Niezależność banku centralnego to jeden z filarów demokracji. I podobnie jak ona jest to rozwiązanie najgorsze, ale nic lepszego nie wymyślono.
Portretu NBP nie da się namalować bez farb podkreślających konserwatyzm. Nawet – hiperkonserwatyzm. Nigdzie indziej nie spotkałem się z tak silnym biernym oporem wobec wszelkich zmian. Ruch Gandhiego był chyba bardziej kompromisowy wobec brytyjskiego kolonializmu niż urzędnicy NBP w stosunku do jakichkolwiek innowacji. Ale wszyscy urzędnicy znają świętą zasadę: żadna trzyliterowa służba, prokuratura czy NIK nie ukarze urzędnika za zaniechanie (notabene to jedna z największych zbrodni w pracy, jaką znam). Natomiast ulepszanie, poszukiwanie rozwiązań i generalnie – czynienie dobra, zawsze się zemści” – takim spostrzeżeniem Marek Belka podzielił się w swojej autobiografii „Selfie”. Wiedział, co pisze, bo przepracował w naszym banku centralnym sześcioletnią kadencję prezesa i na obserwacje miał dość czasu.
„NBP ma również silnie rozwinięty gen działalności antyrządowej. Wszczepiony jeszcze w latach 90. Współpraca, ba! kontakty z Ministerstwem Finansów uchodzą za coś mocno podejrzanego. Bierze się to stąd, że bank centralny ma poczucie niezależności i starannie tę niezależność pielęgnuje. Co często – mówiąc eufemistycznie – irytuje rząd”– pisał w innym miejscu Belka. Tym razem także czerpał z własnych doświadczeń, bo jako minister finansów obserwował NBP z przeciwnej strony ul. Świętokrzyskiej. Samą warszawską ulicę, przy której siedzibę mają bank centralny i resort finansów, nazywa linią demarkacyjną. Twierdzi, że mniej pilnowana jest ta między Koreami.