielu ludzi pojawia się zgoda na protekcjonizm, ale nie czyni to z nich tak okropnej postaci.
Ale chyba też nie czyni z nich królowej Amidali...
Oczywiście, że nie. Amidala bywa postrzegana jako uosobienie dobroci i moralności, choć oczywiście też popełnia błędy. Jej najważniejszą zaletą jako lidera społecznego i politycznego jest świadomość niebezpieczeństw rozszerzającej się władzy. Współczesnym politykom często tego brakuje.
Są więc po ciemnej stronie mocy czy nie są?
W „Gwiezdnych wojnach” ciemna i jasna strona mocy to typy idealne. Działania naszych rządów mają w sobie cechy obu mocy, żaden z nich nie odzwierciedla jej któregoś typu w stu procentach. Weźmy kwestię handlu. Jasna strona mocy jest na handel otwarta, a współczesne rządy? Różnie z tym bywa. Tu przydatną miarą są indeksy wolności gospodarczej. Wskazują one kraje niemal całkowicie otwarte na handel, które zdemontowały systemy celne, czym sprzyjają długookresowo nie tylko sobie, ale też wszystkim innym uczestnikom globalnej gospodarki. Jak mawiał pewien francuski myśliciel: „Jeśli żołnierze mają nie przekraczać granic, to muszą robić towary”.
Zaraz, zaraz... Gdy Niemcy lobbują za polityką wymierzoną w polskie firmy logistyczne, by płaciły swoim kierowcom zachodnie stawki, to chociaż Polacy stracą, sami Niemcy zyskają. Z ich punktu widzenia to rozsądne działania. Dlaczego mieliby przejmować się nami?
Stwierdzenie, że „Niemcy zyskują” na polityce protekcyjnej to klasyczny przypadek synekdochy (definicja PWN: „figura stylistyczna polegająca na zastąpieniu nazwy całości lub ogółu przedmiotów nazwą części lub jednego przedmiotu, np. dach zamiast dom, albo na odwrót, np. czworonóg zamiast koń”) i powinien być omawiany na pierwszych zajęciach z logiki. W tym wypadku zastępuje się sformułowanie „logistyczne firmy niemieckie” określeniem „Niemcy” i robi z tego klasyczne totum pro parte, część zamiast całości. Te działania są rozsądne wyłącznie z punktu widzenia niemieckich firm logistycznych. Zwykli Niemcy, klienci tych przedsiębiorstw, na takim rozwiązaniu stracą. Bo ograniczona konkurencja oznacza przecież wyższe ceny. Faktycznie jednak dzięki umiejętnej demagogii nawet zwykły Niemiec może protekcjonizm popierać, bo ludzi łatwiej nastraszyć tym, że „obcy zabierają naszym”. Z kolei skuteczność regulacyjną tego fenomenu dobrze wyjaśnia ekonomiczna teoria wyboru publicznego. Mówi ona, że producenci zazwyczaj są dobrze zorganizowani, zdolni do podejmowania wspólnych i konkretnych działań, a konsumenci nie. Co więcej, lokalni producenci w wyniku nałożenia na konkurencję z zewnątrz ograniczeń, zyskują nieproporcjonalnie więcej niż pojedynczy konsument straci. Jeśli firmie wzrosną obroty o 40 proc., a konsument zapłaci za usługę kilka euro więcej, to po pierwsze, może tego nawet nie zauważyć, a po drugie, może uznać to za pomijalny koszt dobrej co do zasady polityki. Tyle że gdy zsumujemy straty wszystkich konsumentów wynikające z protekcjonizmu, nasza ocena musi się zmienić... To dotyczy każdego protekcjonizmu, w tym tego, który teraz wprowadzany jest na linii USA – Chiny.
W „Gwiezdnych wojnach” konflikty handlowe były celowym działaniem Palpatine’a. A jak jest dzisiaj? Czy to wynik samoczynnego nakręcania się spirali populizmu, czy np. amerykańskiego przemysłu militarnego, który poprzez wywołanie napięć chce uzyskać legitymizację swojego istnienia?
Żeby wprowadzić niekorzystne rozwiązanie, potrzeba cynicznych inspiratorów oraz misjonarzy, czyli ludzi wierzących w to, że jest ono dobroczynne. Są wśród nas tacy, którzy autentycznie ufają w błędne teorie ekonomiczne, oraz tacy, którzy tę wiarę potrafią wykorzystać. Sztandarowym przykładem jest prohibicja. Z jednej strony mieliśmy ludzi, którzy uważali, że zakaz produkcji i sprzedaży alkoholu doprowadzi do wzrostu moralności w narodzie, z drugiej – mieliśmy lobby konkretnej grupy interesów, która na prohibicji korzystała. Z protekcjonizmem i cłami na import jest podobnie. Gdy George Bush junior czy Donald Trump podnosili cła importowe na produkty przemysłu stalowego, argumentowali to walką o utracone miejsca pracy, a nie tym, że kilka amerykańskich firm zyskuje parasol ochronny kosztem ich odbiorców, również amerykańskich. Tymczasem literatura ekonomiczna pokazuje, że protekcjonizm nie prowadzi do długookresowego wzrostu liczby nowych miejsc pracy. Nawet rządowa agenda US International Trade Commission oceniła, że cła Busha przyniosły raczej negatywne efekty. Poza tym co z tego, że Trump przyznaje taryfy wspierające obroty i zatrudnienie w United States Steel Corporation, gdy tym samym uderza z wielką siłą w obroty i zatrudnienie u producenta maszyn Caterpillar?
Swoją drogą, uderzyło mnie w twojej książce porównanie galaktycznej Federacji Handlowej do Unii Europejskiej.
Może nie porównanie, ile sugestia, że niektóre instytucje – podobnie jak Federacja Handlowa – mogą mieć realne cele sprzeczne z nominalnymi. Federacja ma promować handel, a zajmuje się jego ograniczaniem; ma być teoretycznie pokojowa, ale posiada armię typowo inwazyjną. Unia Europejska bazuje na ideach sprzyjających wolnej wymianie handlowej i trzeba przyznać, że często faktycznie handel promuje, ograniczając protekcjonistyczne zakusy państw członkowskich. Ponadto jest przerośniętą biurokracją, nakładającą na ten handel kolejne ograniczenia. Mówiąc żartobliwie, Unia ma plusy, ale chodzi o to, żeby plusy nie przesłoniły minusów. Nie jest Federacją Handlową, ale trzeba uważać, by się nią nie stała.
Wojny handlowe to niejedyny trop każący sprawdzać podobieństwa współczesnych rządów do Imperium Palpatine’a. Rozpisujesz się o jego podejściu do prawa, które traktuje wybitnie instrumentalnie, mówi często: „Uczynię to legalnym”. Naszym politykom taka filozofia nie jest obca, prawda?
Niestety tak. „Gwiezdne wojny” od strony politycznej to przede wszystkim refleksja na temat natury władzy, spójna z uwagą Lorda Actona, że „władza korumpuje, a władza absolutna korumpuje absolutnie”. Instrumentalne traktowanie prawa jest nieodłączną cechą totalitarnych rządów, lecz bardzo często zdarza się też w demokracjach. Prawo traktowane jest mniej lub bardziej cynicznie jako służące partykularnym i arbitralnym celom. Dotyczy to wszystkich stron debaty politycznej, nie tylko tych o złych intencjach, lecz także tych uważających się za światłych Samarytan czy wręcz charytatywnie działających na rzecz dobra wspólnego.
Albo dobra narodu. Poseł Kornel Morawiecki powiedział przed dwoma laty, że „dobro narodu jest ponad prawem”.
A co jeśli poszanowanie dla prawa leży właśnie w interesie narodu? Musimy uważać na tego typu frazesy, które w treści bywają prawie puste, a w praktyce stanowią przede wszystkim chwyt retoryczny.
Frazesy?
Tak, bo przede wszystkim któż nie chciałby dobra narodu, prawda? Albo jeszcze lepiej: dobra ludzkości? Tylko co z tego wynika? Na takim najogólniejszym poziomie trudno negować potrzebę, by wszystkim żyło się lepiej. Ale co to konkretnie znaczy lepiej, czym jest dobro? Kto ma to definiować? Tu zaczynają się problemy. Bo w momencie, gdy zdefiniujemy je tak, że stanie w sprzeczności z prawem, trzeba postawić pytanie: czy to z prawem jest coś nie tak i jest ono skrajnie niesprawiedliwe, czy może coś nie gra z tą definicją dobra narodu. I nawiązując do filmu „Dzień świra” – moja definicja może się okazać „bardziej mojsza” i przez to oczywiście musi być właściwa, bo ją sam wymyśliłem.
Rząd zawsze będzie upierał się, że umie to dobro definiować.
Wówczas konieczna jest interwencja rycerzy Jedi.
Słucham?
Rycerze Jedi w „Gwiezdnych wojnach” mają być tymi od dbania o równowagę, od interweniowania, gdy dzieje się coś złego. W demokracji ich odpowiednikami są instytucje, jak Sąd Najwyższy, Trybunał Konstytucyjny czy bank centralny. Są one niezależne od władzy rządowej i mają być bezpiecznikami, gdy rosną zakusy egzekutywy. Jednak w praktyce nie zawsze wywiązują się ze swojej roli. Podobnie jak Jedi, którzy przyczynili się do upadku Republiki, co widzimy w epizodach 1–3.
Ratunkiem nie jest nawet konstytucja?
W wojnie z Imperatorem odwoływanie się do niej nie ma większego sensu, bo to on ustala prawa: jest więc narzędziem bardzo niedoskonałym w walce z nadużyciami władzy. Może jednak taka nie być, jeśli stoi na straży uniwersalnych wartości, jeśli jest ich wyrazem. Pierwsze ustrojowe działania Palpatine’a mają na celu właśnie obalenie porządku prawnego opartego na uniwersalnych wartościach, które implikowały ograniczenie władzy i decentralizację. W momencie gdy w wyniku głosowania te wartości odrzucono, Palpatine zyskał prerogatywy tyrana – przy poklasku galaktycznego Senatu. To wtedy królowa Amidala powiedziała: „Tak umiera wolność – wśród burzy oklasków”. Odrzucono nie papierek, ale zespół wartości, które wyrażał. Choć warto pamiętać o tym, że już w samym ukonstytuowaniu ładu galaktycznego był błąd, skoro pozwalał na objęcie monopolem władzy całej galaktyki – niezależnie od tego, czemu ta władza miała służyć.
Palpatine zresztą sprytnie uzyskiwał poparcie dla swoich postulatów. Na przykład przekonywał, że tylko on jest w stanie podjąć szybkie i dobre decyzje, naprawić marnotrawną i powolną biurokrację. Ten rodzaj populizmu także możemy obserwować w rzeczywistym świecie AD 2019.
Zgadza się. Administracja rządowa co do zasady jest marnotrawna i o ile można ją usprawnić, o tyle marnotrawstwa całkiem wyeliminować się nie da. Jeśli ktoś twierdzi, że to potrafi, uprawia iluzję. Każde państwo potrzebuje aparatu biurokratycznego, ten zaś rozlicza się z działań za pomocą subiektywnych celów, środków, dyrektyw, instrukcji. Ich wartość i hierarchia jest ustalana poprzez zagmatwany proces sektora publicznego, a nie poprzez bezpośrednią dyscyplinę rynkową. A jeśli jest to państwo totalne, to będzie ono skrajnie niewydajne. Nie bez powodu Chiny Mao Zedonga czy Związek Radziecki były nazywane gospodarkami niedoboru, a zarządzanie nimi odbywało się poprzez ustalanie nieracjonalnie selekcjonowanych celów i norm, których w dodatku z powodu braku kalkulacji ekonomicznej nie dało się zrealizować.
I tak wyglądała także gospodarka Imperium?
Na to wskazuje jej zacofanie, które ukazano w epizodach 4–6. Występują w niej niedobory, jak w klasycznym centralnie sterowanym systemie, a nawet problemy z realizacją inwestycji publicznych, i to tych priorytetowych, takich jak druga Gwiazda Śmierci. W jednej z wyciętych scen pojawiał się wątek nacjonalizacji majątku jako desperackiej próby pozyskania zasobów koniecznych do podtrzymania działalności Imperium. Te wątki nie są przez scenarzystów uwypuklone, pojawiają się w tle, ale świadczą jednoznacznie o tym, że Imperium jest gospodarką nieefektywną. Nie wiemy za to zbyt wiele o strukturze społecznej mieszkańców Galaktyki, o ich poziomie zamożności czy rozwarstwieniu majątkowym. To zrozumiałe, bo w filmie nie można pokazać wszystkiego.
Można założyć, że jak w każdej nieefektywnej gospodarce większość była biedna?
To założenie całkowicie uzasadnione. Ale chciałbym wrócić jeszcze do centralnego wątku politycznego „Gwiezdnych wojen”. Obrazuje on podstawowy konflikt opisany już w „Antygonie” – spór między jednostką a aparatem władzy próbującym narzucić jej swoją wolę. I teraz pytanie: skoro prawo pozytywne nie może jej chronić, to do czego Antygona ma się odwołać? Czy nie powinna zaakceptować decyzji władzy? Ale dla niej ważniejsze jest prawo boskie, które dzisiaj nazwalibyśmy naturalnym. Wielu ludzi jest skłonnych przyjąć jej rację ze względu na pewne intuicje moralne, które wprost zachęcają do jej obrony. Intuicjonizm i uprawnienia naturalne to jednak inne tradycje filozoficzne, ale w tym wypadku prowadzą do tej samej konstatacji: trzeba powstrzymywać rozrastającą się władzę. Oczywiście większość ludzi nie tworzy przemyślanych, logicznych i złożonych systemów moralnych, ale mają proste intuicje dobra i zła, które stanowią źródło i bodziec do wspólnego oporu przeciw władzy.
I świadomy tego Imperator wprowadzi cenzurę, która oporowi zapobiegnie.
Zgadza się. Wartości takie jak rozumienie dobra i zła rozprzestrzeniają się za pomocą memów kulturowych, najróżniejszych nośników informacji w warunkach wolności. Cenzura wymianę idei ogranicza, dąży do unifikacji poglądów. Ludzie muszą być przekonani, że jest tylko jedna prawda i jest to prawda definiowana przez władzę.
A tak często słyszy się jednak narzekania, że zbyt dużo między nami niezgody... Sugerujesz, że powinniśmy uważać ją za wartość?
Niezgoda manifestowana pokojowo – wynikająca z różnorodności opinii – jest dobra. Każda podejmowana przez człowieka decyzja jest rezultatem spierania się opcji na rzecz większego bądź mniejszego ryzyka. Im większe zaangażowanie różnych ludzi w ocenę, tym lepiej. Pluralizm poglądów, sprzeczne idee to naturalne zabezpieczenia przeciw władzy totalnej, to sposób na zapobieżenie sytuacji, w której jeden polityk uzyskuje absolutne poparcie i zaczyna wszystkim sterować. Ten wątek można podsumować tak: instytucje mają znaczenie. W naukach społecznych instytucje rozumie się szeroko – może to być obyczaj, religia, rodzina, dana idea, sądy czy aparat państwa. Palpatine od początku dąży do zniszczenia zastanych instytucji i w realnym świecie podobne dążenia wykazuje każdy tyran. Stalin chciał wyplenić religię i rodzinę nie bez powodu.
Czy są dzisiaj społeczeństwa mniej i bardziej podatne na wpływ różnych Palpatine’ów?
Pewnie można by przeprowadzić taką klasyfikację. Na przykład w popularnym myśleniu inaczej rozumie się władzę w USA, a inaczej na wschód od nas. W Ameryce jest traktowana częściej jako potencjalne zagrożenie, na Wschodzie władca to ojciec narodu, któremu trzeba się podporządkować. Wolność w Stanach to prawo do działania, poszukiwania własnej drogi do szczęścia, zakładania firm, to apoteoza przedsiębiorczości. Nie wszędzie takie rozumienie wolności jest powszechne.
Pierwszy film z gwiezdnowojennej serii ukazał się w 1977 r., gdy w najlepsze trwała zimna wojna. Sześć lat później prezydent USA Ronald Reagan nazwał ZSRR „imperium zła”. Trudno nie skojarzyć jednego z drugim, prawda?
Taki był cel Reagana. Trudno odrywać „Gwiezdne wojny” od czasów, w których powstały i trudno zaprzeczać wpływowi, jaki wywarły na świat. Od nakręcenia pierwszego filmu jednak wiele się na świecie zmieniło – i to na plus. Głównie dzięki globalizacji rozumianej jako swoboda w przemieszczaniu się i komunikacji, jako wolność przepływu kapitału i inwestowania. Globalizacja utrudnia wywoływanie konfliktów militarnych i trudno sobie wyobrazić dziś wojnę Francji z Niemcami. Zintegrowanie społeczeństw tych państw poszło tak daleko, że utrudnia konieczną do wywołania konfliktu dehumanizację drugiej strony. A taka dehumanizacja była możliwa w międzywojniu, gdyż ludzie byli od siebie znacznie bardziej odseparowani. Można było wmówić Niemcom, że Francuz czy Rosjanin nie tylko dziwnie mówi, ale też sam jest dziwny, inny, obcy, że to właściwie inny gatunek i przez to jest niebezpieczny.
Tak dzisiaj niektórzy mówią o imigrantach.
Kwestia imigrantów to jednak inna para kaloszy. Z jednej strony, jeśli przybywają z dalekich regionów i są reprezentantami nieznanej kultury, łatwo się ich bać, z drugiej – taki strach nie będzie przyczyną wypowiedzenia wojny krajom, z których pochodzą. Dlatego problem społecznej integracji wynikający ze wzmożonej migracji wychodzi poza te rozważania, o których mówimy.
Może być jednak wygodnym politycznym narzędziem kształtowania poglądów społeczeństwa, by zgadzało się ono na rozszerzanie władzy państwa. Widzieliśmy to w trakcie kryzysu migracyjnego, gdy niektóre państwa Unii Europejskiej wprowadziły wbrew zasadom strefy Schengen kontrole graniczne.
Owszem, aczkolwiek nie wiem, na ile to rzeczywiście kolidowało z przepisami, które chyba zostawiały na to furtkę.
Co ukształtowało poglądy Palpatine’a?
Miał trzy wielkie inspiracje filozoficzne: Hobbesa, Machiavellego oraz Hegla. Od tego ostatniego zaczerpnął przekonanie o nieuchronności zdarzeń historycznych – ten determinizm pozwalał mu uzasadniać działania jako wynikające z nieuniknioności. Po prostu musiał mieć więcej władzy i musiał wymordować swoich przeciwników. Co mógł na to poradzić, skoro taka była dziejowa konieczność? Od Machiavellego wziął zasadę, że cel uświęca środki. Najwięcej zaś zaczerpnął od Hobbesa, zwolennika teorii, że władza polityczna jest niepodważalna. Stąd awersja Imperatora do rebeliantów i secesjonizmu w jakiejkolwiek odmianie.
Współcześni politycy także nie lubią secesjonistów. Hiszpania nie pozwoli na odłączenie się Katalonii, a Polska nie zgodzi się na autonomię Śląska.
Nie da się ukryć, że hobbesistą był Imperator i hobbesistami są współcześni politycy. Wszyscy niemal bez wyjątku wierzą, że aparat państwa powinien mieć uprawnienia do tego, by organizować wedle ich woli życie społeczne i zmuszać ludzi, by byli częścią tego społeczeństwa. Zmuszać poprzez niepozostawianie im wyboru. Często sprzeciw wobec secesjonizmu jest uznawany za słuszny ze względu na interes państwa, tylko że w długim okresie to właśnie jakaś forma secesjonizmu leży w dobrze pojętym interesie społeczności, jeśli nie chcemy, by z republiki wyewoluowało państwo totalne. Chodzi o to, że jeśli władza ma poparcie, dobrze zarządza, daje ludziom pożądane swobody, to ci nie będą chcieli się odrywać. Tendencje secesjonistyczne świadczą o niezadowoleniu z rządów. To kolejny sygnał ostrzegawczy.
Nie powiedzieliśmy jeszcze nic o drugim czarnym charakterze „Gwiezdnych wojen” Darcie Vaderze. Czy to figura z punktu widzenia filozofii polityki istotna?
Oczywiście. Bez takich Vaderów nie obyłby się żaden totalitaryzm. On jest jak Nikołaj Jeżow, szef NKWD, odpowiedzialny za realizację wielkiej czystki lat 30. Część widzów „Gwiezdnych wojen” była zawiedziona sposobem przedstawienia Anakina Skywalkera, późniejszego Vadera, w epizodach 1–3, ale on idealnie oddaje charakter osób będących częścią świty tyranów. Niezbyt mądrych, lecz posłusznych i skutecznych w wyznaczanych im zadaniach. Bez przemyśleń moralnych i autorefleksji. Jego syn, Luke Skywalker, to jego przeciwieństwo. Nie uważa też naiwnie, jak typowy rewolucjonista, że aparat państwowy Imperium należy najpierw przejąć, żeby go naprawić. Sądzi, że ten musi się rozpaść po śmierci Imperatora. Odrzuca tradycyjną filozofię rewolucjonistów, którzy robią przewrót nie po to, by znieść władzę, ale aby ją przejąć. To ciekawa perspektywa wynikająca ze sceptycyzmu wobec odgórnego reformowania państwa totalitarnego.
A czy w ogóle przeciętny fan „Gwiezdnych wojen” ma świadomość skomplikowanej materii filozoficznej, politycznej i ekonomicznej, którą się w nich porusza?
Chyba pokolenie młodszych fanów nie widzi tych niuansów. Ci, którzy przeżyli socjalizm, natychmiast skojarzą świat przedstawiony w „Gwiezdnych wojnach” z czasami stalinizmu. Dla tych drugich trylogia Lucasa ma więc większe znaczenie. Natomiast, odsuwając na bok refleksję intelektualną, która ma przecież wtórny charakter, „Gwiezdne wojny” jako fenomen kulturowy odgrywają pozytywną rolę w kluczowej kwestii: przedstawiają tych, którzy cenią sobie wolność. Luke Skywalker, któremu kibicujemy, jest wyrazem wiary w wolność, w to, że to my, a nie czynniki zewnętrzne, kształtujemy własne życie. Negatywni bohaterowie akcentują zaś fatalizm, determinizm, decydujące znaczenie bezosobowego losu. A im więcej wiary w wolność, tym mniejsze zagrożenie ze strony potencjalnych Palpatine’ów naszego świata.