Parę dni temu moja żona poprosiła, bym udał się z nią do sklepu i ocenił, czy spodnie, które sobie upatrzyła, są ładne. Nie były. W zasadzie to mam wątpliwości, czy to w ogóle były spodnie. Bardziej przypominały rodzinny namiot – w każdej nogawce spokojnie zmieściłyby się dwie osoby. Do uszycia jednej pary kobiecych portek zużyto więcej materiału niż do wyprodukowania spadochronów dla całej 6 Brygady Powietrznodesantowej. A i tak zabrakło go na dociągnięcie nogawek za kostkę. Kończyły się w połowie łydki.
W chwili gdy z wrodzoną dyplomacją powiedziałem żonie, że wygląda, jakby wypadła z kontenera Caritasu, wtrąciła się sprzedawczyni. Wytłumaczyła mi, że to najnowsze parysko-mediolańskie trendy, za którymi stoją ludzie z wielkimi nazwiskami. Jeśli dobrze rozumiem, to kilkanaście osób wymyśla, jakie kolory, kroje i wzorki będą modne w danym sezonie, a następnie kilka miliardów ludzi pokornie na to przystaje. I nie przeszkadza im, że wyglądają jak worek ziemniaków obsypany cekinami.
Ostatnio gdzieś w internecie natknąłem się na relację z paryskiego pokazu znanego projektanta. Po wybiegu chodzili mężczyźni w szpilkach, kobiety owinięte celofanem i bliżej niezidentyfikowane płciowo osobniki w koszulach, które w miejscu kołnierza miały coś w stylu odwróconego parasola ogrodowego. Na końcu na scenie pojawił się człowiek, który to wszystko zaprojektował. I wiecie, w co był ubrany? W klasyczny czarny garnitur i białą, gładką koszulę. I absolutnie wszyscy jego koledzy i koleżanki po fachu robią dokładnie tak samo – na potrzeby przemysłu modowego projektują rzeczy, które prezentują się równie dobrze, jak przetrawione psie jedzenie, ale sami zawsze odziewają się zachowawczo, prosto i elegancko. Wiecie dlaczego? Bo wstydzą się chodzić w tym, co sami uszyli. A to trochę tak, jakby prezes Mercedesa Dieter Zetsche jeździł starym W124, bo nowa klasa S nie przypadła mu do gustu.