Apteka, aby sprzedawać medykamenty, musi uzyskać zezwolenie, spełnić wiele restrykcyjnych norm, podlega też regularnym kontrolom. Stacja benzynowa czy sklepik, w którym sprzedaje się środki przeciwbólowe, są w zasadzie poza jakimkolwiek nadzorem. Efekt? W wielu takich miejscach produkty lecznicze są przechowywane w budzących grozę warunkach. To zaś zmienia właściwości leków, zagrażając tym samym zdrowiu zażywających je.

Resort zdrowia postanowił wreszcie ukrócić tę patologię. Dokładne brzmienie planowanych przepisów nie jest jeszcze znane, ale jak podkreśla rzeczniczka ministerstwa Milena Kruszewska, trzeba przedsięwziąć wszelkie kroki zmierzające do polepszenia sytuacji pacjentów. To zaś jest równoznaczne z ograniczeniem obrotu pozaaptecznego.

Tylko za zezwoleniem

Jakie możliwości są brane pod uwagę? Przede wszystkim sugestie samorządu aptekarskiego. Wskazuje on, że najważniejsze jest to, aby wreszcie inspekcja farmaceutyczna dowiedziała się, gdzie w Polsce sprzedawane są leki. Obecnie bowiem dochodzi do kuriozalnej sytuacji, że produkty lecznicze można w zasadzie sprzedawać w każdym sklepie ogólnodostępnym. A inspektorzy nie pozyskują oficjalnych informacji, gdzie się one znajdują i kto jest ich właścicielem.

Koncepcje są dwie. Jedna to przejście przez przedsiębiorców chcących sprzedawać leki pełnej procedury administracyjnej zmierzającej do uzyskania zezwolenia. Wiązałoby to się między innymi z weryfikacją warunków przechowywania medykamentów i oceną wiedzy personelu sprzedającego leki.

– Propozycja samorządu aptekarskiego, wskazująca na potrzebę uzyskania zezwoleń na prowadzenie pozaaptecznego obrotu lekami, rzeczywiście jest obecnie analizowana przez resort – przyznaje Milena Kruszewska.

Jest też drugi pomysł, mniej restrykcyjny. Przewiduje on jedynie obowiązek wpisania się do nowo utworzonego rejestru punktów sprzedaży pozaaptecznej – bez uprzedniej analizy, czy sklep spełnia wymogi do prowadzenia sprzedaży.

– Najważniejsze jest to, by wreszcie zacząć prowadzić rejestr takich placówek – wskazuje wiceprezes Naczelnej Rady Aptekarskiej Marek Tomków. I dodaje, że już sama świadomość tego, że inspekcja farmaceutyczna ma prosty dostęp do informacji, kto i gdzie sprzedaje leki, mogłaby poprawić warunki, w których są one przechowywane.

900 zł za sprzedaż leków

Jak ustaliliśmy w Ministerstwie Zdrowia, bardziej prawdopodobne jest wprowadzenie drugiego wariantu. Powód jest prozaiczny: nie obciążałby on w żadnym stopniu organów administracji odpowiedzialnych za wydawanie zezwoleń. Te są bowiem już i tak skrajnie obłożone pracą.

Tu pojawia się kolejny kontrowersyjny wątek: jak doprowadzić do tego, by inspekcja farmaceutyczna mogła realnie kontrolować obrót pozaapteczny. Niewiele ponad setka inspektorów, znając nawet dokładne dane placówek sprzedających leki, w żadnym razie nie sprawdzi warunków w ponad 300 tys. sklepów i stacji benzynowych. Ale i tutaj samorząd aptekarski wychodzi z konkretną propozycją.

– Skoro aptekarze muszą płacić ponad 9000 zł za możliwość sprzedaży leków, dlaczego nie wprowadzić analogicznego obowiązku dla innych podmiotów? Niech będzie to choćby 10 proc. tej kwoty – wskazuje Marek Tomków z NRA.

Zdaniem aptekarzy pieniądze uzyskane z opłat za wpis należałoby przeznaczyć właśnie na działalność inspekcji farmaceutycznej. Dzięki temu można byłoby zatrudnić inspektorów, którzy sprawdzaliby funkcjonowanie ogółu przedsiębiorców w zakresie oferowania leków, a nie tylko działalność aptek.

Propozycja ta też jest rozważana w resorcie zdrowia. Tym bardziej że farmaceuci mają poparcie wśród lekarzy.

– O ile w aptekach porada farmaceutyczna jest i będzie udzielana, o tyle w obrocie pozaaptecznym pacjent nie ma kontaktu z farmaceutą. Dlatego też musi istnieć realny nadzór nad sprzedawanymi tam lekami – twierdzi Maciej Hamankiewicz, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.

Przeciwni są jednak przedstawiciele biznesu. Marcin Nowacki, wiceprezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, mówi wprost: pomysły nakładania opłat na sklepikarzy czy obowiązku uzyskania zezwolenia mają na celu ograniczenie rynku sprzedaży leków wyłącznie do aptek.

– Niech najpierw farmaceuci pokażą, gdzie konkretnie występują nieprawidłowości, zamiast posługiwać się ogólnikami, a dopiero potem proponują walkę z nimi. Obecnie ich twierdzeniom bliżej do branżowego lobbingu niż troski o pacjenta – twierdzi Nowacki.