No dobrze, ale po co Polsce rakiety, którymi w obecnej sytuacji geopolitycznej można zaatakować jedynie obwód kaliningradzki i Białoruś? Bo przecież nie Bratysławę ani Pragę, choć w przypadku tego drugiego miasta moglibyśmy wykorzystać już swoje doświadczenie, które zagwarantował nam generał Jaruzelski, wysyłając czołgi za południową granicę w 1968 roku.

Może po to, by szczerzyć zęby, o przepraszam, kły. „Polskie kły” bowiem to program wyposażenia armii w sprzętowy ofensywny potencjał, którzy ma służyć „zagryzieniu wroga”, np. tego na Wschodzie. Jednak rakiety, które kupujemy od sojuszników z Waszyngtonu, to raczej element programu, który powinien nazywać się „Spróchniałe ząbki”. Sugerują to nawet po cichu eksperci, twierdząc, że jeśli na tym jednym zakupie się skończy, nasza bojowa moc zamiast wściekłego amstaffa będzie przypominała starego ratlerka. To taki piesek, co dużo szczeka.