Rządził teorią ekonomii tak długo, aż wyrządził szkody gospodarczej praktyce. Potem podobno ścięto go na intelektualnym szafocie. Pogłoski o śmierci homo oeconomicusa, zwanego także Maksem U, są jednak przesadzone.
Zanim porozmawiamy o Maksie U, pytanie: jak wyobrażacie sobie terrorystę, który decyduje wysadzić się w londyńskim autobusie, na koncercie gwiazdy pop albo wjechać w tłum spacerowiczów na świątecznym jarmarku? Czy to imigrant z Afganistanu, któremu nie udało się zasymilować? Ubogi, wykluczony i tak sfrustrowany, że wizja 72 dziewic w raju wydaje mu się bardziej prawdopodobna niż powodzenie w doczesnym życiu? W artykule opublikowanym w brytyjskim dzienniku „The Guardian” aktywista Kennedy Odede z organizacji Shining Hope for Communities zauważa: „Bieda karmi terroryzm, uderzając w podstawową ludzką potrzebę: potrzebę przynależności. (...) Budowa poczucia przynależności poprzez danie ubogim szansy ekonomicznej (...) jest kluczowa dla zwalczania terroryzmu”. A zatem przyczyną terroryzmu jest bieda?

Miłość w cudzysłowie

Reklama
Jeśli tak uważacie, macie w sobie coś z ekonomisty. Ale uwaga! Ekonomisty-materialisty, który w ludzkim działaniu doszukuje się wyłącznie racjonalności i dążenia do zysku. Ekonomisty, który redukuje człowieka do homo oeconomicusa, istoty racjonalnej, Maksa U – jak mawiają niektórzy, nawiązując do funkcji maksymalizacji użyteczności, na której opiera się ekonomia głównego nurtu. Taki ekonomista byłby zaskoczony faktem, że terroryści rekrutują się spośród relatywnie dobrze zintegrowanych społeczności (co wynika z badań Erasmus University w Rotterdamie) i bywają tak zamożni, że stać ich na skuteczniejsze polepszenie swego bytu niż detonacja pasa szahida (według MI5 na Wyspach ok. 60 proc. podejrzanych o terroryzm to klasa średnia).
A zatem nie zawsze bieda. Źródłem terroryzmu jest też często motywowana politycznie albo religijnie nienawiść. A czasem po prostu nienawiść. „Niektórzy ludzie lubią patrzeć, gdy świat płonie” – tłumaczył Alfred Pennyworth, kamerdyner komiksowego Batmana. To, co rozumieli scenarzyści filmu „Mroczny rycerz” (to w nim padają te słowa), jest niepojęte dla ekonomistów z obozu Maksa U. Nie potrafią oni wyjaśnić w pełni ludzkich zachowań, bo nie dostrzegają wielowymiarowości człowieka. Próbują wtłoczyć go w kategorie materialistycznego, ilościowego opisu, w całości, wraz z nienawiścią i miłością, pisząc przez to o tych uczuciach w cudzysłowie. Miłość? To tylko nazwa specyficznego rynku. Religia? Noblista Douglass North ma ją za jedną z wielu instytucji, które nakładają na ludzi ograniczenia w ich działaniu. „Religia jest dla niego klubem towarzyskim, z jego kosztami i korzyściami, a nie osobną tożsamością czy dialogiem” – tłumaczy prof. Deirdre N. McCloskey z Harvardu, dawniej zwolenniczka Maksa U, dzisiaj jego surowa krytyczka. Uważa ona, że termin „maksymalna użyteczność” zrobił niezasłużoną karierę w ekonomii, wypaczając ją jako naukę, bo dając złudzenie, że można opisać ludzkie preferencje z fizykalną precyzją. Nie można. Człowiek to coś więcej niż atomy – to relacje, intencje, wola, emocje, idee, doświadczenia. W dużej mierze tajemnica.

Reklama
Jednym chórem z McCloskey śpiewają wolnorynkowi ekonomiści z tzw. szkoły austriackiej (np. słynny inwestor Mark Skousen czy historyk ekonomii Robert Higgs), ale też intelektualiści lewicowi. To głównie ci ostatni wypchnęli homo oeconomicusa na szafot po kryzysie 2008 r. Kryzys stanowił do tego dobry pretekst, bo wywołały go zachowania określane jako nieracjonalne. Nadmierna chciwość bankierów, owczy pęd inwestorów, ignorowanie jasnych oznak kłopotów przez polityków. Zachowań tych ekonomiści wierzący w Maksa U nie umieli przewidzieć. „Nasza dominująca ideologia oparta jest na kłamstwie, że jesteśmy przede wszystkim egoistami. Koncept, który powstał jako eksperyment myślowy, stał się narzędziem modelowania, a w końcu ideałem zachowania” – pisał w lewicowym magazynie „The New Statesman” krytyk wolnego rynku George Monbiot. O wypromowanie Maksa U publicznie oskarżono ostatecznie właśnie ekonomię wolnorynkową, a właściwie to neoliberalizm, pojęcie-pałkę mieszczące w sobie rynek i inne nieszczęścia. To jednak tylko część prawdy.
Czas do oklepanej (a zarazem prawdziwej) tezy, że homo oeconomicus to szkodliwe uproszczenie, dorzucić nieznaną biografię tej istoty podkreślającą jej... lewicową i zupelnie niewolnorynkową proweniencję. I przestrzec, że wcale nie umarł, a przepoczwarzył się w bestię, której specjalnością jest szturchanie, popychanie i zawracanie „irracjonalnych” ludzi w kierunku wytyczonym przez technokratów. Ta bestia wcale nie jest mniej nieludzka.
Skąd się wzięła? Od Adama Smitha?

Lody jak opera

Lewicowi krytycy z lubością cytują m.in. ustęp „Badań nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”, w którym Smith pisze, że nie „od przychylności piwowara czy piekarza oczekujemy naszego obiadu, lecz od ich dbałości o własny interes”. Chcą tym samym uzasadnić pogląd, że koncepcję Maksa U zapoczątkował właśnie Szkot. To jednak przeinaczenie. Smith w „Teorii uczuć moralnych” dostrzega w człowieku nie tylko wyrachowanie, ale i skłonność do troski o innych, a za źródło moralności uznaje empatię. Traktujemy innych dobrze, bo umiemy się wczuć w ich położenie. Smith jest bez winy w kwestii Maksa U.
Pierwszym poważnym myślicielem, w którego głowie narodziła się koncepcja zbliżona do nowoczesnego homo oeconomicusa, był Jeremy Bentham. Jeśli nie kojarzycie go z poglądów filozoficznych, to i tak słyszeliście o panoptikonie, projekcie więzienia, w którym strażnik może z jednego punktu kontrolować wszystkich więźniów, na dodatek przez nich niewidziany. To właśnie jego pomysł.
Bentham zaczynał jako miłośnik rynku, ale skończył jako adorator państwa. Co było przyczyną wolty? Rozwinięty przezeń hedonistyczny utylitaryzm – pogląd, że pożądane (użyteczne) jest to, co daje szczęście, a więc jak największa przyjemność i jak najmniejsze cierpienie. Żeby oceniać, co jest dla społeczeństwa dobre, a co nie, trzeba niczym ów więzienny strażnik przyjrzeć się wszystkim obywatelom, zsumować przyjemność, jaką czerpią np. z zakazu handlu w niedzielę, zsumować wynikające z niego cierpienie, odjąć jedno od drugiego, porównać wynik z sytuacją alernatywną i – voilà! – wiemy już, co robić. Proste? Tak się Benthamowi wydawało. Zwłaszcza że dla naukowej wygody uznał radość i cierpienie za wartości homogeniczne, czyli takie, które można umiejscowić na jednej skali, żeby móc je swobodnie dodawać i odejmować. Racjonalnie. Matematycznie. Przyjemność z jedzenia lodów w takim ujęciu ma tę samą naturę, co przyjemność z jazdy na rowerze czy słuchanie opery. Takie oderwane od życia założenia doprowadziły Benthama do oderwanych od życia poglądów na ekonomię. Popierał np. ceny maksymalne na chleb jako politykę zwalczania biedy, zapominając, że muszą one skutkować niedoborami towaru. Z obrońcy wolności Bentham stał się jej wrogiem. „Strachu przed rządem nie odczuwam. Zostawiam to Smithowi i innym obrońcom praw człowieka” – pisał.
Większy strach przed rządem odczuwał uczeń Benthama, John Stuart Mill. Wolnorynkowe (niestety pozornie) oraz postępowe poglądy (był np. zwolennikiem emancypacji kobiet) zapewniły mu reputację jednego z największych liberałów w historii. Mill również był utylitarystą przekonanym, że ludzkie działanie powinno przynosić „jak największe szczęście jak największej liczby ludzi”. Nie był jednak tak twardogłowy, by nie rozróżniać między różnymi rodzajami przyjemności. Te intelektualne stawiał wyżej od cielesnych. Jedzenie lodów ustępowało operze. Zdaniem Milla porządkowanie przyjemności od mniejszej do większej odbywa się drogą namysłu. Taki utylitaryzm wymaga przyjęcia mocnego założenia o ludzkiej racjonalności. Ogólnie rzecz biorąc, ludzie dążą do przyjemności (użyteczności), racjonalnie je hierarchizując. A ekonomicznie rzecz biorąc, ludzie dążą do jak największego bogactwa, przy czym sama ekonomia jako nauka zajmuje się tym, jakie obierają ku temu środki w danym kontekście historycznym. Brzmi znajomo?

Eugenika taka fajna

Tak. Bo to już Maks U. Prawie. Powiedzmy, że to czwarty miesiąc ciąży, gdy widać już korpus ogólnych założeń, ale dopiero w siódmym miesiącu wyrosną mu włosy rygorystycznego opisu, a w ósmym paznkocie, a raczej szpony wynaturzonej matematyki. Niemniej można już ogłosić cud: związek dwóch mężczyzn, Milla i Benthama, dał początek nowemu życiu. Poczęto Maksa U, by objął władanie nad ekonomią i przy okazji – ze względu na pokrewieństwo z utylitaryzmem – stał się cichym wrogiem wolności i najemnikiem rządu. Skoro bowiem przyjemności poddają się racjonalnemu osądowi, a racjonalność ma uniwersalny charakter, to dlaczego nie mielibyśmy powierzyć rządowi dbania o nasze szczęście? Niech racjonalnie działa dla dobra publicznego. Niech mówi nam, co leży w naszym interesie. Nic dziwnego, że jak zauważa Ellen Franken Paul z Cato Institute w jednej z prac, Mill mimo swych wolnościowych bon motów wspierał m.in. „państwową własność ziemi, pomoc robotnikom zwalnianym w wyniku automatyzacji, wprowadzenie podatku dochodowego (novum w XIX w. – przyp. aut.) czy ograniczenie praw osób, które wydały na świat osoby będące ciężarem dla społeczeństwa”. Wszystko to miało maksymalizować szczęście z punktu całego społeczeństwa.
Zwróćmy uwagę na ostatni postulat. Brzmi skandalicznie? Owszem. I jest pierwszym krokiem w stronę eugeniki, niebezpiecznej teorii, która rozszerza władanie Maksa U na dziedzinę ewolucji, a w każdym razie pozwala mu na taką uzurpację. Eugenika (pojęcia użył w 1869 r. po raz pierwszy Francis Galton, kuzyn Darwina) bazuje na założeniu, że możliwe jest takie sterowanie rozmnażaniem ludzi, by ograniczać odsetek osobników wybrakowanych (chorowitych, niepełnosprawnych, o niskiej inteligencji itd.). Utylitaryzm, w ramach którego uznać można taką selekcję za pożądaną, stał się naturalną moralnością obozu szalonych eugeników z I poł. XX w. Należeli doń nie tylko „reformatorzy” sterylizujący w Szwecji upośledzonych intelektualnie, amerykańscy rasiści i rasistki, ale przede wszystkim naziści z doktorem Mengele na czele. Wiara w Maksa U okazała się wymówką dla narzucania niewielu woli większości.
Zanim to się stało, wydarzyło się coś jednak dającego nadzieję, że Maks U nie okaże się wyłącznie wynaturzeniem: rewolucja marginalistyczna. W latach 60. i 70. XIX w. Anglik William Stanley Jevons, Austriak Carl Menger i Francuz Leon Walras publikowali prace rozwijające ekonomię w utylitarystycznym kierunku. Był to utylitaryzm zreformowany, ale nie reformatorski. Teoria tłumacząca zachowania ludzi, ale nie aspirująca do ich zmiany. Najciekawsze ustępy prac poświęcono tzw. użyteczności krańcowej (stąd rewolucja marginalistyczna) i próbom wyjaśnienia, skąd się biorą ceny. Gra podaży i popytu nie jest wyjaśnieniem pełnym. Coś przecież za nie odpowiada. Co? Klasyczni ekonomiści nie umieli tego do końca wytłumaczyć i co rusz trafiali na paradoksy. Na przykład woda jest bardzo użyteczna, a tania, podczas gdy diamenty są mało użyteczne, a drogie. Jak to wyjaśnić? Menger, bodaj najbardziej przenikliwy z wymienionej trójki, śpieszył z wyjaśnieniem. Pomyślcie, mówił, rynek tworzą przecież ludzie i ich potrzeby. Ludzie porządkują je w zależności od własnych celów. Jeśli ktoś jest spragniony, np. po 40 dniach na pustyni, zapłaci za wodę jak za złoto. Ma ona dla niego wysoką wartość użytkową, w przeciwieństwie do diamentów, o których w takiej chwili nie myśli wcale. Im mniej pilna jest potrzeba wykorzystania wody, tym mniejsza jest użyteczność każdego kolejnego jej litra. Wartość rynkowa będzie więc równała się wartości użytkowej ostatniego litra wody. Pomyślcie – zrobiliście z wodą już niemal wszystko (jesteście umyci, napici, podobnie wasze dzieci, a nawet konie), a mimo to sprzedawca wciąż ją wam wciska. Nie zapłacicie mu zbyt wiele, prawda? Właśnie. Woda jest tania, ale ze względu na obfitość jej sumaryczna użyteczność jest bardzo wysoka. Inaczej jest z diamentami. Są drogie, bo – stanowiąc dobro rzadkie – wyczerpują się szybciej, niż znikają zaspokojone nimi potrzeby. Jednocześnie ich sumaryczna użyteczność jest niższa niż w przypadku wody.

Samuelson na bezludnej wyspie

Wyjaśnienia marginalistów były rewolucyjne, ale i skromne. Nie potrzebowały matematyki bardziej niż do ogólnego zilustrowania głównych tez i nie wymagały założenia o ludzkiej racjonalności mocniejszego niż to, że ludzie po prostu chcą jakoś osiągać pewne cele uporządkowane na subiektywny sposób. Mogą więc wybierać cele głupie oraz nieskuteczne narzędzia ich osiągania.
To był ten siódmy miesiąc ciąży, dający jeszcze cień nadziei, że Maks U narodzi się jako zdrowy dzieciak. Ekonomia mogła zreformować i odratować utylitaryzm, zwłaszcza że teorię marginalistów rozwijały kolejne wybitne umysły – Alfred Marshall (dzięki niemu wiemy, że warto handlować) i Vilfredo Pareto (dzięki niemu wiemy, że zwycięzca bierze wszystko), ale też Austriacy (tacy jak Ludwig von Mises) pilnujący, by nie zaczęto subiektywnego pojęcia użyteczności matematycznie „obiektywizować”. Cóż z tego, gdy ostatni miesiąc ciąży należał do Paula Samuelsona...
Ten pierwszy Amerykanin uhonorowany Nagrodą Nobla z ekonomii to autor najpopularniejszego podręcznika do ekonomii w dziejach (19 edycji od 1948 r., ponad 4 mln sprzedanych egzemplarzy i tłumaczenie na 40 języków), z którego wiedzę o niej czerpali niemal wszyscy wpływowi obecnie badacze. To Samuelson popchnął ekonomię neoklasyczną w stronę skrajnego zmatematyzowania i skomplikowanych modeli. Wierzył, że metodologicznie ekonomia nie różni się zbytnio od fizyki. Gospodarkę, a więc ludzi, da się zbadać empirycznie, a wyniki tych badań przepisać na język matematyki.
„W »Podstawach analizy ekonomicznej« z 1947 r. przedstawił schemat działania, który wykorzystywano potem przez dekady: zbuduj dla abstrakcyjnych agentów matematyczny model maksymalizacji obiektywnej funkcji przy ich ograniczeniach, udowodnij, że model jest w stabilnej równowadze, i pokaż, jak zmienia się ta równowaga w zależności od parametrów” – streszcza metodę Samuelsona Robert Higgs. I nawet streszczenie brzmi jak czarna magia.
Maks U po ingerencji Samuelsona nie przypomina już realnego człowieka. Stał się kalkulatorem, okrojonym o wszystko poza racjonalnością.
Ograniczenia modelu Samuelsona ilustruje przykład Robinsona Crusoe. Jak w jednym z tekstów zauważa Fernando Herrera-Gonzalez z Uniwersytetu Politechnicznego w Madrycie, gdyby Crusoe był Samuelsiańskim Maksem U, rozejrzałby się po swojej bezludnej wyspie, znalazł krzaki z jagodami, obliczył, że optymalne będzie dla niego zbieranie ich przez 10 godzin dziennie, a potem wygrzewanie się w słońcu. I tak do końca swych dni. Co, jeśli nie znalazłby jagód? „Umarłby, bo nie miałby czego zmaksymalizować” – pointuje Herrera-Gonzalez. Ekonomia spod znaku Maksa U nie umie tłumaczyć, jak to możliwe, że ludzie wyszukują nowe sposoby realizacji swoich celów. Nie tłumaczy kreatywności i przedsiębiorczości, a to dzięki nim Crusoe, nawet jeśli nie ma oczywistych zasobów, to i tak „coś wymyśli”. Nie tylko przeżyje – rozwinie się.
Samuelson tego nie pojmował. Schwytany w matematyczną pułapkę wierzył np. aż do końca lat 80., że ZSRR to dobrze działająca gospodarka, która prześcignie USA. Bo tak podpowiadały mu dostarczane przez Sowietów dane. Tę wiedzę sprzedawał swoim uczniom, którzy sądząc, że są keynesistami (bo Keynes to główna inspiracja Samuelsona), popierali państwowy interwencjonizm. Dzisiejszy Maks U narodził się i zamieszkał na lewicy. I o tym lewicowi krytycy mainstreamu ekonomicznego i neoliberalizmu zapominają. Przyznajmy na ich usprawiedliwienie, że Samuelsiańskie myślenie przeniknęło też do kojarzonej z wolnym rynkiem szkoły chicagowskiej. Profesor Deirdre McCloskey uważa, że sparaliżowało to ekonomię w kwestii najważniejszej: zdolności do wyjaśnienia Doniosłego Faktu, czyli genezy 200 lat kapitalistycznego postępu. Wszystkie przedstawiane teorie były materialistyczne, pomijały więc znaczenie idei i społecznych narracji (mentalności). Tymczasem McCloskey twierdzi, że innowacyjność pojawia się tam, gdzie docenia się innowatorów; tam, gdzie burżuazję obdarza się godnością i wolnością.

Szturchający Maksio

Samuelson zmarł w 2009 r., ale zdążył do swojego podręcznika wprowadzić korekty z azymutem na wolny rynek. Porzucił np. swoje keynesistowskie uprzedzenia do oszczędzania, usuwając rozdział nt. paradoksu zapobiegliwości (teoria, że oszczędności prowadzą do spadku popytu i osłabienia wzrostu PKB). Maks U jednak wciąż żył, bo Samuelson nie uwzględniał np. w pełnym wymiarze osiągnięć ekonomii behawioralnej.
Jej przedstawiciele – tacy, jak uhonorowani Nagrodą Nobla w 2002 r. Daniel Kahneman i Amos Tversky – wyspecjalizowali się w analizowaniu ludzkiej omylności, nieuświadomionych uprzedzeń, błędów myślenia. Pokazywali, że modele neoklasyków są zbyt nierealistyczne, by mówić coś o świecie. Przyjęło się sądzić, że to właśnie behawioryści zadali śmiertelny cios Maksowi U i taką właśnie tezę przekazali opinii publicznej ich lewicowi intepretatorzy.
Błąd. Behawioryści wcale nie przebili Maxa U kołkiem osikowym i nie odcięli mu głowy. Ba, sami dali mu się przed śmiercią ukąsić, bo odrodził się właśnie w nich. Jak zauważa dr Arkadiusz Sieroń, ekonomista z Uniwersytetu Wrocławskiego, behawioryści faktycznie podważyli neoklasyczne modele, ale poszli za daleko, traktując odchylenia od modelu homo oeconomicusa jako dowód na „irracjonalność” jednostek. Zapragnęli irracjonalnego człowieka z tej jego irracjonalności jakoś wyratować poprzez... manipulowanie nim. Nie stanęli więc w prawdziwej opozycji względem Maksa U i, pisze Sieroń, „pozostali w ramach racjonalności konstruktywistycznej”.
Założyli nie wprost, że można stworzyć racjonalnego projektanta, który nie dość, że zrozumie irracjonalność ludzi, to jeszcze uporządkuje ich zaburzone hierarchie wartości tak, by odpowiadały ideałowi. Jakiemu? A to już zależy od opinii projektanta. Czempionem tego podejścia jest Richard Thaler, który w 2017 r. otrzymał Nobla. Jest autorem koncepcji, wedle której ludzi można delikatnym „szturchaniem” (nudge), czyli sprytnym systemem zachęt, kierować na właściwe tory postępowania w kwestiach takich, jak zdrowie, bogactwo czy szczęście. Tę strategię wykorzystują rządy – w Polsce np. wprowadza się pracownicze plany kapitałowe, na które ludzie wpisywani są z automatu, a wypisać się mogą dopiero składając rezygnację. Ale też korporacje – np. sieci supermarketów umieszczają zielone strzałki w kierunku stanowisk ze świeżymi owocami, by szybciej sprzedać towar. 9 na 10 klientów kieruje się strzałkami automatycznie. Brzmi niewinnie, lecz to pozory.
Magazyn DGP 7 grudnia / Dziennik Gazeta Prawna
Takie systemowe bodźcowanie jest w zasadzie kreatywnym rozwinięciem propozycji wczesnych utylitarystów. Różni się tym, że o ile kiedyś przynajmniej miano ludzi za racjonalnych, o tyle dzisiaj uznaje się ich za ciemny lud, któremu trzeba stawiać zdrową żywność na wysokości oczu, żeby wybrał ją zamiast tej niezdrowej, z dolnej półki. Taki utylitarystyczny paternalizm w demokracjach jest groźny tylko potencjalnie. Dzisiaj chcą nas skłaniać do oszczędzania, a może w przyszłości zechcą nas „szturchać” w kierunku wiary w Latającego Potwora Spaghetti?
Mroczna natura propozycji behawiorystów ujawnia się w całej krasie w autorytaryzmach. Na przykład chiński cyfrowy system „kredytu społecznego”, dzięki któremu rząd zwiększa kontrolę nad społeczeństwem, oparty jest właśnie na racjonalnym projekcie zachęt dla irracjonalnych ludzi. To ścisła implementacja nowego wcielenia Maksa U. Jaka na to rada?
Powrót ekonomii (i ekonomistów) do prawdziwej naukowości. Takiej, która pod płaszczykiem racjonalności czy też walki o nią nie przemyca arbitralnych celów władzy.