Zysk Polskiej Grupy Zbrojeniowej za 2018 r. to zasługa wsparcia z MON. Przed rokiem spółka miała ponad 100 mln zł straty.
Reklama
Duży wpływ na wynik na poziomie 37,4 mln zł miały pieniądze, które PGZ otrzymała od resortu obrony w ramach Programu Mobilizacji Gospodarki. Około ćwierć miliarda złotych, prawie tyle samo, co w sumie przez pięć poprzednich lat, resort zapłacił za utrzymywanie niewykorzystanych linii produkcyjnych. Gdyby nie to, strata byłaby podobna jak w ubiegłym roku. – Ta kwota nie pokrywa jeszcze w 100 proc. utrzymania mocy produkcyjnych, ale zbliża się do pożądanej wysokości – wyjaśniał na wczorajszym spotkaniu z dziennikarzami prezes PGZ Witold Słowik.
W ubiegłym roku przychody PGZ wzrosły o ponad 10 proc. i przekroczyły 5,5 mld zł. O ponad 30 proc. do ponad 0,5 mld zł wzrosła EBITDA.
Problemem dla PGZ może być to, że mimo wzrostu eksportu (ok. 700 mln zł w 2018 r.) głównym klientem jest i pozostanie nasz resort obrony, który coraz więcej sprzętu kupuje za Atlantykiem. Wczoraj minister Mariusz Błaszczak ogłosił, że wysłaliśmy zapytanie ofertowe na 32 samoloty F-35. – MON, podając wynik PGZ przed opublikowaniem sprawozdania finansowego z równoczesnym podaniem informacji o F-35, próbuje stworzyć wrażenie, że polski przemysł nie ponosi skutków lokowania miliardów złotych w sprzęt kupowany w USA bez polonizacji – mówi jeden z byłych prezesów PGZ. – W strategii PGZ to właśnie duże programy zbrojeniowe MON miały być zastrzykiem nowoczesnych technologii. W programie tarczy przeciwrakietowej Wisła najważniejsze dla grupy elementy miały być zawarte w II fazie, która jest odłożona w czasie. Z kolei artyleria dalekiego zasięgu Himars i samoloty F-35 będą kupowane bez transferu technologii. Na negatywne skutki tych decyzji dla PGZ nie będziemy musieli długo czekać – prognozuje nasz rozmówca.
Obecny zarząd twierdzi, że dla rozwoju grupy najważniejszym programem jest tarcza średniego zasięgu Narew. Decyzja o jego uruchomieniu w resorcie obrony jeszcze nie zapadła.