statystyki

Smartfony śmierci. Koncerny technologiczne korzystały z krwawych minerałów z Afryki

autor: Magdalena Krukowska13.03.2016, 19:00
Afryka, górnik, złoto

Po ujawnieniu raportu Amnesty International wszystkie wymienione w nim firmy zaprzeczyły, by miały cokolwiek wspólnego z minerałami konfliktu.źródło: ShutterStock

Rzadkie minerały to rynek wart miliardy dolarów. To z nich powstają części komputerów, telefonów czy elektrycznych samochodów. Są bogactwem i przekleństwem Afryki i nowym wyrzutem sumienia świata.

Reklama


Reklama


Pokonanie 40 km z kwatery parku narodowego Wirunga do Ntamugengi – wsi w prowincji Północne Kiwu w Demokratycznej Republice Konga – zajmuje nam ponad dwie godziny. Jazdę utrudniają nie tylko potworne wertepy. Trasa jest pełna blokad i skleconych z byle czego posterunków. Ustawiają je a to narodowa armia, to bojówki rwandyjskich Hutu (FDLR), kongijskich Tutsi (CNDP), rebeliantów (M23), islamistów ugandyjskich czy po prostu rzezimieszków.

Rządowych żołnierzy poznać najłatwiej. Siedzą nieruchomo przy drodze z karabinami wycelowanymi w kierunku jadących pojazdów. – Lepiej nie patrzeć im prosto w oczy – ostrzega kierowca. Turysta to tutaj rzadkość. I jedyna okazja, by zarobić. Puszka na środku drogi, gest zaciągnięcia się papierosem, pstryknięcie palcami czy znaczące spojrzenie to sygnał, że masz się zatrzymać i sięgnąć po portfel.

Każdy kilometr dłuży się niemiłosiernie. Zwłaszcza że czekaliśmy dwa dni, by w ogóle ruszyć w drogę. Mieliśmy zawieźć parę drobiazgów do misji Sióstr od Aniołów, ale w okolicy było niespokojnie. Porwano akurat dla okupu dwóch Amerykanów z Lekarzy bez Granic. Wyruszyliśmy, gdy dwie polskie misjonarki, prowadzące w Ntamugendze szpital i sierociniec, dały znać, że droga podobno jest czysta.

Wojna o zasoby

Na drodze prowadzącej do Ntamugengi, nieopodal granicy z Ugandą, nie ma tygodnia bez walk, zabójstwa czy porwania. Wojna w Kongu formalnie skończyła się w 2002 r., ale ten rejon nadal stoi w ogniu. W ciągu ostatnich 20 lat zginęło tu ponad 5 mln osób, a przez zieloną granicę przenikają grupy zbrojne. Główna przyczyna leży w tym, co znajduje się w torbach leżących na podłodze naszego land cruisera. W laptopach, smartfonach, aparatach i reszcie sprzętu elektronicznego. Rejon, po którym podróżujemy, obfituje w diamenty, złoto oraz rzadkie pierwiastki, bez których nie byłoby zaawansowanych technologii.

W Kiwu Północnym znajdują się ogromne zboża wolframu i koltanu zawierającego tantal, pierwiastek niezbędny do produkcji urządzeń elektronicznych. Z kolei w położonej na południu prowincji Katanga znajduje się połowa znanych człowiekowi złóż kobaltu używanego do produkcji nadstopów i akumulatorów (baterii), a obok ciągnie się Pas Miedzionośny. – Jeśli posiadasz laptopa, PlayStation lub komórkę, to masz jedną szansę na pięć, że nosisz przy sobie cząstkę kongijskiej ziemi – mówi Tom Burgis, autor książki „The Looting Machine” („Grabieżcza machineria”). To właśnie o kontrolę nad jej bogactwami walczą grupy zbrojne, które wyzyskują pracowników, w tym dzieci (według Unicefu pracuje ich 40 tys.). Dochody ze sprzedaży surowców służą im do kupna broni. To dlatego surowce te określa się jako „minerały konfliktu”. Nie bez powodu duński reżyser Frank Poulsen, który nakręcił w 2010 r. dokument o tym, jak powstawały telefony Nokii, zatytułował go: „Blood in the Mobile” („Krew w twoim telefonie”).

Nie tylko Nokia korzystała z minerałów konfliktu. W czasie, gdy jesteśmy w Kongu, w ostatnim tygodniu stycznia, Amnesty International (AI) oraz African Resources Watch opublikowały raport, w którym ujawniły, że chińska firma Huayou Cobalt, kontrolującą główne kopalnie kobaltu w Kongu, sprzedaje surowiec producentom baterii powiązanym z 16 dużymi międzynarodowymi markami. Takim jak Apple, Microsoft, Samsung, Sony czy Vodafone. A to właśnie te kopalnie są znane z zatrudniania dzieci, płacenia pracownikom głodowych stawek i niedbania o wymogi bezpieczeństwa. Pracownicy mieszkają m.in. w wiosce na terenie parku Wirunga, też zresztą będącego celem ciągłych ataków ze względu na odkryte niedawno gigantyczne złoża ropy.

– Za wykopanie łopatą stu 25-kilogramowych worków rudy mój mąż dostawał dwa dolary, z czego co miesiąc musiał zapłacić właścicielowi kopalni 25 dol. za to, że w ogóle pozwalał mu kopać. Ponieważ zginął w wypadku, muszę teraz odpracować to, czego nie zdążył oddać – opowiada nam Janette, którą spotykamy przy jedynej w okolicy studni. O swojej pracy opowiada 12-letni chłopiec, który stracił rodziców, więc przyłączył się do bojówek kontrolujących kopalnię i transport kobaltu do Gomy na granicy z Rwandą, gdzie będą zalegalizowane przez pośredników. Jakich? Nie powie, bo się boi o życie, i nam też radzi, żebyśmy za bardzo się nie interesowali.


Pozostało jeszcze 71% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 89,90 zł
Zamów abonament

Mam już kod SMS
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Polecane

  • socjalista(2016-03-13 21:11) Odpowiedz 05

    Nic nowego - wyzysk pracy. taki trochę mniejszy w poruwnaniu do komunistycznego. Patrzcie na komunistyczny wyzysk aresztowanych przez NKWD wyklętych żołnierzy Polskich siłą wywiezionych do kopalni rozsianych na Syberii, Workucie, za kołem podbiegunowym i tak zmarłych, nie posiadających grobu... oto potęga komunistów

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Prawo na co dzień

Polecane

Reklama