„Już za cztery lata Polska będzie mistrzem świata!” – czy to w ogóle możliwe? Chociaż styl gry naszej reprezentacji w trakcie mundialu na to nie wskazywał, ekonomiści mówią: niewykluczone.
Reklama
Magazyn DGP 13 lipca / Dziennik Gazeta Prawna
W Katarze było gorąco. I nie chodzi o klimat. Wreszcie nasza reprezentacja pokazała nie tylko wolę walki, ale i wspaniałą, przemyślaną grę. Silna obrona, finezyjne rozegranie w pomocy i nowi, młodzi napastnicy bezwzględnie egzekwujący okazje strzeleckie zagwarantowały nam finał i – po raz pierwszy w historii naszej piłki – zwycięstwo w mistrzostwach świata” – jakie są szanse, że po zawodach, które odbędą się w Katarze w 2022 r., tego rodzaju relacje pojawią się w polskiej prasie? Biorąc pod uwagę najświeższe wyniki naszej reprezentacji, może wydawać się, że niewielkie. Zapewnienia naszych piłkarzy, trenerów i szefostwa PZPN, że wyciągną wnioski na przyszłość i będzie tylko lepiej, także nie brzmią wiarygodnie. Ile razy już to słyszeliśmy? Jak im wierzyć?
Nie musimy wierzyć akurat im. Posłuchajmy dla odmiany ekonomistów. Tym razem mają dla nas dobre wieści. Przekonują mianowicie, że nawet kraje takie jak Polska mają szanse na swoje 5 minut w międzynarodowej piłce. Pod, oczywiście, pewnymi warunkami. Dotyczą one m.in. zamożności, migracji zarobkowych i przepływu know how. Zanim jednak o tym, odpowiedzmy na pytanie, dlaczego piłka nożna jest w ogóle taka ważna.

Jedyny taki sport

Futbol to – wybaczcie truizm – historyczny fenomen. Można się ekscytować, można nim pogardzać, ale trzeba przyznać, że podobnej popularności nigdy nie zdobyła żadna inna dyscyplina sportu. Choćby nasi skoczkowie narciarscy wygrywali co roku Turniej Czterech Skoczni, a lekkoatleci dominowali w olimpijskich klasyfikacjach medalowych nad USA, Rosją i Chinami, to i tak znacznie większe emocje będzie budził zwykły sparing reprezentacji z, dajmy na to, Wyspami Owczymi albo mecz, w którym klubowy mistrz Polski próbuje (niestety, zapewne bez skutku) zakwalifikować się do europejskich pucharów. Powyższe nie oznacza oczywiście, że inne dyscypliny są w jakiś sposób gorsze, ale że po prostu brakuje im tego, co z piłki nożnej czyni sportowego imperatora globu. Wedle niektórych (chociaż niezbyt dokładnych) szacunków piłką ekscytuje się aż 3,5 mld mieszkańców Ziemi. To więcej np. o miliard od liczby kibiców krykieta, o 2,5 mld od liczby kibiców siatkówki i tenisa i o 3 mld więcej od liczby fanów baseballu czy golfa. O rzucie młotem, szachach i kręglach nawet nie wspominam.
W książce „Futbonomia”, która jest chyba najlepszym kompendium wiedzy ekonomicznej o futbolu dostępnym na rynku, ekonomista Stefan Szymański z University of Michigan i dziennikarz „Financial Times” Simon Kuper przytaczają statystyki finansowe, które jeszcze mocniej unaoczniają skalę komercyjnej popularności futbolu. Podają oni np., że roczne przychody z europejskiej piłki nożnej to 24,6 mld dol., gdy amerykańska liga baseballu to zaledwie 7,5 mld dol., a NFL – 8,8 mld dol. Nawet ruchome obrazki z Hollywood przynoszą producentom filmowym o 13 mld dol. mniej.
Gdy uświadomimy sobie, jakie kwoty związane są z piłką nożną, przestaną nas dziwić zarobki i ceny transferowe największych jej gwiazd. Kluby wydają na nie krocie, wierząc, że zwróci im się to w końcu w ogólnych przychodach. Obecnie rekordzistą, jeśli idzie o cenę, jest Brazylijczyk Neymar, którego FC Barcelona sprzedała do PSG za 222 mln euro, ale eksperci przekonują, że popularność futbolu będzie tylko rosnąć (nawet w czasie kryzysów gospodarczych) i moment, w którym cena transferu za któregoś piłkarza przekroczy 300 mln euro (1,2 mld zł), jest tuż-tuż.
Ale olbrzymie pieniądze w piłce kopanej to relatywnie świeży fenomen. Korzenie futbolu wyrastają w Anglii. Tam docierały się fundamentalne reguły tej dyscypliny, które spisano w Cambridge i Sheffield mniej więcej w połowie XIX stulecia. Anglia była sercem kolonialnej potęgi Wielkiej Brytanii i popularne w tym kraju sporty szybko były eksportowane za granicę, popularność piłki na świecie rosła jednak wolniej niż rugby czy krykieta. Gdy w 1914 r. zakładano FIFA, międzynarodową federację piłkarską, miała ona zaledwie siedmiu członków. Przez dekady futbol był tylko jednym z wielu powszechnie uprawianych sportów drużynowych, a do szaleństwa, jakie wywołuje dzisiaj, wiele brakowało.

Piłkarska globalizacja

Imperatorem sportu futbol stał się dopiero w ciągu ostatnich 30–40 lat. Miało to spory związek z uwolnieniem międzynarodowych rynków finansowych przez Thatcher i Reagana oraz z powstaniem Unii Europejskiej. Zintensyfikowały się globalny handel i inwestycje, przepływ ludzi, a z tym wszystkim – wymiana idei. Także tych sportowych.
Futbol jest idealnym towarem eksportowym. Po pierwsze, jest bardzo demokratyczny. Koszty jego uprawiania są bardzo niskie (ktoś, kogo nie stać na profesjonalną piłkę, gra szmacianką), a zasady bardzo proste. Przyjmie się więc zarówno wśród biednych, jak i w klasie średniej.
Po drugie, kibicowanie to zajęcie głęboko angażujące wspólnoty na różnych poziomach (od lokalnej po narodową) i dające relatywnie bezpieczne ujście grupowo odczuwanym emocjom (np. Polacy kibicują raczej Chorwacji niż Rosji). Amerykanin Franklin Foer, autor książki „Jak piłka nożna wyjaśnia nam świat”, przekonuje, że futbol to gra będąca odzwierciedleniem społeczeństwa – jego strachów, radości, napięć. Dzięki niej możemy lepiej rozumieć samych siebie. Co więcej, zauważa Foer, futbol nawet w swojej zglobalizowanej wersji ma tendencję do cementowania, a nawet rozbudowywania lokalnych tożsamości. Stadion to więc przeciwieństwo McDonald,s.
Po trzecie, wokół wydarzeń piłkarskich tworzy się cały ekosystem rozrywki, który łatwo skomercjalizować (wspólne oglądanie meczów w pubach, kupowanie gadżetów, podróże na mecze wyjazdowe, zakłady bukmacherskie). Rozwój powiązanych z piłką rynków przypomina kulę śniegową. Raz wprawione w ruch, zagarniają coraz więcej zasobów z naszych portfeli i czasu. Trudno wyobrazić sobie powstanie podobnej rynkowej infrastruktury wokół np. piłki ręcznej.
Jeśli globalny kapitalizm to nie twoja bajka, ale kochasz piłkę nożną, to globalizację musisz docenić przynajmniej za wyniesienie jej na piedestał. Z podobnych względów ci kibice, którzy pogardzają telewizją, muszą odnaleźć dla niej chociaż odrobinę sympatii – głównym pasem transmisyjnym wzrostu popularności futbolu była przecież właśnie telewizja. „Kiedy w 1983 r. po raz pierwszy sprzedano prawa do emisji meczów ligi angielskiej, w ciągu roku przyniosły zaledwie 2,5 mln funtów zysku. Na początku lat 90. w Europie rozpoczęła się jednak era telewizji kablowej. Potentaci telewizyjni, Murdoch czy Berlusconi, wykorzystywali nowe kanały do pokazywania meczów piłkarskich. Okazało się, że nawet najpopularniejsze opery mydlane nie były w stanie zdobyć widowni takiej jak największe spotkania piłkarskie. Kluby piłkarskie stały się producentami treści telewizyjnych” – piszą Szymański i Kuper. Obawiano się, że transmisje meczów w TV zniechęcą ludzi do pojawiania się na stadionach, ale strachy były bezzasadne. W Niemczech np. w ciągu ostatnich dwóch dekad średnia frekwencja na meczu wzrosła z ok. 30 tys. do ok. 44 tys. osób. W Polsce obecnie średnia frekwencja to ok. 9 tys. osób i rośnie z roku na rok w tempie dwucyfrowym. Nawiasem mówiąc, Szymański, którego ojciec był Polakiem i stąd jego ponadprzeciętne jak na Brytyjczyka zainteresowanie polskim futbolem, zauważa, że spore znaczenie dla popularyzacji chodzenia na mecze miało u nas Euro 2012. Rocznie – w porównaniu z okresem przed Euro 2012 – na polskich stadionach pojawia się o ok. 800 tys. osób więcej. To, że mamy kilka sportowych kanałów telewizyjnych, tylko w tym pomaga, a nie przeszkadza.
I właśnie wtedy, gdy piłka nożna stała się sportem globalnie dominującym i finansowo imponującym, zaczęli interesować się nią ekonomiści (jak zresztą wszystkim, z czym można powiązać odpowiednio duże liczby). Obok Stefańskiego do grona najwybitniejszych badaczy ekonomii piłki należą m.in. Peter J. Sloane ze Swansea University, Stephen Dobson z University of Hull czy Chris Anderson z University of Warwick. Ten ostatni toczy ze Stefańskim spór o... znaczenie trenerów dla wyników drużyny.

Nieistotny jak szkoleniowiec

Ale dlaczego w ogóle ekonomistów interesują menedżerowie piłkarscy? Dlaczego nie zatrzymują się oni wyłącznie na makroekonomii futbolu, a więc na analizie zyskowności lig czy rozwoju poszczególnych rynków piłkarskich i z nimi powiązanych, ale wściubiają nos w każdy zakamarek funkcjonowania futbolu? Co dla nich ciekawego w tym, co dzieje się w trakcie meczu (a interesuje ich np. skuteczność w stałych punktach gry), jak i poza boiskiem? W sposobie szkolenia piłkarzy, rotacjach w składzie, wyborze strategii? I wreszcie: po co analizują znaczenie pochodzenia, wieku, wzrostu, wykształcenia, stanu cywilnego czy trybu życia piłkarzy?
Odpowiedź jest banalna. Mają na ten temat wszystkie potrzebne dane, a gdy ekonomiści otrzymują dane, nie mogą się oprzeć wrzuceniu ich w swoje modele. Piłka nożna to dziedzina, która od samego początku była obejmowana różnego typu statystykami. Wszystkie je skrupulatnie archiwizowano. Bogactwo i wszechstronność tych statystyk pozwalają wytropić albo dokładnie opisać różnego typu zależności. Na przykład sprawdzić, czy faktycznie istnieje coś takiego, jak przewaga własnego boiska. Istnieje – grać u siebie to tak, jakby na dzień dobry mieć już na koncie dwie trzecie trafienia (to statystyki dla futbolu międzynarodowego). Albo czy drużyna strzelająca gola jako pierwsza ma większe szanse na wygraną. Ma – wygrywa w ok. 70 proc. przypadków. Są nawet ekonomiści stosujący teorię gier do oszacowania wyników serii rzutów karnych.
To wszystko ma wymiar praktyczny – statystycy i ekonomiści mogą realnie polepszyć wyniki sportowe klubów piłkarskich, jeśli te wezmą ich głos pod uwagę. A ci udzielają im rad typu: najlepiej kupować zawodników tuż po dwudziestce, czy inwestuj więcej w bramkarzy, a mniej w środkowych napastników. Co zaś mówią, jeśli idzie o wspomnianych menedżerów? Że... nie są aż tak istotni dla sukcesu klubu, jak to się zazwyczaj wydaje. Szymański uważa, że sukces ten zależy przede wszystkim od ekonomicznych fundamentów klubu, w tym przede wszystkim od poziomu wynagrodzeń. Te w dłuższym okresie wyjaśniają jego zdaniem ok. 90 proc. zmian w tabelach ligowych. Menedżerowie to więc najwyżej 10 proc. sukcesu!
Chris Anderson natomiast podkreśla, że w krótkim i średnim terminie menedżer jest (oprócz zwykłego szczęścia, które decyduje o wyniku w 50 proc.) jednym z najważniejszych czynników odpowiedzialnych za grę piłkarzy, ale zgadza się, że w długim decydują o niej płace. Ogólnie rzecz biorąc, przekonuje Anderson, płace wyjaśniają wyniki w 60 proc., a menedżerowie w 20 proc. Ekonomista twierdzi, że dobry menedżer to taki, który umie w mądry sposób korzystać z analiz statystycznych. Stefański przyznaje, że to ważna umiejętność, ale w zdecydowanej większości przypadków trenerzy zmieniają się zbyt często, by miała wymierne znaczenie dla sukcesu drużyny. Według niektórych badań kluby wyrzucają trenerów już po 2 miesiącach niepowodzeń. Co ciekawe, zatrudnianie nowych wcale nie poprawia wyników osiąganych przez drużynę, a nawet je pogarsza. Stephen Dobson przyjrzał się lidze angielskiej w latach 1972–2000. W tym czasie doszło do ok. 700 zmian na stanowisku menedżera w trakcie trwania sezonu. Kluby, które je wprowadzały, zazwyczaj miały się gorzej niż te, które tego nie robiły. Zdaniem ekonomistów właściciele klubów działają często po prostu pod wpływem impulsu i presji otoczenia, a pośpiech skutkuje chaosem i zatrudnianiem niekompetentnych albo przecenianych ludzi.
Eksperci zgadzają się jednak, że w sytuacji, gdy menedżer będzie miał odpowiednio dużo czasu, może zrobić silną drużynę nawet z takiej składającej się z amatorów albo fajtłap. Takie sytuacje zdarzały się, gdy zespół funkcjonujący w archaicznym reżimie szkoleniowym zatrudniał nagle nowoczesnego i kompetentnego trenera, który importował nowoczesną technologię gry albo sam tworzył całkowicie nową. Do wielkich rewolucjonistów piłki zalicza się np. Johan Cruyff, którego filozofia zarządzania Ajaxem Amsterdam opierała się m.in. na wychowywaniu własnych gwiazd zamiast na kupowaniu ich z innych klubów. To wychowywanie było bardzo kompleksowe i nie ograniczało się do zwykłych treningów. Cruyff zatrudniał np. śpiewaków operowych, którzy uczyli piłkarzy technik oddychania, by ci jak najrzadziej łapali zadyszkę. Menedżerem – importerem nowych technik szkoleniowych był z kolei Arsene Wenger, który trenował Arsenal Londyn aż 22 lata. Swoją pracę dla klubu Francuz zaczął w sezonie 1996/1997 i przez kolejne siedem lat notował ponadprzeciętnie dobre wyniki (średnia pozycja w tabeli z tych lat to 1,6). Wynikało to właśnie z tego, że jako pierwszy zaimportował do klubu nowoczesne narzędzia analiz statystycznych, znał zagraniczne rynki transferowe i umiał wynajdywać nowe talenty wśród rezerwowych innych drużyn. Jednym z nich był np. słynny Patrick Vieira. Problem w tym, że z czasem dochodzi do konwergencji know-how wśród menedżerów: uczą się od siebie i zanika wartość dodana, którą mogą wnieść do drużyny. Ich wpływ na jej wyniki znów maleje czy raczej staje się neutralny. Taki los spotkał właśnie Wengera.

Polska przedsionkiem Bundesligi

Stefan Szymański uważa jednak, że – i to ważna informacja w kontekście wiadomości, że następcą Nawałki został Jerzy Brzęczek – trener ma znacznie większe znaczenie w przypadku kadry narodowej niż klubów. Wyraźnie widać to na przykładach krajów takich jak Korea Południowa, Australia czy Grecja. Ta ostatnia przed zatrudnieniem w 2002 r. niemieckiego szkoleniowca Otto Rehhagela składała się z indywidualistów, którzy lubowali się w dryblowaniu przeciwnika, a niekoniecznie w tworzeniu spójnych dynamicznych akcji zespołowych. Nic dziwnego, że nie osiągali znaczących sukcesów na arenie międzynarodowej zdominowanej przez zespoły grające nowoczesny futbol oparty na krótkich i zaskakujących podaniach. Rehhagel wpoił Grekom ducha pracy zespołowej. Efekt? Grecja wygrała Mistrzostwa Europy w 2004 r., pokonując w finale Portugalię 1:0.
Korea i Australia to z kolei przykłady zespołów, które przed zatrudnieniem właściwego selekcjonera były pośmiewiskiem światowego futbolu. Tą właściwą osobą okazał się Holender Guus Hiddink. Klucz do tego, by Korea dotarła aż do półfinału mistrzostw świata 2002 r. (po drodze spuszczając łomot Polakom), znalazł w odmłodzeniu składu i oduczeniu piłkarzy niewolniczego poddawania się hierarchii. W przeciwieństwie do Greków brakowało im indywidualizmu. Australijczycy natomiast potrzebowali zdyscyplinowania, nie traktowali bowiem swojej gry poważnie. Dzięki Hiddinkowi dotarli do drugiej rundy mistrzostw świata 2006 r.
Nie tylko jednak trenerski know-how jest istotny dla sukcesu.
Stefan Szymański wyróżnia trzy czynniki decydujące o międzynarodowym powodzeniu. To populacja, majątek i i doświadczenie. Nośnikiem tego ostatniego są oprócz menedżera także zawodnicy. Dwa razy większe doświadczenie od rywala to średnio o 1/3 więcej gola na reprezentacyjny mecz. Doświadczenie bierze się z występów zagranicznych w najlepszych ligach. Średnio – to dane z 2014 r. – aż 37 proc. zawodników największych lig europejskich to imigranci z innych państw. Możemy spodziewać się, że coraz więcej naszych piłkarzy będzie grało w ważnych klubach europejskich, zdobywając doświadczenie, które potem owocować będzie w reprezentacji. Podobnie, jeśli Polska otworzy się bardziej na przybyszów z zagranicy, może okazać się, że zaimportujemy sporo talentów, które w końcu znaturalizujemy i wpuścimy na boisko.
Jak na poziom narodowej piłki wpływa PKB? To bardzo złożona kwestia. Można by zacząć od tego, że trudno znaleźć w państwach biednych zawodników... dobrze zbudowanych. Ten problem miała Turcja i rozwiązała go dopiero, ściągając do swojej reprezentacji dzieci tureckich emigrantów, które wychowały się w Europie. Były lepiej zbudowane, bo były po prostu lepiej odżywione. Bogactwo kraju to przede wszystkim jednak lepsza infrastruktura pozyskiwania nowych talentów (i nie chodzi tylko o to, czy stać nas na orliki, czy nie, ale o cały system edukacji), a więc lepsze narzędzia do wykorzystania kolejnego czynnika – populacji. Im więcej ludzi, tym więcej talentów. Dwa razy większa populacja od rywala to średnio o 0,25 bramki więcej na mecz. Nawiasem mówiąc, pojawia się pytanie, czy to nie dobrze, że Robert Lewandowski nie został dostrzeżony przez polskie kluby i musiał emigrować? Dzięki temu uzyskał know-how, które teraz importuje do kraju.
Szymański w swoich modelach wylicza potencjał piłkarski danych krajów i sprawdza, czy osiągają optymalne dla siebie wyniki, czy może grają lepiej niż wynikałoby to z fundamentów. Z modeli Szymańskiego wynika, że gdyby na przykład Anglia wygrała mistrzostwa świata 2018, to zagrałaby... znacznie powyżej tego, czego można by się po niej spodziewać. Modele Szymańskiego ujawniają też piłkarską siłę krajów nie tylko takich jak Brazylia czy Hiszpania, lecz także... Iraku, Japonii, Iranu czy Chin. I Polska nie wypada najgorzej.
A więc mistrzostwo świata jest także w naszym zasięgu? Jeśli nasz kraj będzie się bogacił, jeśli będziemy otwarci na import nowoczesnych sposobów zarządzania i szkolenia i poradzimy sobie z problemami demograficznym, np. importując imigrantów, to odpowiedź brzmi: kiedyś tak.
Żeby jednak nie było zbyt wesoło, do beczułki miodu dołóżmy dość sporą łychę dziegciu.
O ile bowiem reprezentacja naszego kraju ma szansę na międzynarodowe sukcesy, o tyle nasze zespoły ligowe już niekoniecznie. Zdaniem wielu ekonomistów sportu kraje takie jak Polska skazane są wręcz na bycie klubowym zaściankiem. Legia Warszawa czy Wisła Kraków raczej nigdy nie wygrają Ligi Mistrzów. Dlaczego? Wróćmy do głównej determinanty sukcesu klubu piłkarskiego: poziomu płac. Polskie kluby nie są i nie będą w stanie zaoferować płac na poziomie lig niemieckiej, hiszpańskiej czy francuskiej, co oznacza, że nie mogą zatrudniać najlepszych zawodników i trenerów. Ma to związek z ogólną wielkością naszej gospodarki i jej zamożnością, ale też z tym, że zdaniem ekonomistów w dłuższej perspektywie europejskie ligi będą ewoluowały w stronę amerykańskiego, zamkniętego na nowe zespoły modelu ligi opartej na maksymalizacji zysku i odchodziły od obecnego modelu opartego na maksymalizacji sukcesu sportowego i otwartego na pojawienie się nowych klubów.
Niektórzy eksperci (Szymański jest wśród nich) przekonują, że aby chociaż w części poprawić jakość polskiego futbolu, należałoby stworzyć np. międzynarodową ligę środkowoeuropejską. Taka gromadziłaby 2–4 zespoły np. z Polski, Ukrainy, Czech, Słowacji czy Węgier, byłaby bogatsza, a jej zwycięzca mógłby osiągać sukcesy na arenie ogólnoeuropejskiej. Czy taki pomysł to czysta fantazja, nierozumiejących lokalnych uwarunkowań politycznych ekonomistów? Możliwe. Budzi też oburzenie, bo kojarzy się z odebraniem nam jakiejś własnej przestrzeni kibicowskiej, może i niewydajnej, ale właśnie – naszej.
Trudno o piłce – podobnie jest z muzyką – rozmawiać bez emocji i trudno też oczekiwać, że kibice będą szczególnie zainteresowani uczonymi rozprawami ekonomicznymi na jej temat. Zawsze będzie ich interesować bardziej to, czy Robert Lewandowski był przed ważnym meczem wystarczająco wypoczęty albo czy selekcjoner w sposób optymalny wprowadzał zmiany na boisku. Ci jednak, którzy piłką w naszym kraju zarządzają, powinni – dla jej dobra – posłuchać głosu speców od PKB.
Według niektórych badań kluby wyrzucają trenerów już po dwóch miesiącach niepowodzeń. Co ciekawe, zatrudnianie nowych wcale nie poprawia wyników osiąganych przez drużynę, a nawet je pogarsza