Reformy budżetowe w niektórych państwach członkowskich niezmiennie okazują się trudne do przeprowadzenia. Pozornemu zwycięstwu w sprawie Włoch towarzyszą niepokojące sygnały z Francji.
W przyszłym roku włoski deficyt budżetowy wyniesie 2,04 proc. zamiast planowanych 2,4 proc. Taki jest efekt kompromisu po kilkumiesięcznej przepychance między Rzymem a Komisją Europejską, podczas której ta druga zagroziła nawet uruchomieniem wobec Włoch procedury nadmiernego deficytu.
Rynki odetchnęły z ulgą. Italia jest drugim najbardziej zadłużonym krajem w Unii Europejskiej. Każdy dodatkowy procent PKB pożyczony przez włoski rząd od dłuższego czasu stanowi powód do obaw nie tylko dla inwestorów, ale też dla pozostałych krajów strefy euro martwiących się o to, czy wspólna waluta wytrzymałaby bankructwo tak dużej gospodarki, jak włoska. Analogicznie każdy procent PKB deficytu mniej to powód do świętowania.
Reklama

Widmo bankructwa

Problem polega na tym, że o ile na papierze Włosi zredukowali deficyt, o tyle w rzeczywistości zdecydowali się po prostu odłożyć na później pewne wydatki.

Reklama
– Poważna część zaplanowanych oszczędności bierze się z opóźnienia wejścia w życie dwóch dużych pozycji po stronie wydatków – dochodu obywatelskiego i reformy emerytalnej. A to oznacza, że kiedy już zostaną wprowadzone, wygenerują dodatkowe koszty na lata – powiedział wczoraj Valdis Dombrovskis, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej odpowiedzialny m.in. za stabilność finansową.
Innymi słowy widmo włoskiego bankructwa wciąż będzie się unosiło nad strefą euro, tym bardziej że obecna koalicja rządząca poważnie podchodzi do realizacji obietnic społecznych. A to oczywiście oznacza wzrost po stronie wydatków, chyba że Rzymowi udałoby się zabezpieczyć dochody, np. łatając dziury w systemie podatkowym. Na razie jednak się na to nie zanosi.
Pozornemu zwycięstwu w sprawie Rzymu towarzyszą niepokojące sygnały z Paryża. W reakcji na protesty „żółtych kamizelek” także prezydent Emmanuel Macron zdecydował się na podniesienie wydatków socjalnych. Oznacza to, że nici z deficytu na planowanym poziomie 2,8 proc. Wczoraj w wywiadzie dla gazety „Les Échos” premier Édouard Philippe ocenił, że będzie on bardziej zbliżony do poziomu 3,2 proc., czyli 0,2 pkt proc. ponad przyjętą w Unii Europejskiej górną granicą wysokości deficytu.
Oba wydarzenia mają poważne konsekwencje polityczne. Jeśli chodzi o Rzym, wczorajsze porozumienie z Brukselą świadczy o tym, że obecny rząd nie chce w każdej sprawie iść na zderzenie z UE. Kontrastuje to z wcześniejszymi, buńczucznymi zapowiedziami wicepremierów Luigiego Di Maio i Mattea Salviniego, którzy zapowiadali twardą walkę z eurokracją w każdej sprawie. Warto przypomnieć, że nie bierze się to wyłącznie z eurosceptycyzmu ugrupowań, którym przewodzą wspomniani politycy. Już poprzedni premier Matteo Renzi szukał ratunku dla pikujących notowań swojego gabinetu w ostrej retoryce antyunijnej.

Zmiana warty

Z drugiej jednak strony Rzym wie, że w przyszłej wieloletniej perspektywie finansowej może liczyć na dodatkowe środki z Unii, ponieważ więcej pieniędzy ma trafić do regionów, które jeszcze nie wygrzebały się z negatywnych skutków kryzysu finansowego. Co więcej, w przyszłym roku następuje zmiana warty na najważniejszych stanowiskach unijnych. Włosi mogą więc wycofywać się na z góry upatrzone pozycje, aby zachować siłę negocjacyjną w tych naprawdę ważnych bitwach.
Problemy budżetowe to na pewno gorsza wiadomość dla prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Lokator Pałacu Elizejskiego od początku rządów był świadom, że wprowadzenie jakichkolwiek zmian w Unii wymaga przekonania do nich Niemiec. A to będzie możliwe wyłącznie wtedy, gdy Paryż pokaże Berlinowi, że jest w stanie przeprowadzić reformy na własnym podwórku. Z tego względu Macron wziął się za uelastycznienie rynku pracy i poprawę efektywności szkolnictwa zawodowego. Ale najważniejszą z reform miało być pokazanie Niemcom, że po latach deficytu wyższego niż 3 proc. Francja potrafi szukać oszczędności i zachowywać odpowiedzialność fiskalną.

Powrót do przeszłości

Protesty „żółtych kamizelek” przerwały jednak reformatorski kurs francuskiego prezydenta. Przy okazji pikujące notowania rzucają cień na europejskie ambicje Macrona, który pozycję na unijnej arenie budował właśnie dzięki wizerunkowi reformatora i jedynego polityka, który zgłasza pomysły na przyszłość Unii wobec brexitu, słabości szefów rządów Hiszpanii, karuzeli premierów Włoch czy niechęci Angeli Merkel do podejmowania wielkich wyzwań. Rozdęty deficyt to powrót do czasów Nicolasa Sarkozy’ego i François Hollande’a, tyle że w wydaniu polityka, który obiecał gruntowne zmiany.
Porozumienie z Włochami to zarazem ulga dla KE, która miałaby poważny problem, co zrobić z Paryżem, skoro za znacznie niższy deficyt gani się Rzym. Teraz komisarz ds. budżetu, Francuz Pierre Moscovici, spokojnie oświadczył, że komisja może przymknąć oko na przestrzelony deficyt, o ile oczywiście okaże się przejściowy.