Projekt przewidujący zawieszenie poboru podatku od kwietnia tego do końca przyszłego roku został zgłoszony przez grupę posłów PO. I to zamyka sprawę. Bo wielu rzeczy można się po parlamencie spodziewać, ale nie tego, że rządząca większość będzie uwzględniała propozycje opozycji. Nie jest to przypadłość tej kadencji – także w poprzednich najlepszym sposobem na zapewnienie jakiemuś ministrowi długich i stabilnych rządów było złożenie przez opozycję wniosku o wotum nieufności. Nawet jeśli premier delikwenta nie znosił, dymisji nie było.

I jeszcze: w projekcie nie chodzi bynajmniej o KGHM. PO miała przez ostatnie trzy lata wiele okazji, by ów podatek zmniejszyć bądź zlikwidować (pomijając już fakt, że zmarnowała okazję, by go nie wprowadzać). Ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – wówczas liczyła się odpowiedzialność za budżet (a 1,5 mld zł, jakie corocznie ma Skarb Państwa z tego podatku, piechotą nie chodzi). Wraz z przejściem do ław opozycji ta odpowiedzialność znikła.

Równie odpowiedzialne podejście mamy po drugiej strony politycznej barykady. Niemal przez całą kampanię wyborczą politycy PiS wieszali psy na tym podatku (skądinąd słusznie), ba, tuż po jego wprowadzeniu zaskarżyli tę daninę do Trybunału Konstytucyjnego (bez efektu, ale raczej nie z tego wynika krytyczne stanowisko PiS wobec TK). Dziś jako politycy rządzącej partii marszczą brwi i wnikliwie analizują. – Prace nad zmianami w podatku od wydobycia niektórych kopalin będą prowadzone w tym roku, a prawdopodobnym wariantem jest jego znaczące obniżenie. Nowa formuła może wejść w życie w przyszłym roku – powiedział Dawid Jackiewicz. Minister Henryk Kowalczyk kusi, że być może zmiany uda się wprowadzić już w tym roku. Być może...

Ekspresowe tempo dotyczy tylko niektórych ustaw, inne wymagają głębokiego namysłu czy wręcz odłożenia ad acta. Bo skoro – jak twierdzą – zniesienie podatku w tym roku jest niemożliwe, bo wpływy zostały zapisane w budżecie, to warto zauważyć, że przyszłoroczny budżet będzie jeszcze bardziej napięty. Wprawdzie 1,5 mld zł z punktu widzenia finansów publicznych nie jest oszałamiającą kwotą, ale w 2017 r. będzie się liczył każdy grosz.

Wprowadzony w 2012 r. podatek był krytykowany przez ekspertów za błyskawiczny tryb wprowadzenia i za to, że dotyczył jednej tylko firmy. Janusz Steinhoff i Jerzy Hausner w swoim raporcie określają go jako przykład postępowania „chytrego poborcy podatkowego”. Burzliwe dyskusje trwają od lat, ale coraz wyraźniej widać, że chodzi jedynie o dopieczenie politycznym rywalom, a nie o komfort funkcjonowania koncernu. Podatek może i jest dla KGHM kłopotem, ale dla polityków to poręczny argument w codziennej młócce. Dla KGHM to zdecydowanie zła wiadomość. A dobra? Cóż, może ceny miedzi w końcu się odbiją od dna...