Zaledwie 462 osoby przystąpiły w 2013 r. do organizowanych przez Komisję Nadzoru Finansowego (KNF) egzaminów na licencję maklera papierów wartościowych. To znaczący spadek w porównaniu z poprzednimi latami. Od 2008 do 2012 r. co roku do egzaminów przystępowało bowiem od ponad 600 do nawet 870 osób.

– Spadek liczby zainteresowanych egzaminem na maklera może wynikać z dwóch powodów. Z jednej strony obserwujemy w ostatnich latach nieco gorsze wyniki finansowe domów maklerskich, co może mieć wpływ na poziom zatrudnienia w tym sektorze. Z drugiej, co jakiś czas w publicznym dyskursie pojawiają się propozycje zliberalizowania dostępu do zawodu maklera, co może część kandydatów wstrzymywać z decyzją o przystąpieniu do egzaminu – tłumaczy Maciej Krzysztoszek z Komisji Nadzoru Finansowego (KNF). Przepisy wprowadzające częściową deregulację zawodu maklera papierów wartościowych znalazły się w projekcie ustawy, którą w grudniu przyjął Stały Komitet Rady Ministrów.

Z tą diagnozą zgadzają się przedstawiciele branży domów maklerskich. – Może się okazać, że wkrótce licencja uzyskiwana po zdaniu egzaminów w KNF nie będzie do niczego potrzebna. Poza tym coraz więcej transakcji na giełdzie przeprowadzonych jest drogą elektroniczną, bez udziału maklera – wskazuje Roland Paszkiewicz z CDM Pekao.

Widać to zresztą w danych GPW dotyczących udziału zleceń internetowych we wszystkich zleceniach, które trafiają na parkiet. W przypadku rynku akcji w I połowie 2013 r. wynosił on 78 proc. ogólnej liczby zleceń z krajowych biur maklerskich. W szczycie hossy w połowie 2007 r. było to 66 proc.

– Inna przyczyna to sytuacja na rynku kapitałowym. Aktywność inwestorów i skala obrotów nie sprzyjają powiększaniu zatrudnienia, a konsolidacja rynku bankowego powoduje, że kilka biur maklerskich w ostatnim czasie znikło z rynku – dodaje Waldemar Markiewicz, prezes Izby Domów Maklerskich.

W 2013 r. działalność zakończył m.in. Amerbrokers, którego właściciel DZ Bank postanowił się skupić na obsłudze firm. Z rynku znikło też KBC Securities oraz DM DnB Nord, który wrócił do roli banku korporacyjnego. Jego część detaliczna trafiła w ręce Getin Noble Banku.

Ministerstwo Sprawiedliwości planuje także częściowe uwolnienie zawodu doradcy inwestycyjnego. W tym przypadku nie widać jednak spadku zainteresowania uzyskaniem licencji. Do pierwszego etapu egzaminu uprawniającego do wpisania na listę doradców przystąpiło w 2013 r. ponad 200 osób, więcej niż rok wcześniej. Dla osób z takimi kwalifikacjami pracy na razie nie brakuje. Co najmniej dwie osoby z licencją doradcy muszą zatrudniać np. towarzystwa funduszy inwestycyjnych. Według ich przedstawicieli KNF daje do zrozumienia, że pozytywnie ocenia zdobywanie takich uprawnień przez pozostałych pracowników firm.

– Poza tym osobie bez doświadczenia w zarządzaniu aktywami, świeżo upieczonemu absolwentowi wyższej uczelni, licencja daje niemalże gwarancję otrzymania dobrze płatnej pracy – twierdzi Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI. Dodaje, że zdanie trudnego egzaminu na doradcę to atut ważny na początku kariery, bo później zaczynaja się liczyć doświadczenie i osiągane wyniki. Licencja nie jest konieczna do tego, aby zarządzać aktywami funduszy inwestycyjnych, których w Polsce jest już ok. 600. Zwykle zarządzają nimi absolwenci kierunków ekonomicznych.

Rozmówcy DGP podkreślają, że zainteresowanie uzyskaniem licencji doradcy inwestycyjnego w przyszłości będzie zależało m.in. od tego, jak szybko będą zapadały decyzje dotyczące deregulacji tego zawodu. I jaki będzie ich kierunek.

– Coraz więcej młodych osób decyduje się na zdobycie tytułu CFA, który jest akceptowany na całym finansowym świecie. Dzięki niemu można zarządzać inwestycjami i w Polsce, i w każdym innym kraju. Licencja doradcy inwestycyjnego znacznie ma jedynie w Polsce – wskazuje Błażej Bogdziewicz, wiceprezes Caspar TFI. Tytuł CFA, dyplomowanego analityka finansowego, po zdanym egzaminie przyznaje już od 1962 r. amerykański CFA Institute.