Do dziś istnieją plemiona, które uważają, że liczenie przynosi nieszczęście. W starożytności sprzeciwiano się liczeniu ludzi. Próby dokonania spisów ludności w podbitych prowincjach w czasach rzymskich często kończyły się buntami. Wyjaśnie nie związane jest z daninami oraz poborem do armii. Jeżeli w osadzie pojawiał się wysłannik władcy i nakazywał wcielenie co piątego mężczyzny do armii, to oznaczało, że bliscy nie ujrzą już nigdy większości z nich. Z tego powodu w wielu kulturach rodzice nawet nie liczyli swoich dzieci. U nas do dziś niektóre gospodynie nie liczą pierogów.
Ale nie uciekniemy przed postępem. Dziś prawie każdy robi sobie selfie, a moje zdjęcie zostało wydrukowane obok tego felietonu. Podobnie z liczeniem. Liczymy wszystko, w tym dzieci, bo drugie jest bardziej opłacalne niż pierwsze. I gromadzimy, przechowujemy i przetwarzamy tych informacji coraz więcej. Powstało pojęcie big data, które coraz częściej kojarzy mi się z Big Brotherem.
Przechowywanie i rozpoznawanie twarzy klientów? Technologia opanowana przez supermarkety. Sąd w Wielkiej Brytanii zakazał jej stosowania, ale nasze sieci już zaczynają to testować, oczywiście w celach statystycznych. W Chinach, gdzie państwo wdraża „cyfrowy leninizm”, policjanci dostali okulary wyposażone w system rozpoznawania twarzy. Wyglądają jak przeciwsłoneczne, ale po przeskanowaniu czyjejś twarzy połączą się z bazą danych i porównują obraz ze zgromadzonym repozytorium. Baza w ciągu trzech sekund ma rozpoznać twarz każdego z 1,4 miliarda Chińczyków. Trzeba ją zapełnić danymi, i jak sądzę, trwa teraz wielki proces integrowania cyfrowych zasobów: zdjęć w dokumentach, nagrań monitoringu ze 170 mln już zainstalowanych kamer (planuje się instalację kolejnych 400 mln). No i tego wszystkiego, co kiedykolwiek pojawiło się w mediach społecznościowych. Do tego przepływy pieniędzy, oceny szkolne, kartoteki, karty zdrowia i próbki DNA (zebrano ich już 40 milionów). W Polsce takie okulary też się wkrótce pojawią, ale nasi dzielni chłopcy będą mieli wersje pewnie z logiem. Agenci CBA będą nosili Ray-Bany, ci z ABW Pradę. Marka Dolce & Gabbana pozostanie przy politykach oraz zarządach instytucji finansowych.
Reklama
Wielkie bazy danych są również two- rzone przez biznes. Analiza scoringowa wykorzystywana przy przyznawaniu limitu kredytowego jest przykładem prostego algorytmu wykorzystującego wiedzę zgromadzoną przez banki na temat zdolności klientów indywidualnych do obsługi zadłużenia. Model jest w miarę możliwości upraszczany, tak aby nie zamęczyć klienta liczbą pytań. Podobnie analizowane są nasze zachowania i zakupy w internecie, o czym możemy się łatwo przekonać, porównując treść wyświetlanych się reklam z tym, co ostatnio oglądaliśmy czy kupowaliśmy.
Są obszary, w których zastosowanie sztucznej inteligencji do analizy wielkich baz danych wywołuje mieszane uczucia. Jako akcjonariusz mogę się cieszyć, że firma, której akcje ma mój fundusz emerytalny, planuje zwiększenie rentowności. Jako przedsiębiorca, który ćwierć wieku temu założył firmę, która zajmuje się zbieraniem i przetwarzaniem danych finansowych, mogę się cieszyć, że postawiłem na dynamicznie rozwijającą się branżę. A jako obywatel?
Miesiąc temu uważnie przeczytałem plany rozwojowe największego polskiego ubezpieczyciela. Zazwyczaj takimi materiałami reklamowymi się nie interesuję, ale ten czytałem – z rosnącym zainteresowaniem i przerażeniem. Zaczyna się niewinnie: „Nowy model działania łączy wszystkie aktywności Grupy PZU i integruje je wokół klienta: ubezpieczenia na życie, majątkowe, zdrowotne, inwestycje, emerytury, ochronę zdrowia, bankowość i usługi assistance”. A później już jest horror: „nowe PZU stawia na sztuczną inteligencję i lepsze wykorzystanie baz danych” oraz „mamy ambicję podwyższenia ROE Grupy o ponad 7 p.p.”.
Co to oznacza? Zwiększenie rentowności w ubezpieczeniach to odcięcie wszystkiego, co istotnie odbiega od przeciętnej. W szczegółach może to oznaczać, że dane medyczne moich krewnych zostaną przekazane do sprzedawcy polisy na życie, a ten oceni wszystkie ryzyka i stwierdzi, że mnie nie ubezpieczy. Ale ze względu na stan zdrowia może mi sprzedać bezpieczny fundusz. A gdy trzeba będzie przedstawić wyniki zarządzania, zostanę zaproszony do gabinetu lekarskiego i tam podane mi będą odpowiednie środki. Przyjemnie rozweselony dowiem się, ile straciłem.
Jak sądzę, służby prasowe spółki za chwilę zapewnią, że pomiędzy departamentami grupy istnieją „chińskie mury”. No właśnie: chińskie.