statystyki

Keynes powraca. Tylko który?

autor: Rafał Woś24.05.2015, 12:00
ziemia, glob, biznes

Czym jest właściwie keynesizm?źródło: ShutterStock

„Wszyscy jesteśmy keynesistami” – ogłosiły po wybuchu kryzysu 2008 r. elity polityczne i publicystyczne w większości krajów bogatego Zachodu, pompując w rynek astronomiczne sumy publicznych pieniędzy. Nawet w Polsce dawni liberałowie twierdzą dziś, że w gospodarce trzeba czasem „przykeynesować”. Pytanie tylko, jak wiele ma to wspólnego z ekonomicznymi pomysłami Johna Maynarda Keynesa.

Reklama


Czym jest właściwie keynesizm? Zadajcie to pytanie kilku (nawet całkiem zorientowanym) osobom, a dostaniecie całą paletę rozbieżnych odpowiedzi. Najczęściej usłyszycie pewnie, że keynesizm to synonim mocnej państwowej interwencji w gospodarkę. Coś jakby ideowa podbudowa do gospodarczego etatyzmu. To w najlepszym razie. A w najgorszym jakiś rodzaj miękkiego socjalizmu możliwy do przełknięcia dla alergicznie reagujących na marksizm zachodnich decydentów politycznych. Ponieważ takie interwencje obywają się zazwyczaj drogą zwiększenia wydatków publicznych, keynesizm jest często kojarzony z pewnego rodzaju niefrasobliwym podejściem do równowagi budżetowej. W myśl autentycznego (rozdział 3 „Traktatu o reformie monetarnej” z 1923 r.) bon motu, że „w długim okresie wszyscy będziemy martwi”, który niechętni Keynesowi komentatorzy pokazują często jako przejaw skrajnego egoizmu lub (co najmniej) wyjątkowo wąskich horyzontów angielskiego ekonomisty. Kilka lat temu konserwatywny historyk Niall Ferguson postawił nawet tezę, że Keynes mógł pleść takie bzdury tylko dlatego, że był... bezdzietnym homoseksualistą i nie bardzo martwił się o świat, który zastaną po nim przyszłe pokolenia.

Przetrwać sztorm

Taki obraz keynesizmu nie do końca jednak oddaje sedno tego, czym były pomysły zmarłego w 1946 r. ekonomisty. Aby to sedno odnaleźć, trzeba sobie najpierw uświadomić, że ten wąsaty profesorek z Cambridge naprawdę dokonał w światowej ekonomii znaczącego przełomu. I tygodnik „The Economist” nieprzypadkowo obwołał go kiedyś najważniejszym ekonomistą XX wieku. Nie bez znaczenia był oczywiście otaczający go nimb celebryty. Ten pieszczoszek losu zawsze miał w życiu z górki. Pochodził z dobrej profesorskiej rodziny. Kumplował się z absolutną intelektualną śmietanką ówczesnej Anglii: logikiem Bertrandem Russellem, pisarzami Virginią Woolf i Lyttonem Stracheyem czy późniejszym premierem Davidem Lloydem George’em. A uniwersytecką katedrę w Cambridge dostał po największym ówczesnym ekonomiście anglosaskiego świata Alfredzie Marshallu. Szło mu nawet na giełdzie, gdzie dorobił się majątku wartego w przeliczeniu na dzisiejsze sumy kilkunastu milionów funtów. I tak było aż do końca. Gdy w 1944 r. – na dwa lata przed śmiercią – przyjechał do Bretton Woods na konferencję, która miała ustalić ramy ekonomicznego ładu dla powojennego świata, reporterzy wręcz się za nim uganiali. „Pan Keynes na przechadzce, pan Keynes w rozmowie z.., pan Keynes pogrążony w lekturze gazety”.

Gdyby jednak chodziło tylko o efektowne opakowanie dandysa i bon vivanta, nikt by już sobie dziś Keynesem głowy nie zawracał. Jest jednak inaczej. A to dlatego, że za tą całą autokreacją krył się oryginalny ekonomiczny pomysł. Dobrze tłumaczy to biograf Keynesa Robert Skidelsky: „Przed Keynesem wśród ekonomistów tzw. szkoły klasycznej panował konsensus, że w wypadku kryzysu ekonomicznego należy czekać na to, aż rynek w końcu wróci do stanu równowagi. Tymczasem Keynes zdał sobie sprawę, że gospodarka nie potrafi podnosić się po wielkich kryzysach w sposób naturalny. A już na pewno nie robi tego szybko. Ktoś musi jej pomóc. Kto to ma zrobić? Oczywiście ludzie! W końcu to nie jacyś wszechmocni bogowie doprowadzili do kryzysu, lecz właśnie ludzie tworzący gospodarkę. A skoro to my sami wpędziliśmy się w kłopoty, to teraz sami powinniśmy sobie pomóc. W końcu jesteśmy istotami myślącymi, nierzadko wręcz wyrafinowanymi. Dlaczego na polu ekonomii mielibyśmy się zachowywać jak barbarzyńcy?”.

W tym sensie nigdy nie mieli racji ci krytycy, którzy widzieli w Keynesie jakiegoś zakamuflowanego marksistę dążącego do trwałej zmiany kapitalistycznego porządku rzeczy. Głównym celem Keynesa była stabilizacja cyklu koniunkturalnego. Tak, by gospodarka nie wpadała w tak głębokie i kosztowne kryzysy, jak ten z lat 30. „Cóż nam po takich ekonomistach, którzy, gdy wokół szaleje sztorm, mówią nam, walczącym o przetrwanie marynarzom, że za jakiś czas ocean znowu się uspokoi” – ironizował w wydanym jeszcze przed krachem roku 1929 „Traktacie o reformie monetarnej”. Wyjaśniając prawdziwy sens zdania, że „w długim okresie wszyscy będziemy martwi”.


Pozostało jeszcze 73% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Polecane

Komentarze (1)

  • StAAbrA(2015-05-24 14:28) Zgłoś naruszenie 00

    Raz się kradnie na Keynesa , a raz na Friedmana - dla "odmiany" .
    Ale w Polsce - zwykle na chama (orzeczenie , postanowienie , umorzenie , odrzucenie , albo inny wyrok)
    I na rympał .

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Polecane

Reklama