Trzeba to w końcu powiedzieć: TTIP nie jest porozumieniem o wolnym handlu sensu stricto. Bo choć ma zlikwidować bariery w przepływie towarów (chcemy, by UE uległa Waszyngtonowi i zniosła m.in. obowiązek wskazywania obecności GMO na etykietach produktów?), to głównym jej zapisem jest mechanizm rozwiązywania sporów między państwami a inwestorami. Gdy TTIP wejdzie w życie, prywatne firmy będą mogły – omijając sądy krajowe – pozywać państwa przed orzekające w tajemnicy sądy arbitrażowe. Życzę powodzenia rządowi w Warszawie, gdy polscy rolnicy wejdą w konflikt z Monsanto, amerykańskim koncernem produkującym genetycznie modyfikowane nasiona, lub firmą Cargill, gigantem dostarczającym towary i usługi dla przemysłu rolno-spożywczego. Ekonomia skali, z której korzystają mocno subsydiowany sektor rolniczy USA i amerykańskie korporacje w ogóle, w połączeniu ze wsparciem ze strony władz w Waszyngtonie uczynią taki spór z góry przegranym.

NAFTA nie przyniosła korzyści Meksykowi

Niedawno rozmawiałem o skutkach Północnoamerykańskiego Układu Wolnego Handlu (NAFTA) na gospodarkę Meksyku. Kraj ten przystąpił do układu w 1994 r. Podczas negocjacji obiecywano – tak jak w przypadku TTIP – że porozumienie napędzi rozwój gospodarczy. Rzeczywistość jest inna. Meksyk nadal ma jeden z najniższych poziomów wzrostu PKB w Ameryce Łacińskiej (o połowę niższy niż w innych państwach regionu), poniżej granicy ubóstwa żyje więcej osób niż przed przystąpieniem do NAFTA oraz, co ważne z perspektywy Polski, masowo zbankrutowali meksykańscy rolnicy – sektor stracił ok. 1,6 mln miejsc pracy (szczegółowe dane można znaleźć w opublikowanym w lutym 2014 r. raporcie think-tanku Center for Economic and Policy Research „Did NAFTA help Mexico?”).

Trzeba pamiętać, że TTIP i NAFTA mają mało wspólnego z zagwarantowaniem wolnego przepływu towarów i usług, chodzi raczej o ugruntowanie opartych na konkretnej ideologii zasad ekonomicznych dotyczących produkcji, własności i praw inwestorów. Wprowadzając równoległy system rozstrzygania sporów między inwestorem a państwem, TTIP tworzy dla inwestorów zagranicznych uprzywilejowane warunki w porównaniu z krajowymi producentami. Stawia tych pierwszych na równi z suwerennymi państwami (co samo w sobie przeczy zasadom demokracji) i może skutecznie uniemożliwiać władzom tych państw podjęcie kroków, których mogą domagać się ich obywatele.

Weźmy choćby pomysł renacjonalizacji kolei, która cieszy się poparciem sporej liczby Brytyjczyków. Gdyby koleje na Wyspach były własnością koncernu z USA, rządowi w Londynie – gdyby zdecydował się przejąć pociągi – groziłby pozew o wielomiliardowe odszkodowania. Amerykańskie oraz inne międzynarodowe korporacje nie mają skrupułów i żądają kompensacji od państw, nawet jeśli te działają zgodnie z demokratyczną wolą i w interesie obywateli. To nie jest z mojej strony krytyka pod adresem korporacji. Często przypominam studentom, że zadaniem prywatnych firm jest maksymalizacja zysków i do osiągnięcia celu mogą używać wszystkich legalnych metod. Argumenty dotyczące moralności i odpowiedzialności społecznej nie mają znaczenia. To władze powinny zdawać sobie sprawę z tego, że mają do czynienia z dziką bestią, nie z udomowionym zwierzątkiem. Tygrys będzie zachowywał się jak kanapowy kotek. Więc nie wińcie go, jeśli odgryzie wam rękę.

Jedną z najbardziej irytujących rzeczy w dyskusji o TTIP jest niezdolność jego zwolenników do uświadomienia znikomego znaczenia rzekomych korzyści dla rozwiązania naszych problemów ekonomicznych. Prognoza wzrostu PKB o 0,5 proc. w ciągu 10 lat po jego podpisaniu jest w granicach błędu statystycznego, za to wymaga spełnienia wielu warunków. Dowiedziono ponadto, że modele wykorzystane przez Komisję Europejską do wyliczenia mizernych (co przyznają autorzy badań) korzyści, które może przynieść porozumienie, są niewłaściwe i mylące. Warto za to poszukać w sieci opublikowanego w październiku zeszłego roku raportu badaczy z amerykańskiego Tufts University. Wskazują oni, że TTIP doprowadzi w Europie do zmniejszenia PKB, utraty ok. 600 tys. miejsc pracy, spadku przychodów budżetowych i rosnącej finansowej niestabilności (jeśli chcecie przeczytać raport, poszukajcie w internecie dokumentu: GDAE Working Paper No 14-03 „TTIP: European Disintegration, Unemployment and Instability”).

Trzeba pamiętać, że teoria przewagi komparatywnej (odnosząca się do różnicy kosztów produkcji), leżąca u podstaw promowania wolnego handlu i tym samym TTIP, działa w przypadku pełnego wykorzystania krajowego potencjału produkcyjnego. Wysokie bezrobocie i niski, a nawet ujemny wzrost gospodarczy w Europie pokazują, że ten warunek nie jest spełniony. Dlatego Komisja Europejska powinna co najmniej zawiesić negocjacje z Waszyngtonem i szczegółowo zbadać założenia TTIP, skoro badania i modele wykorzystane przez KE do usprawiedliwienia poparcia porozumienia są ewidentnie niemiarodajne.

Niektórzy z Czytelników mogą znać prof. Leona Podkaminera z Wiedeńskiego Instytutu Międzynarodowych Porównań Gospodarczych. Niedawno odwiedził Warszawę i podczas wystąpienia zwrócił uwagę na wyniki badań ekonometrycznych dotyczących globalnego handlu. Jego wnioski zgadzają się z wynikami raportu badaczy z Tufts i tym, co sami obserwujemy. Mówił o braku empirycznych dowodów na to, że globalny handel powoduje wzrost, to raczej wzrost sprzyja rozwojowi handlu. Przytoczone przez niego dane wręcz wskazywały, że wzrost handlu może hamować wzrost gospodarczy. W uproszczeniu wygląda to tak: zmniejszenie udziału płac w PKB zmniejsza popyt w konkretnym państwie, co z kolei ma wpływ na wzrost gospodarczy. Ten argument niewątpliwie nie przemawia za TTIP.

TTIP niszczy zaufanie

Zaufanie do polityki europejskiej jest niskie jak nigdy. Otaczanie negocjacji nad TTIP jest niedopuszczalne, bo jeszcze bardziej niszczy zaufanie do unijnych instytucji. Jednym z aksjomatów demokracji jest prawo obywateli do wyrażenia opinii o normach prawnych, zanim zostaną przyjęte. W przypadku TTIP doszło o kuriozalnej sytuacji, gdy nawet wybrani przez nas deputowani mają trudności z dostępem do omawianych dokumentów.

Profesor Molly Cato, eurodeputowana z frakcji Zielonych, jest jedną z nielicznych osób, które miały możliwość zapoznania się z pełnym tekstem negocjowanego układu. Żeby go przeczytać, musiała podpisać 14-stronicowy dokument pełen sankcji, złożyć obietnice nierozgłaszania tekstu wyborcom, zostawić rzeczy osobiste w specjalnym schowku, po czym została przeprowadzona do chronionej sali, w której – zapoznając się z dokumentem – cały czas była nadzorowana. Profesor Cato reprezentuje 5 mln wyborców, jednak KE traktuje ją w taki sposób. A przecież nie zajmujemy się tu kwestiami bezpieczeństwa narodowego, raczej chleba naszego powszedniego, które mają wpływ na życie każdego obywatela Europy, np. jakie informacje powinna zawierać etykieta słoika z dżemem. Profesor Cato nie może ujawnić treści dokumentu, ale jest dla niej oczywiste, że negocjacje są zdominowane przez korporacje, nie interes publiczny. Podkreśla, że ponad 95 proc. wszystkich spotkań przedstawicieli Komisji Europejskiej w tej sprawie to rozmowy z lobbystami i tylko podczas 5 proc. byli obecni rzecznicy interesu społecznego.

Czas pożegnać TTIP

Jestem dość ufnym człowiekiem i sądziłem, że nowy skład Komisji Europejskiej w końcu weźmie byka za rogi i porzuci TTIP lub przynajmniej zapewni otwartość negocjacji dla kontroli społecznej i prawdziwe konsultacje. Tak się nie stało, choć odtajniono niektóre dokumenty. Mówiąc poważnie, Komisja Europejska kpi z konsultacji społecznych i już przestała udawać, że w demokracji w jakikolwiek sposób liczy się opinia publiczna. Około 97 proc. uczestników przeprowadzonych przez KE dość stronniczych konsultacji wypowiedziało się przeciwko włączaniu do TTIP mechanizmu rozstrzygania sporów między państwami a inwestorami. To były chyba najbardziej obszerne konsultacje społeczne kiedykolwiek organizowane przez Komisję Europejską. Jednak komisarz UE ds. handlu Cecilia Malmstroem dała do zrozumienia, że mechanizm rozstrzygania sporów w tej czy innej formie będzie obecny w porozumieniu. Inaczej mówiąc, Komisja Europejska ignoruje wyniki zorganizowanych przez siebie konsultacji, jak również petycję przeciwko TTIP podpisaną przez 1,4 mln obywateli.

Odrzucenie petycji to powód do zaniepokojenia, który świadczy o tym, jak daleko KE odeszła od demokratycznych wartości w próbie przeforsowania TTIP. Europejska inicjatywa obywatelska została wprowadzona z wielką pompą jako nowa era demokracji partycypacyjnej dająca obywatelom możliwość wpływu na ważne sprawy. Zebranie miliona podpisów pod petycją pozwala obywatelom domagać się od Komisji wystąpienia z inicjatywą ustawodawczą i rozpatrzenia kwestii na posiedzeniu Parlamentu Europejskiego. Komisja postanowiła zignorować petycję (decyzja została zaskarżona do sądu) mimo zebrania większej od wymaganej liczby podpisów. Demokracja partycypacyjna ewidentnie jest dla KE opcjonalnym dodatkiem, który można ignorować, kiedy jest niewygodny, co czyni z deklaracji o zbliżeniu Komisji i UE do społeczeństwa kompletną farsę. Szansa odzyskania zaufania społecznego i odbudowania wiary w instytucje europejskie została niepotrzebnie odrzucona dla zaspokojenia interesów korporacji. Nie jest to dobry dzień dla demokracji, łagodnie to ujmując.

Niedawno odbyła się kolejna runda negocjacji w sprawie TTIP z amerykańskimi partnerami. Z komentarzy uczestników rozmów i słów komisarz Malmstroem wynika, że KE spróbuje sfinalizować negocjacje do końca roku. Najwyższy czas zadać komisarz Malmstroem i całej Komisji Europejskiej na czele z Jeanem-Claudem Junckerem pytanie: czy podpisanie TTIP jest warte zniszczenia największego osiągnięcia powojennego pokolenia, którym jest zjednoczona i demokratyczna Europa?