Migranci – tak czy nie? To dylemat, przed którym stoi dziś każdy kraj bogatego Zachodu, również Polska. Odpowiedzi skrajne (pełna otwartość albo totalne zamknięcie) oczywiście odrzucamy, bo w prawdziwym świecie nie da się ich zrealizować. Jak wybrać właściwą politykę pomiędzy biegunami? I co na to współczesna ekonomia?
Dyskusja na ten temat trwa i jest arcyciekawa. Choćby ostatni tekst Iana Goldina z Oksfordu, napisany do spółki z Benjaminem Nabarro. Goldin to wśród brytyjskich badaczy problemu nazwisko znaczne. Można by nawet powiedzieć, że trochę celebryta. Kilka lat temu wydał książkę „Exceptional People” (rozmowa z autorem wokół jej tez ukazała się także w DGP nr 117/2011), w której przedstawił bardzo pozytywną wizję migracji. Pytał, czym byłyby Stany Zjednoczone bez napływu migrantów z przełomu XIX i XX w. I stwierdzał, że na pewno nie mocarstwem.
Nowy tekst Goldina jest już jednak trochę inny. Oksfordczyk próbuje się w nim zmierzyć ze wzrastającą falą nastrojów antymigranckich w większości zachodnich krajów, ewidentnie uznając, że pokazywanie wyłącznie pozytywnych przykładów z przeszłości to jednak za mało. W nowej pracy autor pisze więc tak: oceniając wpływ migracji na gospodarkę kraju przyjmującego, musimy nie tylko wziąć pod uwagę, czy migracja pomogła wygenerować większy wzrost, lecz również to, jak owoce tego wzrostu zostały podzielone wewnątrz społeczeństwa przyjmującego. Nadmierne koncentrowanie się na tym pierwszym pytaniu nieuchronnie musi budzić niezrozumienie: skąd, u licha, te wszystkie wrogie postawy, skoro dzięki przybyszom gospodarka rozwija się szybciej, niż rozwijałaby się bez nich? Czyżby ludzie oszaleli? A może poszli na lep mitycznych populistów i demagogów?