Otwarcie dalekowschodniego rynku dla polskiego drobiu rozbudziło apetyt producentów. Kolejne zakłady starają się o możliwość eksportu
W 2016 r. wartość drobiu sprzedanego z Polski do Chin wyniosła ponad 125 mln zł. Rok później spadła do zera. Powód? Rynek został zamknięty w związku z ptasią grypą. Teraz wracamy do gry. 25 września Chiny ponownie otworzyły się dla polskich zakładów drobiarskich. Na razie pięciu. Ale jest szansa na rozszerzenie tej listy.
O możliwość eksportu aplikuje ok. 50 firm. Połowa z nich już wysłała dokumenty. To oznacza, że wystarczy tylko wizytacja przedstawicieli chińskich służb weterynaryjnych, by współpraca ruszyła. Sprawdzenie nowych zakładów jest możliwe przy okazji odwiedzin w eksportujących już zakładach, które starają się o rozszerzenie asortymentu. Powodzenie przedsięwzięcia, a co za tym idzie data inspekcji zależą, zdaniem branży, od obecności Polski na targach ImportExpo, które na początku listopada odbędą się w Szanghaju.
– Uważamy, że nasz kraj powinien reprezentować premier Mateusz Morawiecki lub minister rolnictwa. Tylko wtedy damy sygnał, jak ważny jest dla nas chiński rynek – informuje Łukasz Dominiak, dyrektor generalny Krajowej Rady Drobiarstwa – Izby Gospodarczej. Dlatego, jak dodaje, organizacja wysłała w tym tygodniu pismo w tej sprawie do resortu rolnictwa.
Reklama
Na skutek rozszerzenia listy zakładów wartość eksportu mogłaby ulec przynajmniej podwojeniu. Chiny dołączyłyby więc do grona naszych największych odbiorców mięsa i produktów drobiowych. Liderem są Niemcy. Ich udział w eksporcie wartym ponad 2 mld euro wynosi ponad 20 proc. Drugie miejsce należy do Wielkiej Brytanii – ok. 16 proc., a trzecie do Francji – ok. 8 proc.
O jak najszybszym powrocie do Chin myśli Indykpol, który w skali miesiąca wysyłał do tego kraju ok. 500 ton towaru.

Reklama
– Duże zmiany na arenie międzynarodowej oraz obecny problem w Chinach z ASF (afrykański pomór świń – red.) dają nowe możliwości dla mięs, które są substytutem wieprzowiny – mówi Rafał Serek, dyrektor eksportu Indykpolu. – W naszej strategii eksportu Chiny są ważnym elementem dywersyfikującym sprzedaż. Szczególnie, że odbiorcy z tego rynku poszukują innych elementów niż klienci unijni i w ten sposób uzupełniają naszą ofertę – podkreśla. Dalekowschodni odbiorcy są zainteresowani np. lotkami, łapkami czy innymi podrobami, które w Europie uważane są za odpady.
Mówi o tym również Andrzej Goździkowski, prezes Cedrobu: – Plusem tego rynku jest to, że lokalni konsumenci preferują inne partie mięsa niż np. Europejczycy. Tutaj tkwi duża szansa na rozwijanie działalności i osiąganie lepszych cen. Poza tym to olbrzymi rynek, na którym spożycie mięsa stale się zwiększa.
Cedrob również liczy na pozytywną ocenę chińskich urzędników weterynaryjnych. Firma trzy lata temu pozytywnie przeszła audyt. W otrzymaniu pozwolenia przeszkodziła epidemia ptasiej grypy.
– I bez Chin rośniemy w tempie kilku procent rocznie. Nie jest więc to rynek niezbędny do dalszego rozwoju. Ale jeśli będziemy tam eksportować, być może osiągniemy jeszcze lepsze efekty – mówi Goździkowski.
Zdaniem Jana Wolffa, dyrektora eksportu w firmie SuperDrob, każdy z uprawnionych zakładów będzie zapewne wysyłał maksymalne ilości towarów dopuszczonych do eksportu na rynek chiński. Z danych Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej wynika, że produkcja mięsa drobiowego w 2017 r. wyniosła niemal 2,7 mln ton.
– Chiny to prawie 1,5 mld ludzi, więc na statystycznego mieszkańca tego kraju przypadałoby ok. 2 kg polskiego mięsa drobiowego, jeśli cała produkcja byłaby eksportowana w tamtym kierunku. To oczywiście tylko teoretyczne założenie, głównym odbiorą pozostaje UE. Nie zmienia to faktu, że dla polskich producentów Chiny to kierunek o ogromnym znaczeniu – uważa Jan Wolff.
Duży wolumen eksportu oznacza zaangażowanie znacznej części mocy przerobowych zakładów oraz w wielu przypadkach poważne nakłady inwestycyjne. – W sytuacji nagłego powtórnego zamknięcia tego rynku, np. z powodu grypy ptaków, producenci byliby zmuszeni do upłynnienia dużej części produkcji eksportowej. Firmy znalazłyby się w wyjątkowo trudnej sytuacji, gdyż mówimy o asortymencie, który trudno będzie korzystnie sprzedać w Europie – zauważa Łukasz Dominiak.