Wydziały upadłościowe sądów rejonowych są obecnie na skraju zapaści kadrowej i organizacyjnej z powodu wzrastającej liczby upadłości konsumenckich. W 2017 r. otwarto łącznie 6474 postępowań związanych z niewypłacalnością, w tym 5535 upadłości konsumenckich, 591 upadłości firm i 348 postępowań restrukturyzacyjnych (źródło: www.coig.com.pl).
W tym samym roku w Niemczech otwartych zostało 114 355 postępowań insolwencyjnych, w tym 94 079 upadłości konsumenckich i 20 276 postępowań dotyczących firm (źródło: de.statista.com). Dokonując symulacji z uwzględnieniem liczby ludności obu krajów w odniesieniu do liczby upadłości konsumenckich (37,9 mln / 82,5 mln) i z uwzględnieniem PKB w odniesieniu do liczby postępowań dotyczących firm (RP: 524,5 mld USD / RFN: 3677 mld USD) można pokusić się o stwierdzenie, że w Polsce mogłoby być ogłaszanych rocznie 43 219 upadłości konsumenckich i 2892 postępowań związanych z niewypłacalnością firm.
Jednocześnie trzeba stwierdzić, że otwarcie w ciągu jednego roku takiej liczby postępowań upadłościowych i restrukturyzacyjnych spowodowałoby trudny do wyobrażenia kryzys nie tylko wydziałów upadłościowych, ale też całych sądów, w których je umiejscowiono.
Należy sobie zadać pytanie: jak to się zatem dzieje, że sądy niemieckie funkcjonują i całkiem nieźle radzą sobie w kwestii szybkości procedowania, a nasze wydziały upadłościowe przy dużo mniejszym obciążeniu są na skraju zapaści? Powody takiej sytuacji są złożone. Niektóre z nich są jednak możliwe do usunięcia na drodze zmiany.
Istotną wadą przepisów regulujących przebieg postępowania upadłościowego jest (zapewne nieświadome) oparcie ich na dwóch sprzecznych zasadach: braku zaufania do syndyków i pozostawieniu syndykom (jak też sędziom) pełnej uznaniowości w zakresie wydatkowania funduszów masy.