Miały być wolne niedziele dla handlowców, a zanosi się na to, że ich warunki pracy się pogorszą. Pracodawcy chcą zaburzyć przyznany przez ustawodawcę weekendowy wypoczynek wprowadzeniem nocnej zmiany. Wiele osób pochodzących z małych miejscowości i wsi obawia się, że nie będą w stanie dojechać do pracy. Coraz więcej jest też obaw, że trzecia zmiana może prowadzić do wydłużenia czasu funkcjonowania sklepów do 24 godzin na dobę.



– Pracownicy zatrudnieni w sieciach pytają, czy tak może się stać – opowiada Alfred Bujara, przewodniczący Sekretariatu Krajowego Handlu, Banków i Ubezpieczeń NSZZ „Solidarność”.
Zdaniem Roberta Stępnia, radcy prawnego z kancelarii Raczkowski Paruch, nic nie stoi temu na przeszkodzie. – Od strony prawnej. Bo pozostaje jeszcze wymiar ekonomiczny. Działanie sklepu przez całą dobę wymaga pełnego obłożenia personelem. A to wiąże się z wyższymi kosztami – dodaje.
Reklama
Przeciwko trzeciej zmianie występują zatrudnieni w Biedronce. To pierwsza z sieci, która oficjalnie zakomunikowała pracownikom, że myśli o wprowadzeniu takiego rozwiązania w związku z wchodzącym od marca zakazem handlu w niedziele. Pracownicy mieliby stawiać się o godzinie 0.15 z niedzieli na poniedziałek i pracować pięć i pół godziny. – Kilkaset osób już nam zasygnalizowało, że będą brali na ten czas urlop, a jeśli nie będzie to możliwe, przedstawią zwolnienie lekarskie – mówi przedstawiciel Solidarności. Niektórzy grożą, że będą odchodzić z pracy. – To byłby cios dla pozostałych. Już teraz brakuje ludzi – zauważa Bujara. A ze znalezieniem innego zajęcia takie osoby nie będą miały problemu. Konkurencja zapowiedziała jedynie wydłużanie czasu pracy w tygodniu. Przynajmniej na razie.
– Otrzymaliśmy propozycje zmian godzin pracy, które od marca miałyby zostać wydłużone. Mamy jednak obawy, że jeśli klienci dopiszą w godzinach wieczornych, sieć zdecyduje się pójść śladem Biedronki, czyli wprowadzić trzecią zmianę – komentuje Dariusz Paczuski NSZZ „Solidarność” w Auchan.
Na korzyść Biedronki przemawia to, że w tej chwili obok Lidla proponuje najwyższe pensje. Nowo przyjęty kasjer otrzymuje od 2650 zł do 3250 zł brutto, w zależności od miasta. W Lidlu jest to 2550–3300 zł brutto. Sieć pracuje też nad rozwiązaniami, które mają zagwarantować dojazd do pracy w nocy. – Może to być bus albo karta paliwowa – słyszymy w Jeronimo Martins.