Jest w naszej dyscyplinie bardzo wiele kwestii spornych, ale osią sporów najbardziej fundamentalnych jest z pewnością kwestia stabilności gospodarki. Po przezwyciężeniu marksizmu praktycznie nikt nie kwestionuje rynku jako kluczowego i niezastępowalnego mechanizmu regulacji. W tym też sensie po 1990 roku spór stał się mniej pryncypialny. Ale przecież tradycja ekonomii keynesowskiej (przy wszystkich jej niuansach) pozostaje odrębna od tradycji ekonomii klasycznej i nurtów neoliberalnych, a kryzys, którego doświadczamy, sporu nie łagodzi.

Po wojnie – można powiedzieć, że w zgodzie z keynesowskimi dyrektywami – ukształtował się model kapitalizmu bardzo różny od XIX-wiecznego. Państwo przyjęło odpowiedzialność nie tylko za makroekonomiczną stabilność, lecz także za stymulowanie wzrostu oraz łagodzenie nierówności dochodowych i majątkowych. Rezultat był wspaniały. Powstało więc wrażenie, że – dzięki interwencji państwa – gospodarka może się rozwijać stabilnie i szybko (a do tego zagwarantować efektywną ochronę socjalną i ograniczyć nierówności).

Jednak pojawiły się (w połowie lat 70.) perturbacje i wielu uznało, że sukcesu nie można przypisać rozbudowanej interwencji państwa. Znaczna większość akademików (potem ludzi polityki) uznała, że „państwo to nie jest rozwiązanie, to problem”. Rozpoczął się proces demontażu modelu powojennego kapitalizmu. Nie był to proces radykalny, ale przyniósł rezultaty. Wzrost był wprawdzie słabszy, bezrobocie wyższe, a nierówności szybko rosnące, ale stabilność makroekonomiczna pozostawała bez zarzutu. Były perturbacje (np. krach azjatycki), ale aż do wybuchu ostatniego kryzysu prawie powszechne było przekonanie, że zalecenie redukcji obecności państwa w gospodarce jest trafne.

Diagnozy ekonomii liberalnej nie powinny być zapomniane. Ale wymagają nowej oceny

Kryzys pobudził kontrowersje. Rządy prawie powszechnie sięgnęły po keynesowskie instrumenty, ale rezultat nasilonej interwencji nie jest jednoznacznie oceniany. Opinie rozciągają się od stwierdzenia – „to nic nie dało” – do oceny – „udało się zapobiec katastrofie”. W pewnym sensie i jedni, i drudzy mają rację. Trudno typować zwycięzcę tego sporu, ale też trzeba postawić pytanie, czy w ogóle pełną rację można przyznać jednej ze stron.

Neoliberalna krytyka powojennego kapitalizmu nie była błaha, ale po pierwsze była bardzo absolutystyczna, a po drugie zalecenia lekceważyły społeczne konsekwencje i nie doceniały immanentnej niestabilności rynków. Nie można powiedzieć, że to nurt keynesowski jednoznacznie zwyciężył, ale już opinia: remis ze wskazaniem na keynesizm, wydaje się trafna.

Czy keynesowskie diagnozy niestabilności można poświęcić na rzecz hipotezy racjonalnych oczekiwań? A przecież gdyby nie tryumf hipotezy racjonalnych oczekiwań, to nie byłoby intelektualnego klimatu sprzyjającego deregulacji rynków finansowych. Trzeba też zapytać, czy nurt neoliberalny nie zlekceważył społecznych (ale też ekonomicznych) następstw realizacji postulatu spłaszczenia podatków i demontażu opiekuńczego państwa (przeprowadzonego tylko częściowo)? To z pewnością były istotne przyczyny wzrostu nierówności dochodowych, którym demokratyczne państwa musiały się przeciwstawić, np. przez ułatwienie dostępności kredytów.

Diagnozy (i zalecenia) ekonomii neoliberalnej nie powinny być zapomniane. Ale też wymagają nowej oceny z perspektywy kryzysowych procesów. Intelektualne spory są uwikłane w bieżące spory polityczne. Na scenie życia publicznego grasują grupy reprezentujące potężne interesy – są to przede wszystkim interesy grup uprzywilejowanych. Widać, jak najzamożniejsi skutecznie bronią praktyki unikania opodatkowania. Ale jeżeli gospodarki wchodzą – a bardzo wiele na to wskazuje – w długi okres stagnacji (a więc i wysokiego bezrobocia), trzeba też liczyć się z eskalacją społecznych konfliktów i z polityczną niestabilnością. Populizm (i ten lewacki, i ten spod znaku Tea Party) może uzyskać wsparcie.