- Bogata myśl szkockiego filozofa została sprowadzona do kilku banałów i przeinaczeń. I jeszcze dorobiono mu gębę promotora egoizmu - wyjaśnia Dennis Rasmussen politolog i filozof ekonomii z Tufts University.
Żyjemy w dobie ostrej krytyki kapitalizmu. Można nawet usłyszeć, że Karol Marks jest wiecznie żywy. A co z ideami Adama Smitha? Umierają na naszych oczach?
Dennis Rasmussen politolog i filozof ekonomii z Tufts University / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Nie. Są bardziej aktualne niż idee Marksa. Jednak tych myślicieli łączy jedna wspólna cecha...
O, a jaka?

Reklama
Myśl obu została wypaczona. Tak jak Marks nie podpisałby się pod tym, co w jego imieniu pisali oraz robili marksiści, tak Smith dystansowałby się od tych, którzy nieustannie się na niego powołują. Dorobiono Szkotowi gębę piewcy chciwości i egoizmu.
Niesłusznie?
Oczywiście. Myśl Smitha ma więcej odcieni, jest bardziej zniuansowana.
Chwileczkę. A idea niewidzialnej ręki rynku, która steruje jego egoistycznymi udziałowcami w sposób dla wszystkich korzystny, nie jest pochwałą chciwości?
To dla mnie jedna z największych zagadek, że tę niewidzialną rękę rynku przypisuje się właśnie Smithowi. To skojarzenie pojawiło się dopiero w XX w. Faktycznie, Smith użył tego sformułowania w „Bogactwie narodów”, ale zaledwie raz. W sumie w całej jego twórczości padło ono trzykrotnie – po razie w obu książkach i w opublikowanym już pośmiertnie eseju. Smith nie był też do tego pojęcia szczególnie przywiązany, jak to się teraz zdaje ekonomistom. Jeszcze dziwniejszą zagadką jest kojarzenie ze Smithem figury człowieka ekonomicznego. On przecież wprost ją odrzucał.
Nie wierzył w homo oeconomicus, człowieka chłodno kalkulującego, co mu się opłaca, a co nie?
W „Teorii uczuć moralnych” Smith przedstawił znacznie bardziej złożoną wizję natury ludzkiej i – co więcej – to właśnie tę książkę uważał za ważniejszą niż „Bogactwo narodów”.
Ekonomię Smitha trzeba widzieć przez jego etykę?
Cóż, był on najpierw profesorem filozofii moralnej, a potem ekonomistą. Chociaż nie jest też tak, że „Bogactwo...” jest rozwinięciem „Teorii...”. Jednak te dwie tematycznie różne książki przesiąknięte są głęboko humanistycznym, wielowymiarowym spojrzeniem na człowieka.
Współczesność skarykaturyzowała myśl Smitha?
I zwulgaryzowała. Jeśli to, co powszechnie się uważa, że głosił, zderzyć z tym, co faktycznie głosił – to wspólnych rzeczy będzie maksymalnie 20 proc.
A te 20 proc. dotyczy...
Po pierwsze – wolnego handlu. Smith promował z całych sił wolny handel i temu nie sposób zaprzeczyć. Po drugie – spojrzenia na funkcję rządu. Szkot przejawiał głęboką nieufność wobec urzędników oraz wobec podatków. Ale przypomnijmy, że w czasach Smitha nie istniał nawet podatek dochodowy i odnosił się on głównie do ceł. Jednak rozumiał, że rynek potrzebuje reguł, zaś egzekucję zasad zapewnić może tylko rząd.
Tego ostatniego w jego myśli się nie zauważa.
Smith nie był rynkowym absolutystą. Pomija się także to, że oprócz bycia ekonomistą i etykiem zajmował się także prawodawstwem, retoryką, językoznawstwem, a nawet historią astronomii. Niestety, większość prac Smitha zaginęła lub została zniszczona, a jego poglądy w tych kwestiach znamy zaledwie z notatek jego studentów. Pewne jest jednak, że był niezwykle wszechstronnym myślicielem, więc rzeczą wyjątkowo godną pożałowania jest to, że jego twórczość sprowadzono do kilku banalnych haseł oraz że zapomniano o niuansach. Wie pan, że Smith był surowym krytykiem społeczeństwa kapitalistycznego czy też tego, co nazwalibyśmy społeczeństwem konsumpcyjnym?
Czytałem „Bogactwo...”.
A więc wie pan, że Smith widział zagrożenia wynikające z kapitalizmu. Że zauważał, jak duży koszt społeczny może generować głęboka specjalizacja i podział pracy, tak przecież nieodzowne dla wydajności. To koszt polegający na ryzyku, że jednostka skupi się na wykonywaniu niewielkiego zakresu zadań, lecz tak wyczerpujących, że zabraknie jej chęci na poznawanie innych aspektów życia. To zdaniem Smitha uderza w naszą godność, gdyż nie pozwala ludziom na pełne rozwijanie swojego potencjału. Smith obawiał się, że zbyt mocny nacisk położony na bogacenie się, na gromadzenie dóbr materialnych będzie degenerował moralność, bo ludzie będą dobrowolnie uczestniczyć w niezdrowym wyścigu o pieniądze. Podkreślał, że przywiązanie do zysku prowadzi kupców do wchodzenia w zmowy przeciw interesowi publicznemu i że w takich momentach powinien wkraczać do akcji rząd.
Rysuje pan taki obraz Smitha, że gdyby był współczesnym ekonomistą, to Michael Moore i Naomi Klein cytowaliby go w swojej antykapitalistycznej twórczości, a związki zawodowe zatrudniałyby go jako eksperta. Czy to nie przesada w drugą stronę?
Smith nie odrzucał społeczeństwa kapitalistycznego, tylko wskazywał zagrożenia. On wiedział, że kapitalizm jest formą organizacji lepszą od feudalizmu i efektywniejszą od teorii utopijnych. Dochodzi do takich wniosków po dokonaniu zimnej analizy kosztów i zysków, jakie niosą ze sobą dane systemy. Nie sądzę więc, by firmował swoim nazwiskiem twórczość Klein i Moore’a. Z drugiej strony sam Marks doceniał i cytował niektóre elementy myśli Smitha. Generalnie zdaniem Marksa Smith dobrze opisywał mechanizmy gospodarcze, lecz mylił się w ich interpretacji.
Nie wiem, czy to powód do radości być docenionym przez Marksa. Swoją drogą, czy gdyby udało się ożywić Smitha w naszych czasach, to byłby równie surowym krytkiem społeczeństwa kapitalizmu?
Byłby krytykiem kapitalizmu kolesiów. Nie podobałoby się mu, jak mocno biznes i rząd ze sobą współpracują. Natomiast na pewno ucieszyłby się, gdyby zapoznał się ze statystykami.
Tymi pokazującymi, że przez 200 lat rosło PKB i ludzie się bogacili? Że miał rację?
Wiadomo, że to by go ucieszyło. Ale nie powszechność smartfonów byłaby dla niego najciekawsza, a np. to, jak bardzo w wyniku postępu materialnego wzrosła średnia długość życia. Przecież dziś ludzie żyją średnio o kilkadziesiąt lat dłużej niż w jego czasach. Tego typu obserwacje wzmocniłyby jego przekonanie, że kapitalizm mimo swoich wad jest systemem najlepszym.
Zatem Smith zapisałby się do partii libertariańskiej?
Myślę, że ani prawica i lewica, ani liberałowie i konserwatyści nie mogą sobie rościć wyłącznych praw do Smitha. Co prawda akademicy toczą spory o to, do jakiej partii można by go zapisać, ale ja uważam takie dyskusje za bezsensowne, także dlatego, że wiele z jego argumentów trudno przełożyć na współczesną rzeczywistość. Weźmy np. jeden z powodów, dla których Smith wspierał wolny handel. Uważał, że bariery i cła szkodzą biednym, a pomagają bogatym. Tutaj ujawniał swoją wrażliwość na drugiego człowieka. Tyle że w XXI w. wiele praw ograniczających handel stworzono po to, by chronić biednych. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy Smith by je odrzucił, czy też zaakceptował, czyli który pierwiastek – analizy ekonomicznej czy współczucia – byłby tu ważniejszy. Ja obie te kwestie uznaję za równie dla jego myśli fundamentalne.
Współczucie to już naprawdę nie jest przymiot kojarzony ze Smithem.
Bardzo to smutne i krzywdzące. Cała jego twórczość ekonomiczna przesiąknięta jest przekonaniem, że istotne jest nie dobro skarbca królewskiego czy kupca, lecz to, by zwyczajny Kowalski mógł spokojnie i dostatnio żyć.
To może wobec tego Smith chodziłby na kawę z Thomasem Pikettym?
Nie wiem, czy by się polubili, ale pewne jest według mnie, że Smith miałby na temat nierówności majątkowych sporo do powiedzenia. Szkot jest zwolennikiem handlu międzynarodowego, bo wie, że on w ujęciu globalnym redukuje nierówności, pozwalając się wszystkim bogacić. Prowadzi do wyrównania konwergencji poziomu życia.
I sprawia, że niektórzy mogą trochę biednieć.
Możliwe, ale w świecie Smitha rynek to gra typu „win-win” – każdy wygrywa, chociaż nie każdy zyskuje na wymianie handlowej w tym samym stopniu. Jego spojrzenie na nierówności jest jednak wyjątkowe. Współcześnie zwraca się uwagę, że nierówności niszczą demokrację, spowalniają wzrost PKB albo uderzają w powszechne poczucie sprawiedliwości. Smith powiedziałby zaś, że zbyt duże nierówności osłabiają więzi międzyludzkie, prowadzą do fetysztyzacji bogactwa, pogardy dla biednych, a to w efekcie niszczy społeczną moralność, bez której rynek nie będzie działał sprawnie.
Zatem Smith odnalazłby się we współczesnym świecie jako moralista, a nie ekonomista.
Raczej jako wszechstronny akademik, który nie zamierza poprzestać na publikowaniu kolejnych prac, ale chce, by były one czytane przez szeroką publiczność i by miały praktyczne znaczenie. Teraz takim akademikiem jest prof. Amartya Sen, noblista ekonomiczny o sporym wpływie na opinie publiczną. Immanuel Kant mawiał, że nawet społeczeństwo złożone z diabłów będzie działać dobrze, jeśli zostanie poddane odpowiednim regułom i póki diabły zachowają rozsądek. Smith tak nie uważał. Dla niego moralność jest spoiwem społeczeństwa.
Ale przecież wolny rynek przekształca wady w cnoty...
Smith w „Teorii...” inspirowanej niezwykle mocno myślą jego dobrego przyjaciela Davida Hume’a zauważa, że moralność nie ma natury mistycznej i nie jest nam zesłana przez Boga. Źródłem moralności są ludzkie intuicje. Nie chodzi o to, że można czynić wszystko, póki się nam to wydaje dobre, bo wówczas można by usprawiedliwić każde zło. Potrzeba nam odpowiedniej perspektywy i perspektywę tę oferuje nam figura bezstronego obserwatora, czyli próba niezabarwionego niczyim interesem i niezaangażowanego spojrzenia na dane sytuacje moralne. To właśnie z tego punktu widzenia Smith osądza systemy organizacji gospodarczej. I z tej perspektywy na przykład w feudalizmie Smith dostrzega system wrogi jednostkowej niezależności, który szkodzi nie tylko poddanym, ale i panom feudalnym.
A więc to wolność była dla niego pojęciem centralnym?
W myśli Smitha moralność to system wartości, które się uzupełniają i wzmacniają wzajemnie, a nie które nad sobą górują. Wolność, szczęście, cnota, poczucie wspólnoty z innymi ludźmi – to wszystko jego zdaniem idzie w parze.
Powiedział pan, że jego etyka jest pozbawiona odniesienia do Boga i religii. Ta areligijność etyki Smitha to również wynik przyjaźni z Hume'em, jak wiadomo, wielkim antyklerykałem?
Trudno powiedzieć, czy Smith był chrześcijaninem, czy ateistą. Większość badaczy, którzy się nim zajmują, twierdzi, że był deistą. Bóg jak zegarmistrz nakręcił świat i zostawił go samemu sobie. Według mnie Smith wierzył w jakąś wyższą istotę, lecz podobnie jak Hume był nieufny wobec zinstytucjonalizowanych wierzeń. Jednak w przeciwieństwie do Hume’a tymi uprzedzeniami publicznie się nie chwalił. W „Bogactwie...” nie ma odniesienia do Boga poza kontekstem historycznym i do religii poza próbą rozstrzygnięcia kwestii, czy powinna istnieć religia państwowa, czy nie.
I powinna?
Zdaniem Smitha nie. Nie jest jednak tak, że Szkot nie doceniał funkcji, jaką religia może mieć dla moralności publicznej. Uważał, że może ją wzmacniać, ponieważ osoby wierzące są bardziej skłonne realizować zalecenia moralne. Religia to więc u niego wzmocnienie, a nie podstawa moralności. Nawiasem mówiąc, po śmierci Hume'a Smith napisał piękny esej o swoim przyjacielu, którym mocno naraził się swoim współczesnym. Ci zastanawiali się, czy tak zatwardziały ateusz jak Hume nawróci się na łóżu śmierci. Smith, relacjonując ostatnie momenty życia przyjaciela, podkreślał zaś, że umarł on w dobrym nastroju, lecz bez Boga, ale za to dowcipkując i grając w karty. Ten esej to najbardziej kontrowersyjna rzecz, jaką zasłynął Smith w swoich czasach. Warto tu jednak dorzucić jeszcze uwagę w kontekście wpływu, jaki na Smitha wywarł Hume. Otóż nie dotyczył on tylko sfery etyki i religii, lecz także ekonomii. To Hume był zwolennikiem wolnego handlu i argumentował za nim równie ogniście, co Smith, tyle że już dekadę wcześniej.
Smith nie był oryginalnym myślicielem?
Olbrzymi wpływ na niego wywarli Hume, jego nauczyciel Francis Hutcheson i – w kontekście krytyki społecznej – Jean-Jacques Rousseau, ale on sam nie miał całkowicie oryginalnych idei, które nazwalibyśmy przełomowymi. Siła Smitha tkwi nie tyle w oryginalności treści, ile w oryginalności przekazu. Był pierwszą osobą, która w tak kompleksowy sposób opisała mechanizmy gospodarki i korzyści płynące z wolnego handlu, podpierając to nie tylko czystą teorią, lecz także empirią i masą statystyk. Przecież w „Bogactwie...” dygresja na temat historycznych fluktuacji cen srebra zajmuje 80 stron. Smith po prostu umiał przekonywać do swoich tez lepiej niż inni.
Wyjątkowa siła przekonywania? To właśnie tajemnica długowieczności Smitha?
Magazyn DGP z 9 lutego 2018r. / Dziennik Gazeta Prawna
Na tę tajemnicę składa się znacznie więcej czynników – choćby szczęście. Bo w jego czasach filozofów traktowało się na dworach i w parlamentach poważnie. Było z kim dyskutować i kogo przekonywać, bo politycy wówczas czytali książki (śmiech). Kolejna rzecz to to, że teoria Smitha – w tym szerokim rozumieniu – okazała się prawdziwa. Wolny handel – nawet jeśli nigdy nie jest do końca wolny – działa i pozwala nam się bogacić, tymczasem żadna z idei inspirowanych Marksem nie zadziałała.
Po kryzysie 2008 r. krytykuje się nie tylko kapitalizm, lecz także ekonomistów – za krótkowzroczność i pychę. Czy portret Smitha, który pan nakreślił, nadałby się na wzór dla nich? Czy należy traktować go już wyłącznie jako przedmiot badań historycznych?
Muszę uważać, co powiem, bo moja żona jest ekonomistką (śmiech). Pewne jest, że współczesnym ekonomistom brakuje wszechstronności Smitha oraz tej ludzkiej, etycznej wrażliwości. Chcą być aksjologicznie neutralni, co nie jest do końca możliwe. Ekonomia to nie fizyka, jej osądy nie dotyczą atomów, lecz ludzi. Takiej świadomości, którą miał Smith, życzyłbym ekonomistom. Bo przecież ich dziedzina jest piękna i może stanowić źródło cennej wiedzy i rozwiązań, jeśli się z niej dobrze skorzysta.