Kapitan statku o tym wie: zbyt długi rejs może się skończyć tym, że okręt osiądzie na mieliznie. Albo katastrofą, która pociągnie statek na dno. Gdyby światowa gospodarka była okrętem, można byłoby nazwać ją „Titanikiem”. Jest skazana na zderzenie z kryzysem.
Ten rejs trwa już wyjątkowo długo. Jeśli spojrzeć na amerykańską gospodarkę, to cieszy się ona drugim co do długości okresem prosperity w powojennej historii (najdłuższy trwał 10 lat, 1991–2001). Jeszcze 12 miesięcy i rekord zostanie pobity. Owszem, jest to trochę inna prosperity i trochę inny rejs niż w poprzednich dekadach – prawdopodobnie dlatego, że nastąpiła po największym kryzysie od czasów Wielkiej Depresji. Tempo rozwoju gospodarczego w niewielu krajach rozwiniętych przekracza 3 proc. PKB (w USA to się nie udało). Wiele państw wciąż cierpi z powodu wysokiego bezrobocia (np. Włochy czy Hiszpania). Na odbiór sytuacji wpływa także to, że w Europie mieliśmy do czynienia dodatkowo z serią wstrząsów po kryzysie finansowym, czyli z kryzysem zadłużeniowym i wzrostu, kiedy gospodarka w strefie euro była co prawda na plusie, ale nie mogła ruszyć z kopyta.
Nie zmienia to jednak faktu, że pokryzysowy rejs już trwał. A doświadczony żeglarz u steru wie, że im dłużej trwa okres wzrostu gospodarczego, tym większe jest prawdopodobieństwo, że zaraz nastąpi krach. Pytanie tylko, czy będzie to mielizna, czy góra lodowa.